wtorek, 6 września 2011

Ukręcone kurze łby, moje zdolności wokalne i dom Jose Luisa - czyli magia Chiapas

Kościół w San Juan Chamula, pół godzinki drogi collectivo od San Crisobal, pamiętam jeszcze z zajęć na Cesli. Mówiliśmy o nim jako przykładzie synkretyzmu religijnego w Meksyku. Synkretyzm kulturowy to zjawisko na tyle typowe dla całej Ameryki Łacińskiej, że na studiach mieliśmy cały przedmiot właśnie na ten temat. Większość tematów dotyczyła Meksyku i Gwatemali, bo rzeczywiście o synkretyzm potyka się tu na każdym kroku. Święta katolickie często nakładają się czasowo na dawne obrzędy indiańskie, a ich obchody zawierają elementy zarówno europejskie, jak i miejscowe. Czasem był to celowy zabieg kościoła, który chciał uczynić chrześcijaństwo mniej ciężkostrawnym dla Indian. Czasem to Indianie dokładali do tradycji kościelnych swoje własne rytuały. Dziś Indianie już często sami nie wiedzą, który element ich kultury pochodzi z tradycji kościelnej, a który z tradycji prekolumbijskiej. Zapytani o genezę poszczególnych rytuałów, odpowiadają, że to „costumbre” (zwyczaj).


Zjawisko synkretyzmu religijnego dotyczy oczywiście nie tylko Meksyku, ale i naszego własnego podwórka. Czym innym jest przecież noc świętojańska, jak nie przedchrześcijańską Nocą Kupały, a Święto Wzniebowzięcia Najświętszej Maryi Panny dawnym rytuałem agrarnym, podczas którego prosiło się Matkę Ziemię o pomyślne zbiory? Może zabrzmi to kiczowato, ale im więcej podróżuję po świecie tym bardziej widzę, jak bardzo zaniedbałam się w swojej dotychczasowej edukacji, wiem tak wiele o kulturze przedchrześcijańskiej tutaj, a tak mało o naszej własnej, polskiej, słowiańskiej. Pierwsze co zrobię, jak wrócę do Polski, to ruszę w tany i podskoki w rytm oberków na Brzeskiej, a nie w jakieś salsy i cumbie.

W kościele w San Juan Chamula księdza nie było od dziesięcioleci. Nie odbywają się tu też normalne msze. Nie ma tu ławek, klęczników ani konfesjonałów. Indianie nie potrzebują tego wszystkiego, żeby rozmawiać z zaświatami. Wolą załatwiać swoje sprawy sami. Gdy wchodzi się do kościoła, całe nasze ciało w jednym momencie przeszywa wszechogarniający zapach igliwia wyścielającego całą podłogę oraz zapach tysiąca palonych świec. Indianie siedzą na podłodze rodzinami i każda z nich indywidualnie odprawia swoje własne modły. Przed nimi spalają się leniwie ustawione w rządkach kolorowe świece.

Każdy kolor znaczy coś innego, zapala się konkretne kolory świec w wybranych intencjach i, co ciekawe, w zależności od wielkości intencji świece też kosztują odpowiednio więcej lub mniej. I tak na przykład żółte lub pomarańczowe świece zapala się ku ochronie przed złymi mocami, zielone, żeby ustrzec się przed chorobą, różowe lub niebieskie, żeby chorobę wyleczyć. Białe świece, których w kościele jest najwięcej to hołd dla Matki Ziemi i dla Boga. Na konkretne potrzeby można także znaleźć odpowiednie „przepisy”, które mówią, ile i jakiego koloru świec trzeba zapalić, żeby Bóg spełnił konkretne życzenie. I tak na przykład – podaję najkrótszy „przepis” – żeby wyleczyć strach trzeba zapalić: 2 małe białe świece i jedną małą złotą (3 świece za 10 pesos).

Niezwykłości atmosferze kościoła dodają także pomruki wyszeptywanych modlitw. Modlitwę inicjuje ojciec rodziny, po nim powtarza reszta. Wszystkie modlitwy wyszeptywane są w miejscowym języku indiańskim. Ojciec rodziny dokonuje także wszystkich rytuałów. Element, dla którego tak dobrze zapamiętałam z zajęć ten kościół, to Coca Cola, której Indianie używają do swoich rytuałów. Między ustawionymi w rządkach świec stoją dumnie butelki z Coca Colą i innymi napojami gazowanymi. Picie dużych ilości tych płynów ma oczyścić organizm, jako że wypicie dużej ilości zmusza organizm do beknięcia. Słyszałam także, że przed międzynarodową konkwistą świata dokonaną przez Coca Colę, do rytuałów używano substancji bardzo podobnej kolorem i właściwościami. Napój ten jest trudny w przygotowaniu, dlatego zastąpiono go z czasem wszechobecną Coca-Colą.

Brzmi to co najmniej tak komicznie, drastycznie i symptomatycznie jak scenariusz odcinka „Family Guya”. Dramaturgii całej sytuacji dodaje jeszcze wielki billboard przy wjeździe do miasteczka z napisem „Coca Cola wita w San Juan Chamula”. Tym bardziej jeszcze, że Meksyk ma najwyższy wskaźnik zachorowań na cukrzycę na świecie, a Coca Cola jest jednym z bardziej powszechnych napojów. W biednych wioskach w stanie Chiapas często cały jadłospis to "kukurydza, fasola i Coca Cola". Moja znajoma Monika, która pracuje z miejscową ludnością, uczy, że czasem warto wydać więcej (tak!) i zamiast Coca Coli kupić sobie wodę lub sok.

Podczas uroczystości pije się też lokalny trunek z trzciny cukrowej – pox. Ojciec napełnia usta poxem, następnie wypluwa go, spryskując wiązkę gałązek sosnowych, a nią z kolei spryskuje świece lub też osobę, nad którą wykonywany jest rytuał. W międzyczasie podpala też świece z wizerunkiem Matki Boskiej z Guadalupe. Cała rodzina pije w dużej ilości pox i napoje gazowane. Na koniec rytuału, gdy świece już się dopalają, wyjmuje się z torby przyniesioną ze sobą żywą kurę. Zatacza się nią koła nad świecami lub wybraną osobą, by następnie ukręcić jej kark. Na koniec cała rodzina przeżegnuje się.



Piękny targ przed kościołem

Taki uroczy zestaw pięciu tostadas można dostać pod kościołem za 5 pesos (1,20zł). Nieco dalej tortilla z jajkiem za 2 pesos.

Po lewo chłopiec z tostadas za peso/sztuka.
Po prawo panowie w tradycyjnych kubrakach z barana.

I pani w stroju tradycyjnym, wersja letnia.
Niezwykłość całej opisanej przeze mnie sytuacji traci trochę przez tabuny turystów, którzy spacerują wężykami po igliwiu, przewracając lub następując na świece i wydając okrzyki niesmaku, gdy umiera kolejna kura. Szept modlitw splata się z szeptem przewodnika, który próbuje wyjaśnić grupkom turystów niezwykłość miejsca, w którym się znaleźli. W takich momentach właśnie lubię być samotną podróżniczką, a nie zorganizowaną wycieczką czy szalonym wypadem dziesięciu piegowatych Anglików podczas gap-yearu. Zaszyć się gdzieś w kąciku, być cicho, bezszelestnie obserwować. Podróżowanie samemu ma też inne niezachwiane plusy.

Więcej, dłużej i szczerzej się rozmawia, bo rozmowa w cztery oczy to co innego niż zwierzenia przed całym audytorium. I jak nic chce się rozmawiać, chce się do kogoś gębę otworzyć, nie da się milczeć przez 11-godzinną drogę autobusem z miasta do miasta i po prostu trzeba zagadać do współpasażera. A jak już się spotka kogoś, kto mówi w języku, w którym dobrze się czujemy, to już nie chce się go wypuszczać. Najlepsze momenty w hostelu to te, kiedy odwiedzają nas nie grupy, ale właśnie wielu samotnych podróżników. Rozmowy przy stole na tarasie wtedy nie mają końca. Samotna (czy też po feministycznemu: samodzielna) podróżniczka, szczególnie w kolorze blond, budzi też powszechną litość, trwogę i zainteresowanie. Nigdy nie czułam się tak zaopiekowana, jak podczas moich samotnych wyjazdów. Łatwiej też jest mnie zabrać w wizytę do znajomych, pokazać miejsce pracy, postawić obiad lub drinka. No ale przede wszystkim, samotny wyjazd pozwala poznać cię ludziom takim, jakim naprawdę jesteś. Bo nie funkcjonujesz jako grupa, jako siła składowa kilku osób, ale dokładnie, przedokładnie jako ty sam.
 
Cidney, amerykańska Żydówka, którą tu poznałam, lubi bawić się swoim wizerunkiem podczas takich wyjazdów. Szczególnie, że mówienie w Meksyku za każdym razem, że się jest ze Stanów, nie przysparza tu raczej przyjaciół. Wymyśliła więc raz, że jest z Bośni, a gdy kazano powiedzieć jej kilka słów w jej języku, zaimprowizowała tak mistrzowsko, że nikt nie przypuszczał, że to nie bośniacki. Ja Polski się nie wyprę nawet na przypiekaniu pięt i rozrywaniu końmi, ale bardzo podoba mi się fakt, że ludzie nie wiedzą tu o mnie totalnie nic i mogę być tym, kim chcę. Czytaj: sobą. I choć zdarza mi się wymyślić tu kolejną genezę mojego znamienia na szyi, no bo ile razy – jak mawiał Himilsbach – „można pierdolić to samo”, to najciekawsze jest to, że człowiek autodefiniuje się w samotnej podróży na nowo. Gdy Jose Luis zapytał mnie, co robię w Polsce, w czym jestem dobra, nie chciało mi się kolejny raz „pierdolić tego samego”. O tym, jak to jestem wiecznym studentem, gdzie pracuję i jak to lubię, jaki to mam genialny plan przywrócenia statusu planety dla Plutona. Na pytanie Jose Luisa odpowiedziałam więc, że dobrze odganiam krzykiem szpaki z czereśni. Co rozpoczęło nową ciekawą rozmowę i przypomniało mi o tak ważnym miejscu w moim sercu, jak szpaki i czereśnie. Poza tym pewnie niewielu z Was wie, jak głośny odgłos potrafię przy tym wydać. I ja też sama zapomniałam.  A, i co ciekawe, ludzie tutaj uważają, że pięknie śpiewam! Haha! Podczas gdy moi polscy znajomi błagają: „zabijaj, ale nie śpiewaj” i muszę chodzić śpiewać do kościoła, bo tam nikt nie krytykuje.

Jose Luis nie może przemknąć tylko tak ukradkiem w tak nieciekawej anegdocie! On i jego dom są tak barwne, ciepłe i wesołe, że nie opiszą tego żadne słowa. Dom Jose Luisa to przystań dla wszelkiej maści wagabundów, rozbitków, couchsurferów. Wszyscy oni znajdą swoje miejsce na materacu w malutkim pokoju Jose Luisa. Rebecca, kompulsywna Amerykanka o uroczo nieforemnej twarzy, kilka dni temu pokłóciła się z chłopakiem i zadzwoniła do Jose Luisa, czy może przeczekać u niego. Olivier, sąsiad Jose Luisa, który produkuje biżuterię z kości słoniowej (trzymałam całą kość słoniową w reku!) i którego ojciec grał końcową piosenkę w filmie „I Bóg stworzył kobietę”, też znajdzie tu miejsce, jak upije swoją słabiuchną głowę dwoma szklaneczkami poxu i będzie rozpaczał, że nikt nie chce z nim tańczyć. Dla wszystkich innych miejsce też się znajdzie, znajdzie też się ciepły obiad. Jose Luis przebiegnie się tylko po wszystkich z kapeluszem i każdy rzuci za posiłek co łaska. Na ścianach ma przepiękny miks pamiątek z całego świata, a między nimi przepiękny miks ludzi z całego świata.

W magicznej kuchni Jose Luisa same smarują się kanapki.

Jose Luis chce zostać moim mężem. Powiedziałam, że muszę zrobić zdjęcie, żeby moja mama mogła go zobaczyć, bo to ona ma tu ostatnie słowo:)
Znajdź niepasujący element.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz