piątek, 19 sierpnia 2011

Uffff! Powietrza!

Nie wiem, co ten Woodstock w sobie ma, że tak często wraca w mych myślach i skojarzeniach. Otóż właśnie wróciłam do domu po dniu łażenia po Meksyku i jestem zakurzona jak po kilku dniach woodstockowego szaleństwa. Mam kurz w uszach, oczach, nosie, włosach. Czasem może go nie widać, ale woda, która ze mnie spływa pod prysznicem, mówi swoje. Zapewne wszyscy słyszeliście o słynnym meksykańskim smogu i o zanieczyszczeniu powietrza w mieście. Nie dość, że ogromne miasto to ogromna ilość samochodów, to jeszcze na dodatek Deefe (jak tu nazywa się miasto Meksyk) położone jest w niecce, jest otoczone górami, więc wszystkim spalinom trudno się wydostać gdzieś dalej. Poza tym miasto położone jest bardzo wysoko – na 2240 m.n.p.m. (o czym dowiedziałam się dopiero dzisiaj) i swoją drogą zawartość powietrza w powietrzu jest dość niska. I rzeczywiście, na początku myślałam, że to moje okulary przeciwsłoneczne są brudne, ale potem okazało się, że powietrze w tym mieście ma taki właśnie szarobury kolor. Gdy wjedzie się na najwyższy punkt obserwacyjny w centrum czyli wieżę Torre Latinoamericana, nawet przy dobrej pogodzie widok na Meksyk w pewnej odległości rozmywa się w szarym pyle.



W tym całym ambarasie najprościej ograniczyć emisję spalin. Postanowiono więc ograniczyć tym samym liczbę samochodów na ulicach. Na początku wymyślono system „Dnia bez Samochodu”, który samochodom o określonym numerze tablicy rejestracyjnej zakazywał wjazdu na ulice miasta Meksyk w określone dni. Jeśli na przykład numer kończył się na 5 lub 6, dany samochód nie mógł wyjechać w poniedziałek, a jeśli na 3 lub 4 w środę. To nie pomogło, więc postanowiono powiększyć „Dzień bez Samochodu” do nowego systemu. Samochody, których numer rejestracyjny kończył się na liczbę nieparzystą nie wyjeżdżają na ulice w dni nieparzyste, a parzyste w parzyste. W Oslo, gdzie planuje wprowadzić się podobny system, pewnie by i owo prawo poszanowano. Ale Meksykanie są w swoim stosunku do prawa trochę jak Polacy i tylko kombinują, jakby prawo obejść i coś zakombinować. Wielu Meksykanów postawiło więc na zakup drugiego samochodu, tak by jeden z numerów rejestracyjnych kończył się na liczbę parzystą, a drugi na nieparzystą. Jak jest teraz, nie mogłam dojść. Podobno znów jeden dzień bez samochodu. Ale co na plus, to fakt, że nowe samochody, które są w swej budowie i w swej emisji przyjazne środowisku, mogą jeździć non stop. I rzeczywiście Meksykanie zaczęli te samochody kupować.
A co do metra i wagonowych handlarzy, którzy sprzedają przeróżne cuda i cudoki, o których pisałam wczoraj!  Znajome mojej hostki z CS znalazły kiedyś w takich długopisach wysuwaną tabliczkę mnożenia po polsku. Można spotkać też kolesia, który wchodzi do wagonu, rozsypuje na podłodze szkło i robi na nim gołymi plecami fikołki.

Tytuł mojego bloga miał brzmieć „Jedyna blondynka na 10km2” i oczywiście nie zawsze nie jest zgodny z moją podróżniczą prawdą. W Norwegii pamiętam sytuację, gdy na festiwalu w kolejce do naszego baru, stało gdzieś z 15 dziewczyn i wszystkie były jasnymi blondynkami. Za to ilość blondynek tutaj równoważy blondynki norweskie i średnio wychodzi, że w moich podróżach w ostatnim tygodniu naprawdę jestem jedyną blondynką na 10km2. Bo tutaj, do wczorajszego wieczoru, nie widziałam żadnej, słownie żadnej, blondynki. Ten stan rzeczy czyni ze mnie atrakcję większą niż Templo Mayor. Gdy pierwszego dnia wyprawiłam się na zwiedzanko sama, tak naprawdę byłam sama tylko w katedrze i w muzeum. Poza tym cały czas chodził za mną kordon Meksykanów. Nie jakiś jeden zaplątany Meksykanin, ale trzech i to każdy zupełnie z innej parafii, nie jakieś funfle gromadne. Lubię rozmawiać z ludźmi, ale akurat temat mojej urody wałkowany przez cały dzień średnio mnie interesuje. 

Dlatego postanowiłam postawić na towarzystwo. Najlepiej męskie. I tak spotkałam Doma, z którym spędziłam wczorajszy dzień. Dom jest Niemcem, ale nie kwadratowym, lubi filmy Linklatera i chodzi w skórzanej kurtce nawet w meksykański upał. Włóczyliśmy się w sumie w okolicy, którą wydawało mi się, że wyzwiedzałam do cna  poprzedniego dnia, ale trafiliśmy w takie miejsca, o których nie miałam pojęcia. Czasami warto się po prostu powłóczyć, dać się wessać miastu. To jeden ze sposobów na podróżowanie. Który w całym moim uporządkowaniu i planowaniu rzadko mi się zdarza. Niestety.

Casa de Azulejos w środku kipi kolonialnym szykiem. Czułam się tam jak w teledysku Spice Girls „Wannabe”:
 

W budynku poczty elegancki pan windziarz zabiera nas na przejażdżkę wiekową, złotą, powolną windą:
 

Świeżo wyciskane soki z owoców to coś, dla czego warto porzucić wszystko, co się kocha i przeprowadzić się do Meksyku. Mój znajomy Elvis opowiadał, że przez swój trzymiesięczny pobyt w Meksyku pił wyłącznie soki, żadnej wody, i nabawił się przez to problemów zdrowotnych:

Ucinamy sobie pogawędkę z panem lodziarzem. Pan lodziarz obdarowuje nas lodami. Nie pozwala sobie zapłacić:

W parku Alameda siadamy na trawie i nieśpieszno obserwujemy ludzi:

 
 


Plac Garibaldi to królestwo marachich. Można tu usłyszeć muzykę na żywo przez cały dzień:




W Mercado Comidas piję najdziwniejsze piwo w moim życiu. Sprzedawczyni namawia mnie, żebym pomogła jej to cudo przygotować. Cały ten dziw opiszę później. Zgadnijcie, co jest w środku? 

W okolicy metra Allende trafiamy w kilka niepokojących miejsc:


Ufff… a po tym długim dniu, moja hostka Ela przygotowała jeszcze dla mnie niespodziankę. Ele mają to do siebie, że są aniołami. Niespodzianka była tak spektakularna, że wymaga osobnego posta.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz