wtorek, 28 lutego 2012

La vida es un carnaval. Na karnawale w Veracruz

W Polsce karnawał nie znaczy już wiele. Moi piękni chłopcy z bloga „Make Life Harder” piszą, że „karnawał to taki szczególny moment, który odnotowują z reguły tylko uczennice szkół katolickich oraz studenci KUL-u, gdyż normalni ludzie chodzą najebani cały rok”. Ostatki są kolejną okazją do nabzdryngolenia się z przesłaniem, nabzdryngolenia się na temat, o wiele fajniej nabzdryngolić się z okazji ostatków niż z okazji na przykład piątku. Nie ma już rozgraniczenia między czasem postu i czasem karnawału, między sacrum i profanum, nie ma cykliczności czasu, czas jest teraz świecki jak gałka lodów. Mnie przyszło żyć 26, skądinąd dość zabawowych, lat, żeby w końcu dowiedzieć się, czym jest karnawał. A jak dowiedzieć się, czym jest karnawał, to tylko w Veracruz.

Ula Ryciak pisze, że karnawał w Veracruz „na całym globie ma tylko dwóch kuzynów, z którymi może wejść w kosmiczne porozumienie: Rio de Janeiro i Nowy Orlean. Dusze całej trójki sprzedano na wieczność szaleństwu tańca”. W cytacie tym, poza słowem „kosmiczny”, które jest w moim TOP 10 ulubionych słów, najbardziej przemawia do mnie to „szaleństwo tańca”. Im dłużej podróżuję po świecie, tym bardziej taniec mnie fascynuje. Między innymi dzięki temu, że taniec stanowi idealną harmonię między (uwaga, zajedzie kiczem!) naszą duszą a naszym ciałem oraz, co więcej, jest także jednym z piękniejszych sposobów komunikacji z innymi ludźmi. Rozmawiałam na ten temat w dzień mojego wyjazdu około godziny 9.30 na zimnym przystanku Kijowska  z moim przyjacielem Dobrym. Powiedziałam wtedy, że Nietzsche napisał, że uwierzyłby tylko w takiego boga, który umie tańczyć. Dobry odparł, że nie wierzy, żeby Nietzsche umiał tańczyć. Ja też nie wierzę. Ale wierzę w to, że Bóg umie. Musi.

Jakieś dwa tygodnie przed moim przyjazdem do Meksyku poszłam do warszawskiej dyskoteki, która zwie się dźwięcznie Fire&Ice i znajduje się w centrum naszego miasta stołecznego. Miałam tam spotkać się z Ewą, z którą jestem teraz i tutaj. Ewa była rok niżej ze mną na studiach i wybierała się do Meksyku, więc napisała do mnie o rady przedwyjazdowe. Okazało się, że będziemy w Meksyku w tym samym czasie. Takich znaków od losu się nie lekceważy, nawet dla całej magii samotnego podróżowania, więc zdecydowałyśmy, że spotkamy się w Veracruz na karnawale. Tego samego wieczora poznałam także DJ-a w owym lokalu, który nosi, równie dźwięczną jak lokal, ksywę - DJ Kike. Jest Meksykaninem, jedzie do domu rodzinnego na karnawał i zgodził się nas wtedy tam gościć. Nie napisałam tego wszystkiego tylko dla porządku informacji na blogu, ale także w innym, bardziej adekwatnym celu. DJ Kike puszczał owego wieczora wszystkie moje meksykańskie piękne przeboje, na których stańczyłam całe buty i całe noce w San Cristobal. W San Cristobal nie przestawałam tańczyć, co chwila ktoś prosił mnie do tańca, uczył, instruował, podziwiał. Młody, stary, gruby, chudy, to nieważne, w Meksyku ważny był taniec. Tańczyłam non stop od dziesiątej wieczorem do piątej rano. W Fire&Ice wszystkie te dźwięki wspomnień rzuciły mnie znów w szaleństwo tańca. Liczyłam, że dzięki temu za chwilę znów będzie jak w San Cristobal. Ale nikt nie poprosił mnie do tańca. Mam wrażenie, że w Polsce poproszenie do tańca znaczy wiele różnych rzeczy, ale rzadko oznacza poproszenie do tańca.

Tutaj taniec panuje niepodzielnie nad wszystkim. Nad ubiorem, lansem, wiekiem i urodą. Na defiladach w Veracruz maszerują wszyscy: od najmłodszych dzieci (czasem nawet w wózkach prowadzonych przez tańczących rodziców) po staruszków, których wiek nie pozwala już na taniec, ale dla nich jest tu także miejsce, zapewne ze względu na to, że w 1954 byli królami karnawału. Większość ubranych w pióra dziewczyn nie wygląda tak, jak w Waszej wyobraźni. Nie są wyjęte z wybiegów. Są chude, koślawe, z końskim uzębieniem. Są grubiutkie, z setką wałków i wałeczków. Są starsze, z pomarszczonymi brzuchami. Nikomu to nie przeszkadza. Tu nie patrzy się w zęby, w wałeczki ani w zmarszczki. Tu patrzy się w taniec.






Karnawał trwa w Veracruz dziewięć dni. Pierwszego dnia z pompą pali się kukłę będącą uosobieniem Złego Humoru i koronuje się Juana Carnavala, by ostatniego dnia z taką samą pompą go spalić. Podczas tych dziewięciu dni odbywa się sześć defilad (jeśli dobrze naliczyłam) na nadmorskiej ulicy i codziennie koncerty: główne przy porcie i mniejsze na Zocalo. Bilety na obejrzenie defilady nie kosztują takich kosmicznych pieniędzy jak te w Rio. Niedzielna, najdroższa defilada, to 70 pesos (mniej niż 20 zł), pozostałe są tylko tańsze, a ostatnia jest już za darmo. Festiwal w Veracruz jest festiwalem dla ludzi. Bawi się tu całe miasto oraz nadjechani z różnych zakamarków kraju Meksykanie. Piję tu do tego, że mieszkańcy Rio w dość przerażającej i odnotywalnej mierze podczas trwania festiwalu uciekają z miasta, uderzając raczej w takie kierunki jak karnawał w Recife, Salvadorze czy Olindzie. W Rio nie byłam, więc oceniać nie mogę, chcę jedynie powiedzieć, że tu jest to niewątpliwie święto jarochos (to taki nickname mieszkańców Veracruz, Meksykanie mają taką uroczą nomenklaturę). Do domu rodzinnego Kike na okazję karnawału zjechała się cała meksykańska wielka rodzina, a ja czułam się jak w domu Kevina tego ranka, zanim został Sam w Domu.

Karnawał trwa w Veracruz dziewięć dni. Dziewięć dni najprostszej, najpiękniejszej, najczystszej zabawy i takiegoż poczucia humoru. Nigdy bym nie podejrzewała siebie o to, że będę się bawić jak dziecko oglądając konkursy z jeszcze prostszym poczuciem humoru niż konkursy z polskich wesel, typu taniec z balonikiem. Z całego serca śmiałam się i żałowałam na przykład biednych chłopaczków, których zadaniem konkursowym było robienie pompek z obciążeniem na plecach w postaci ogromnej, seksownej, zpewnościąponadstukilowej baby. Ewa powiedziała, że nie lubi przyglądać się sklepowi z zabawkami zza szyby: „Ja chcę być w środku! Chcę się bawić! Ja chcę być zabawką!”. Bo karnawału nie da się obserwować, karnawałem się żyje. Ewa została więc tu lokalną celebrytką wygrywając kilka konkursów tańca, a ja znów obtańczyłam pół miasta w kałużach rozlanego piwa pod kolumnadą na Zocalo.



Właśnie tu, w Veracruz, poczułam wreszcie, czym jest wałkowany przez polonistyczną młodość w bibliotekach bachtinowski karnawał. Świat na opak, gdzie ludzie wychodzą ze swoich codziennych ról, gdzie król jest błaznem, a błazen królem. Gdzie pod osłoną nocy uprawia się niezobowiązujący seks. Gdzie pod osłoną masek popełnia się przestępstwa. Co chwila ktoś tu ucieka, ktoś kogoś goni, przegrupowuje się policja. Gdzie królowymi karnawału są transwestyci, którzy filuternie na ulicy pokazują cycki, krzyczą, tańczą, prowokują, a przechadzanie się z nimi pod rękę to dla mężczyzn honor, bo nieważne, że to faceci, ważne, że są najatrakcyjniejszymi laskami na imprezie. Tu na ulicach tańczy wszystkie siedem grzechów głównych. I jak na mnie (uwaga! Zajedzie kiczem!) tańczy z nimi także Bóg.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz