środa, 21 września 2011

Dlaczego nie było mnie na blogu - część 1.

Przepraszam za tę skandaliczną zaległość w moich meksykańskich raportach. Czas tym razem popłynął zawrotnie szybko. Może to dlatego, że poczułam się tu wreszcie jak w domu. Każde wyjście z domu (tfu, z hostelu:)) wciąż jeszcze odbywa się w moim wydaniu z szeroko otwartymi ustami i oczami, wciąż nie przestaję się dziwić i zachwycać, jednakże czuję się tu już jak u siebie. Już dawno zapomniałam o chustce na głowie, o „uniforme de seguridad”, często zapominam o makijażu. Mam już swojego sprzedawcę warzyw i ulubiony wózek z hamburgerami, który wyłania się z bramy po zmroku. Ruchem ręki pozdrawiam Troya – mojego prywatnego piercera, gdy wychodzi przed studio złapać trochę słońca. W knajpce Revolucion, gdzie spędzam prawie każdy wolny wieczór, do tego stopnia, że nie pytam już, gdzie dzisiaj idziemy, tylko gdzie idziemy, jak zamkną Revolucion, widzę codziennie te same twarze. Wymknęło mi się nawet raz, że fajnie byłoby mieć dwa życia. Jedno na Polskę, a drugie na Meksyk. A wszystko to przez totalny zawrotny przypadek. Planowałam podróż na Bliski Wschód albo do Kazachstanu, kiedy mój znajomy Paweł sprzedał mi cynk, że jest Polka w Meksyku, która szuka ludzi do pracy w hostelu tylko na miesiąc. Nigdy nie widziałam siebie w Meksyku, a teraz z każdym dniem widzę się tu bardziej i bardziej. Znając mnie, to pewnie czułabym się tak w połowie miejsc na świecie, ale cieszę się, że przypadek rzucił mnie właśnie tutaj.

Ostatni tydzień był szalony. Pierwsza jego połowa była jedną wielką imprezą. We wtorek urodziny Lisy, w środę święto włączenia Chiapas do Meksyku (wcześniej region ten należał do Gwatemali), w czwartek meksykański dzień niepodległości, a w piątek urodziny Jenni – Francuzki w słodko podartych butach, która też pracuje z nami w hostelu. Po tym wszystkim zdecydowałyśmy z Lisą pojechać na kilka dni złapać trochę słońca na plażę. Wróciłam dzisiaj w nocy, a San Cristobal czekało na mnie ze swoim słodkim deszczem. Teraz, zawinięta w kraciasty koc siedzę na hostelowym tarasie i czuję się jak w sanatorium albo na opustoszałej zimnej plaży żywcem wyjętej ze „Śmierci w Wenecji”. Czuję też, że mam tyyyyle do opisania. Żeby chociaż część mojego tu Meksyku, ludzi, miejsc i spotkań ocalić od zapomnienia.
Meksyk szykował się na swój Dzień Niepodległości już od jakichś dwóch tygodni. Obok wózków z tamales i kolorowymi owocami przed targ nadciągnęli sprzedawcy wszelkiego rodzaju zielono-biało-czerwonych gadżetów, a codziennie rano budziły nas śpiewy i werble dziarsko maszerujących dzieciaków ze szkoły po drugiej stronie ulicy, które ćwiczyły na niepodległościową paradę. Pytania wszystkich znajomych, gdzie się bawię w dzień niepodległości, przypominały mi ferwor przedimprezowy, który panuje w Polsce przed Sylwestrem. Podczas gdy na Polaków z atrakcji na 11 listopada czekają tylko uroczystości na Grobie Nieznanego Żołnierza, „Trylogia” na dwójce i najazd nazioli na skłoty, tutaj dzień niepodległości to jedna wielka impreza. Na Zocalo wielki koncert z przemówieniem prezydenta o 23.00, kluby otwarte do późnych godzin porannych, imprezy w prywatnych domach, wymalowane twarze, trójkolorowe czapki i inne gadżety.

Fascynuje mnie to meksykańskie podejście do rzeczy w Polsce z reguły poważnych. Weźmy kolejną rzecz – apteki. W Polsce to ostoja powagi, do sprzedawczyń zwraca się „pani magister”, a w środku panuje szacowny spokój i cisza. Tutaj z wnętrza apteki dobiega skoczna muzyka, która zaprasza do wejścia, podobnie jak wielka maskotka z człowiekiem w środku przed drzwiami, która tańczy, podryguje i robi psikusy przechodniom. Nie mówiąc już o słynnym meksykańskim Święcie Zmarłych, które niestety mnie tu nie zastanie.

Iguana w Dzień Niepodległości bawiła się przednio. Wymalowaliśmy się i ozdobiliśmy niczym najbardziej patriotyczny z Meksykanów i popijając tequilę ruszyliśmy w nocne szaleństwo. Na początek pojechaliśmy na kilka kursów na imprezę u znajomych Jose Luisa. Przez całą drogę na drugą stronę miasta wystawiałam łeb przez szyberdach i pozdrawiałam balujące miasto. Zawsze chciałam to zrobić. Wystawić głowę przez szyberdach i krzyknąć „Wow! I’m In Hollywood”:) Potem przegrupowaliśmy się, żeby dotrzeć na zatłoczone Zocalo, by świętować Dzień Niepodległości z całym San Cristobal. Poturbowani trafiliśmy jak zwykle do Pura Vida, dyskoteki, którą ja nazywam Dura Vida, bo dj jest niezwykle ambitny i chce robić europejską karierę, więc gra przeboje, przy których świetnie bawi się tylko on sam. Dura Vida jest jednak jedynym miejscem, które w senne noce w San Cris od wtorku do czwartku bawi się do białego rana. Przełamałam tym po raz drugi moją meksykańską klątwę, która mojej mocnej polskiej głowie nie pozwalała się przez długi czas upić. Obudziłam się z przepięknym meksykańskim kacem, zwanym tu crudo (bo hiszpańskie słowo na kaca  - „resaca” jest według Meksykanów słowem zbyt lekkim i nieadekwatnym do tego, co przeżywa się tu po nocy z tequilą, mescalem i poxem).




W ciemnych okularach, marnymi resztkami czerwieni i zieleni na policzkach, zmasakrowanymi trójkolorowymi wstążkami we włosach, ruszyłyśmy z Lisą na piękny obiad na kacu w budzące z przepicia jakoś koło pierwszej San Cristobal. Lisa zabrała mnie w swoje tajemne miejsce, które nazywa „peronem 9 i ¾”, bo wejścia do tych cudownych baraków pełnych tradycyjnych jadłodajni znajdują się schowane między stoiskami z nielegalnymi płytami cd. Wejścia te mają niecały metr szerokości i przypadkowy przechodzień nieświadomy magii chyhającej kilka kroków od niego nigdy nie zgadłby, że metrowe przejścia, między 164 piosenkami narco corridos i filmowanym w kinie „Tronem” nagranymi potem w domu przez sprzedawców na płyty, prowadzą do gastronomicznego raju. Zamówiłyśmy mole czyli kolejne meksykańskie niebo w gębie, które wymaga dłuższego wpisu, więc opiszę je w kolejnym kulinarnym wpisie. Siedziałyśmy, jadłyśmy, żartowałyśmy z klientami jedzącymi mole obok i ustalałyśmy wspólną wersję poprzedniego wieczoru. Takie właśnie momenty sprawiają, że czuję się w San Cristobal jak w domu. Może nie brzmi to dobrze, przy całym uprzednim opisie mojego barwnego kaca, ale ufam, że przynajmniej część z Was rozumie, o co mi chodzi.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz