czwartek, 8 września 2011

Panza llena corazon contento 2 feat.

Mój polski zapał i pasja w meksykańskich kuchennych przygodach zaczęły się udzielać i rozprzestrzeniać niczym najpiękniejsza z plag. Dlatego w dzisiejszym odcinku więcej będzie specjalnych udziałów gości niż moich własnych dokonań. Ludzie wokół tak cudownie podchwycili kulinarny temat, że gram tym razem rolę czysto drugoplanową. Co raduje moje serce, duszę, a przede wszystkim żołądek.

Odcinek drugi zaczynamy od… XYZ… od literki B. B jak Banan. Bo oprócz wszystkich przepięknych owoców, w jakie bogaty jest nasz okoliczny targ, to właśnie Banan króluje tu niepodzielnie. Nie ma tu wprawdzie tak wielu rodzajów bananów jak na przykład w Azji, ale Meksykanie mają na niego wiele ciekawszych sposobów niż tradycyjnie polski „banan i bułka” a la Adam Małysz. Na każdym rogu sprzedaje się tu pieczone banany, zazwyczaj z dodatkiem tłustej ciastowej laseczki, której nazwy w Polsce nie znam, ale nazwa taka istnieje i błaga o przypomnienie. Laseczkę ową można ją dostać w Polsce w postaci słodkiego kółeczka, które zawsze dodawane były do pączka na dyskotekach szkolnych w podstawówce. Tu nazywa się to churros i podobno w składnikach też ma to śladową ilość banana, ale jej nie czuć – czuć tylko tłuszcz. No ale ja nie o tym. Pieczenie banana odkrywa zupełnie inną jego jakość. Jakość, którą bez wahania można nazwać niebem w gębie. Nie spożywam już bananów w innej wersji niż w wersji na gorąco.



Bez pałeczki, bo pałeczki stały obok i nie zmieściły się w ten zacny kadr.

Innym sposobem wyciągnięcia z banana jego lepszej jakości jest usmażenie go. Miguel, jeden z hostelowych gości, starał się mnie nauczyć, jak przerobić banana na frytki. Całość jest pyszna, tłusta i bananowa, a zamiast keczupu używa się tu skondensowanego słodkiego mleka zwanego Lechada. Moja współlokatorka Iwka, która obnosi się w swoich autodeskrypcjach miłością do mleka w tubce, totalnie by tu na punkcie Lechady zwariowała. Mnie jednak bananowe frytki za nic nie chciały utrzymać swojego pożądanego kształtu i zamieniały się na patelni w mamałygę, która z resztą smakowała tak samo, więc na ową mamałygę przerabiam teraz wszystkie starszawe, pozostawione przez gości lub pozostałe po śniadaniu banany. Dodaję do tego ryż, zawijam w tortillę, na górze wylewając zgrabny wężyk z Lechady. I mam takie śniadania i kolacje. Dam znać, jak mi się znudzi.


Banan na moment przed rozślapaniem. Droga od frytki do mamałygi krótką jest.
Kolejnym sposobem przerobienia banana na snack są bananowe chipsy. Sprzedaje się je tu i podaje z Lechadą albo z sosem chilli. Takie słodko-ostre połączenia w Meksyku nikogo nie dziwią, wręcz przeciwnie: są tutejszym smakołykiem. Można tu dostać na przykład lody oblane topionym serem albo lody z polewą z sosu chilli (nazywa się to wtedy diablitos). Podobno nic tak nie pomaga na upał jak diablitos.
W kolejnym odcinku „C jak Chilaquiles” gościem specjalnym jest Lisa, która pokazała mi, że podstawą każdej potrawy wcale nie muszą być w Meksyku tortillas, ale mogą być także tacos. Tacos podsmaża się na patelni z serem oaxaca, a cała reszta dodatków jest już podobna do całej reszty meksykańskości. Typowe dla chilaquilles są jeszcze chorizos – ostre meksykańskie kiełbaski, rozgniecione na patelni w papkę – oraz śmietana, którą można polać całość. Ale jak to? – pytam doświadczona o nauki z poprzedniej lekcji moich kulinarnych wojaży – to nachos nie są wynalazkiem kuchni Tex Mex? Rudy, który z racji tego, że jest Meksykaninem, jest naszym kulinarnym ekspertem, odpowiada, co następuje. Nachos rzeczywiście są wynalazkiem kuchni Tex Mex, ale oczywiście kradzionym z kuchni meksykańskiej. W Meksyku raczej nie sprzedawało się gotowych nachos, tylko cięło się tortillę na kawałki (a jednak zawsze tortilla!), a następnie się ją piekło. Nazywa się to tutaj totopos. Ale jako że łatwiej kupić teraz w sklepie gotowe tacos a la Tex Mex, zamiast samemu ciąć i podpiekać w domu, tacos weszły na stałe w skład meksykańskiej potrawy chilaquiles.





W niedzielę pałeczkę przejął Rudy – czyli Szefe hostelu – który posiłkując się także swoim klonem (który okazał się potem być jego bratem), zaserwował nam danie typowo meksykańskie. Niedziela (D jak Domingo) wpisze się na stałe w moje życiowe CV, jako że w tym dniu pierwszy raz jadłam na obiad kwiatki. Kwiaty dyni (flor de calabaza) są tutaj popularnym daniem obiadowym i sprzedaje je się na targu między innymi produktami na dania obiadowe. Kwiatki serwowane były w quesadillas (quesadillas to oczywiście nic innego niż tortilla + ser weń włożon, zawsze tortilla, no bo jak inaczej). Do tego chorizo (meksykańskie kiełbaski) i frijoles (czarna meksykańska fasola – lubię dodawać do wszystkiego słowo meksykański, brzmi egzotyczniej;))



Żeby urozmaicić całość, z lodówki zostały wyjęte jeszcze hormigas. Ormigi to nic innego jak mrówki, ale lubię je nazywać ormigami, bo brzmią bardziej kosmicznie. Wyglądają też z resztą kosmicznie. Automatycznie i synchronicznie przyszło nam do głowy z Lisą, że przypominają nam któreś z oddziałów walczących w bitwie o Geonosis w „Gwiezdnych Wojnach”. Byłyśmy pewne, że to oddziały z ciemnej strony mocy, ale dopiero po wygooglowaniu miałyśmy całkowitą pewność, że mówimy o tym samym. Ormigi to nic innego niż droideki, zobaczcie sami.



A, mrówkom przed ich konsumpcją, trzeba oderwać główkę. Nie wyciągnęłam w końcu z nikogo informacji, dlaczego, ale główkę oderwać stanowczo trzeba. A i, tak, słusznie zauważyliście, znalazłam tu bratnią duszę, z tej samej strony mocy. Ma na imię Lisa i pracuje tu ze mną, i o dziwo jest Niemką, ale jeszcze młodą i nieskwadratowioną. Chyba Moc chce zakopać gdzieś głęboko wszystkie moje ukochane antyniemieckie stereotypiki.

1 komentarz:

  1. Piszesz o 'tacos' jako Tex Mex, ale zapewne chodziło o 'nachos'. Mrówki to pewnie 'hormegas' ? :)

    OdpowiedzUsuń