piątek, 23 marca 2012

Bezimienni konstruktorzy Wieży Babel

Na moim przytulnym targu w San Cristobal, między stoiskiem z organiczną kawą a leżącymi grzecznie w rządku z rozczapierzonymi ku niebu martwymi kurczakami, ma swoją siedzibę rozkładany fryzjer. Kawałek daszka, fotel, pęknięte lusterko, zbita z trzech desek ławka służąca za poczekalnię. Mauricio, z którym pracuję, poszedł tam na skrócenie włosów. Powiedział, że chce „trochę krócej”, a wrócił z łysą banią i imagem narco. Mauricio jest Meksykaninem, więc błąd w komunikacji nie opierał się na jego nieznajomości hiszpańskiego. Łysa bania Mauricia wynikła z nieznajomości hiszpańskiego przez fryzjera. Fryzjer jest też Meksykaninem. Ale mówi tylko w tzotzil, dialekcie z Chiapas, z hiszpańskim u swej zasady niemającym nic wspólnego. Podobnie jest na całym targu. Mogę kupić po hiszpańsku kurczaka, ale już trudniej pogadać z Indianką go sprzedającą o przepisie na mole albo inną potrawę.


W Meksyku mówi się sześćdziesięcioma ośmioma językami, a dokładniej ich trzysta sześćdziesięcioma czterema wariantami. Językami innymi niż hiszpański posługuje się tu 6 milionów ludzi. Dla niektórych to jedyny język, jaki znają. Językiem nahuatl posługuje się tu około 1,6 miliona ludzi, ale są tu także języki, którymi posługuje się zaledwie garstka najstarszych mieszkańców. Językiem ayapaneco ze stanu Tabasco posługuje się na przykład tylko dwóch ludzi. Historia tych dwóch starszych mężczyzn jest iście scenariuszowa, w sam raz na niedzielne kino familijne o zgryźliwych tetrykach z ramówki TVP.  Mężczyźni owi są bowiem  ze sobą skłóceni i nie rozmawiają ze sobą od dekad. Mieszkają zaledwie 500 metrów od siebie, ale nie zamieniają ze sobą ani słowa. Media uparcie głoszą, że dawno temu poszło o kobietę. Sami bohaterowie – 76-letni Manuel Segovia i sześć lat młodszy Isidoro Velasquez – mówią, że to raczej różnica charakterów. Manuel to typ ekstrawertyczny, propaguje język ayapaneco, dostał tytuł mieszkańca roku. Isidoro, który przez całe życie był rolnikiem, woli zamknąć się w domu i spędzać czas z wnukami.  Tak czy siak, Manuel i Isidoro, dwaj ostatni użytkownicy języka ayapaneco, nie mają z kim w tym języku porozmawiać. (*AKTUALIZACJA: dałam się nabrać na tę historię, która poszła w viral, zanim wyszło na jaw, że jest zmyślona. Piszę o tym TUTAJ).

Na świecie są języki, którymi posługuje się jedynie jedna osoba. Wraz z jej śmiercią umiera także język. Szacuje się, że średnio raz na dwa tygodnie umiera jeden język. W latach 1490-1990 wymarła mniej więcej połowa języków świata. W ciągu kolejnych 100 lat prawdopodobnie umrze połowa z sześciu tysięcy języków, którymi obecnie mówi się na świecie. Nic mnie tak nie zasmuca. Kończę kolejny warszawski tydzień i ani się spostrzegam, że kiedy ja patrzę na gorsecik w panterkę w witrynie modnej sieciówki, świat staje się uboższy o jeden język. Z całą jego, na pewno fascynującą, gramatyką, przysłowiami, piosenkami, idiomami, może z systemem aglutynacyjnym, a może z  fonicznym, może systemem typowym tylko dla tego języka. Wraz z nim umiera także pewna kultura, autotożsamość, ludzka różnorodność. Smutnym to do głębi.

Są też oczywiście w historii języków historie pozytywne, takie jak na przykład odradzanie się języków. Tak było na przykład z językiem hebrajskim, który przez setki lat był językiem martwym, używanym tylko w liturgii przez grupę duchownych. Pod koniec XIX wieku został on odtworzony, a od 1948 roku jest oficjalnym językiem urzędowym Izraela. Mówi nim, wedle różnych szacunków, od pięciu do ośmiu milionów ludzi. Niezwykle podniecającym jest też tworzenie języków sztucznych (nazywanych specjalistycznie równie podniecająco – językami apriorycznymi). Mówię tu o językach wymyślonych od początku do końca w zaciszach kanciapek lingwistów. Historia tych języków sięga wbrew powszechnej opinii dużo głębiej w historię niż esperanto. Języki alchemików, różokrzyżowców, tworzenie „języków idealnych” do nawracania pogan, „języki idealne” oparte na językach ptaków czy „naturalnym języku zmysłów” powstawały sobie a priori kilka setek lat temu (niektóre już w starożytności!). Moje lingwistyczne serce radują też języki powstałe w celach artystycznych, takie jak język elfów z Tolkiena, klingoński ze „Star Treka”, na’vi z „Avatara”, simlisz z komputerowej gry „Sims” czy dothraki z „Gry o Tron” (którego gramatykę już opanowałam, ale żaden z pytanych znajomych nie ma ochoty nauczyć się go także i stworzyć dothracki naszym sekretnym językiem).

Idąc dalej w stronę nieronienia łez nad historią języków, a raczej historii pozytywnej, podążam pomału w stronę tematu, który upatrzyłam sobie wcześniej jako temat przewodni tego posta (jestem obowiązkowa, lubię tematy). Otóż: jeśli myślicie, że tu w Meksyku oficjalnym językiem jest hiszpański, to jest to oczywiście urzędową niezbywalną wikipediową prawdą. Ale jeśli tu przyjedziecie, tak jak autorka tego bloga, zobaczycie już po krótkim czasie, że hiszpański, którym tu się mówi, można bez wątpienia nazwać meksykańskim. Po ulicy nie jeżdżą tu jak w Hiszpanii „coches”, tylko „carros” (samochody), gdy wychodzi się wieczorami ze znajomymi pije się nie „zumo”, ale „jugo” (soczek, oczywiście z czarnej porzeczki, Soreczko:*), a gdy upojona „jugo” tańczę, na moich uszach dyndają nie „pendientes”, ale „aretes” (kolczyki). Nie mówiąc już o tym, że hiszpański cwaniaczek nijak nie dogada się z cwaniaczkiem meksykańskim. Cała bowiem gama przekleństw i słów, które są tu „cool”, różni się totalnie.

W jedną z naszych rodzinnych niedziel w hostelu przygotowaliśmy taki mały ilustrowany słownik meksykanizmów (rodzinnych, bo weekendy dzielą się tu na: viernes social, sabado sexual i domingo familiar). Słownik ów pragnę Wam teraz przedstawić:


Świniakami jesteśmy my, ja i moi hostelowi współpracownicy (od lewej: rzeczony Mauricio z Meksyku, ja, Hedda z Irlandii, Jorge z Brazylii i Suzanna z Holandii). Zwiemy się Los Iguanos od nazwy naszego cudownego miejsca pracy – hostelu Iguana. Sam tytuł słownika nawiązuje do meksykańskiej pijackiej gry „Caricachupas”. Polega ona na tym, że w miarę popełniania kolejnych błędów, trzeba pić coraz więcej, więc następnie i naturalnie wskutek picia popełnia się błędów coraz więcej. Poprawni nie piją nic, w związku z tym nie popełniają dalszych błędów związanych z upojeniem alkoholowym (to moje tu przekleństwo). Takie błędne koło, w sam raz na rozerwanie się po całodziennym dniu ciężkiej pracy w hostelu;)


„Cruda” to po meksykańsku kac. Hiszpańskie słowo „resaca” uważane jest tutaj za nieadekwatne do tego, co czuje się po spożywaniu meksykańskich trunków pokroju tequili, mezcalu, poxu, pulque, jak również takich gratek jak cania czyli wódka z trzciny cukrowej po 2 zł za litr. „Descrudar” można przetłumaczyć jako „odkacować”.  Na „odkacowywanie” Meksykanie mają parę dobrych sposobów, czasem równie dobrych jak pox o smaku brzoskwini. Mój szef Rudi-Crudi (możecie już sami odszyfrować jego ksywkę, wierni adepci!) zawsze rano po imprezce zabiera nas na przykład na służący odkacowaniu lunch. Je się wtedy zupę consome (coś jak nasz rosół) oraz mięcho barbacoa. Zazwyczaj robimy to w knajpie ustawionej na podwórku, na igliwiu, między kurczakami. Taka zdrowa wieś w środku San Cristobal pomaga na przywrócenie równowagi w naszych skacowanych głowach.

Powyższa świńska ilustracja nawiązuje oczywiście do Słynnego Pabla z Mielna, youtubowego hitu Polski z zeszłego roku. Plastikowa miska, z której Pablo jadł zupę, została sprzedana na WOŚP-ie za 1000zł, a osiemnastka Pabla była największą imprezką w mieście. Ja patriotycznie propaguję tu ten filmik, podobnie jak inne polskie walory narodowe.  Pablo i jego zupa są w mym sercu od dawna, ale dopiero tutaj zrozumiałam, jak czuł się Pablo wtedy, gdy jadł swoją zupę. A to za sprawą Suzanny, która pewnego meksykańskiego dnia z takim oddaniem jadła swoją poranną poimprezową zupę, że widziałam, że zupa jest dla niej całym światem, jej sensem istnienia, odpowiedzią na wszystkie pytania tego świata. Suzanna była w tamtym momencie najlepszą definicją słowa "cruda".

Zagalapowałam się. Post zaczyna się robić tak długi, że znowu znajomi zaczną podejrzewać, że nie jestem w żadnym Meksyku, tylko klecę ten blog w Łomiankach. No i się ściemnia. Więc niespodziewanie, nieplanowanie i zupełnie nieodpowiedzialnie w tym momencie czynię tu i teraz koniec części pierwszej tego lingwistycznego wpisu. CDN.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz