czwartek, 25 sierpnia 2011

Wessana

Prawo dylatacji grawitacyjnej czasu mówi, że czas płynie wolniej w miejscach, gdzie pole grawitacyjne jest większe. Zgodnie z tym prawem w mieście Meksyk, które leży na 2240 m.n.p.m. przyciąganie jest szalenie małe i czas powinien zasuwać jak szalony. No i może na Mont Evereście, w samolocie czy na czwartym piętrze kamienicy na Targowej zasuwa. Ale tu wszystko jest na opak. Jestem tu ponad tydzień, a czuję się, jakbym była co najmniej miesiąc. I jak tak dalej pójdzie, to rzeczywiście ten miesiąc tu zostanę, bo nie potrafię się z tego miasta uwolnić. Wessało mnie. Zaplątało. Nie chce wypuścić. W lipcu była tu moja znajoma Gracja, miała w planie zobaczyć cały kraj, a w rezultacie została wessana przez miasto do tego stopnia, że cały czas spędziła w DF. Ja miałam jechać w poniedziałek, potem przełożyłam wyjazd na czwartek, potem na jutro, ale jakoś ten jutrzejszy wyjazd mi się jeszcze nie widzi. Najlepsze w tym całym ambarasie jest to, że codziennie mam despedidy, czyli  imprezy pożegnalne. Moje imprezy pożegnalne weszły już nam na tyle w krew, że każde wieczorne wyjście nazywamy moją despedidą. Wczoraj oblewaliśmy w pulquerii w dzielnicy Roma Norte.

Pulque to mój nowy sens życia.  Pulque to sfermentowany sok z kaktusa, a konkretniej z agawy, którego tradycja sięga jeszcze czasów prekortezjańskich (takiego pięknego określenia się dziś nauczyłam). Podobno pito ją w czasie uroczystości religijnych, żeby uzyskać stan upojenia, a tym samym wizje. Nie wiem, ile trzeba tego pulque wypić, żeby mieć wizje. Wczoraj skosztowałam wszystkie niemalże smaki w pulquerii i nawet rozkosznego szmerku w główce nie miałam. Ale podobno Indianie mają słabsze głowy. Może też to trochę efekt placebo, bo tak naprawdę nikt nie wie, ile pulque ma procent, więc nie ma pojęcia, czy powinien być już upity czy nie. Przeprowadziłam wywiad na temat procentażu pulque i procenty wahały się od „1-2%” (wg Doma), poprzez „coś jak piwo” (wg kelnerki w pulquerii) aż po „kilkanaście procent” (wg siostry Pepe, o którym za chwilę). Wikipedia głosi, że to od 2 do 7 procent. Tak czy siak nie procentaż jest tu najważniejszy, ale smak! Pulque można pić czyste albo smakowe, mnie oczywiście najbardziej podeszły te smakowo-owocowe. Pulque o smaku guayaby czy banana to dosłownie niebo w gębie. Nie wiem, czy czuliście kiedyś, czym jest owo „niebo w gębie”. To takie uczucie, że po każdym łyku, jakaś nieznana siła unosi cię do góry i już nieważne, co jest wokół i że nie wzięło się z domu ładowarki do aparatu. Niestety, pulque nie znosi przechowywania czy też transportowania, więc można je pić wyłącznie w Meksyku. I jest to według mnie wystarczający powód, żeby tu przyjechać.

W takich stylowych kubanach to nam podawali. Z tyłu stoi chilli, można sobie przy pomocy cytryny ozdobić nim brzegi kubana. Z niektórymi smakami pulque gra to genialnie.


Nowi kumple nad kubanami w pulquerii.

Wyjazd też opóźnił się z powodów technicznych. Bo czym byłby wyjazd bez problemu z komórką, aparatem czy kartą do bankomatu! Meksyk podarował mi już wszystkie powyższe problemy. Komórka postanowiła wysyłać smsy tylko do mojego obecnego hosta –Carlosa (we wtorek przeniosłam się od Eli kilka ulic dalej). Nie przyjmuje też żadnych smsów z Polski, chyba że są to smsy z pracy, jakąś taką dziwną selekcję sobie obrała. Karta bankomatowa robi przeróżne jednodniowe strajki. No i okazało się, że darmowe wypłaty mBanku na całym świecie w Meksyku jednak są płatne. Brazylia bezpłatna,Tunezja bezpłatna, Syberia bezpłatna, a tu patrz – masz ci los. Lubi napędzić mi też karta stracha, bo bankomat czasem zawiesza się moment przed wydaniem pieniędzy. Gracji w ten sposób użarło dwa razy po tysiąc złotych, z czego jeden udało jej się odzyskać, a drugiego nie. Na mnie jeszcze najwyraźniej nie pora.

Najwięcej lataniny miałam jednak za ładowarką do aparatu, którą gdzieś w przedwyjazdowym urwaniu głowy posiałam. Gdzie – nie wiem, ale z pewnością nie był to mój plecak, który wzięłam ze sobą do Meksyku. Wysyłka z Polski nie wchodzi w grę, bo paczka idzie 2 miesiące (ze Stanów 3 miesiące, jeśli to kogoś pocieszy). Jeśli w ogóle dochodzi. Poza tym ładowarki też nie mogę zlokalizować. Trzeba było więc kupić nową. Jako że mój hiszpański tak po prawdzie jest mocno początkujący i mimo że znam takie słowa jak raza cosmica, pueblo enfermo czy Pedro Paramo, to zakres mojego słownictwa zakupu ładowarki nie obejmuje. Musiałam więc zaciągnąć Doma. Sprawa zakupu czegokolwiek w Deefe jest o tyle prosta, że są tutaj „ulice tematyczne”. Ulica z samymi sklepami z materiałami, ulica jubilerska, ulica dewocjonaliowa (za katedrą, bomba). Ulica de Palma to zaś ulica fotograficzna. Znaleźliśmy moją ładowarkę, ale cena krzyknięta okazała się być większa od ceny na Allegro o jakieś trzy razy. Pepe, do którego przypadkiem dosiedliśmy się w małej sympatycznej kantynce, gdzie dają trzydaniowe obiady za 40 pesos (mniej niż 10zł), poradził nam, żeby pójść tam z jakimś Meksykaninem. Że ta cena może być tylko dla blondasów, takich jak my.

Żeby długo nie szukać, poprosiłam Pepe, żeby mi pomógł. Dwa dni potem umówiliśmy się pod kantynką na zwiad. Przyczajona i ukryta za rogiem, czekałam, jaką cenę krzykną jemu. I okazało się – na szczęście i nieszczęście – że od niego zażądali ceny dokładnie takiej samej. Szczęście, bo okazuje się, że gringos nie zawsze dostają tutaj swoje indywidualne wyższe ceny. Nieszczęście, bo musiałam tę 3 razy większą cenę zapłacić. Z 20 sklepów, które obeszliśmy na ulicy fotograficznej, pasujące ładowarki miały dwa. Kupiłam tańszą, która w domu okazała się oczywiście nie działać. To w końcu Meksyk i nic nie może być zbyt proste. Ela mówi, że wysłanie listu zajmuje jej tutaj kilka tygodni. Najprostsze sprawy ciągną się miesiącami. Musiałam więc zostać dzień dłużej, żeby dzisiaj z rana oddać ładowarkę i kupić nową. Ta – odpukać – działa. Tym razem jednak już nie targałam ładowarki do domu, tylko zostawiliśmy baterię w sklepie, żeby sprawdzić, czy się naładuje. Sami zaś poszliśmy poczekać do sklepu Pepe. Pepe jest biznesmenem i ma dwa sklepy z biżuterią. Ulica jubilerska znajduje się zaraz obok ulicy fotograficznej. W jednym z jego „biznesów”, jak sam to nazywa, pracuje jego siostra. Ma 20 lat i platonicznie zakochała się w zdjęciu Doma na Facebooku. Rumieni się na samą wzmiankę o nim. Dzisiaj mają pierwszy raz się spotkać na mojej kolejnej despedidzie.

1 komentarz:

  1. Uwielbiam Twojego bloga, ale fizyki to się lepiej jeszcze poducz :)

    OdpowiedzUsuń