piątek, 16 marca 2012

Innego końca świata nie będzie - część 1

Isla Mujeres, raj na ziemi. Miałyśmy już stąd uciekać, szłyśmy z plecakami na prom. Kiedy przydrożny kelner zaśpiewał w naszym kierunku: "Please, don't go away". Stanęłyśmy. Rzuciłyśmy monetą. Reszka zostajemy, orzeł jedziemy. Wypadł orzeł. Ale i tak zostałyśmy. Bo jesteśmy chingones, nie chingadas. To nie los decyduje o nas, to my decydujemy o losie.

Na Isla Mujeres poznałyśmy Kamilę. Kamila jest kawałem twardziela ze Stalowej, od stóp do głów w tatuażach, kolczykach, przeżyciach. Kamila jest od jedenastu lat w podróży i jakkolwiek sekciarsko by to pierwsze zdanie nie brzmiało, to z tą podróżą jej do twarzy. Siedzimy na plaży w środku nocy, sączymy piwo, gadamy w piachu o Wiechu, o dolarach z Misiem Uszatkiem na nowozelandzkiej wyspie Niue Island, miłości i całej reszcie, a nad nami świecą gwiazdy na drugim końcu świata. Za kilka godzin się rozstaniemy i pewnie się już nigdy nie spotkamy. Rano Kamila pyta mnie o rady dla książki, którą pisze. Wyjeżdżam za dwie godziny. Pokazuje mi genialny program do pisania, który zasłania cały ekran i wszystkie facebooki, a do tego wydaje odgłos maszyny do pisania. Ja z podniety macham rękami. Wyjeżdżam za godzinę. Staramy się pożegnać, a Kamila na to: „Nie zalewajcie, do zobaczenia na kolacji!”. Tym razem jednak naprawdę wyjeżdżamy. Nie spotkamy się z Kamilą na kolacji. Pewnie nie spotkamy się już nigdy. Kamila wie o tym doskonale.
Kamila i Skype na palmie
Całą metafizykę pożegnań w podróży trafniej i piękniej opisał mój znajomy Franek na swoim blogu:  http://franztravel.blogspot.com/2012/01/pozegnania-w-podrozy.html Ten jego tekst kołacze mi się po głowie przez cały tutaj mój meksykański czas. Przy całym pięknie i smutku pożegnań, najpiękniejsze i najsmutniejsze, iż to, że przy wszystkich facebookach i zaproszeniach do Warszawy, tak naprawdę w głębi serca czujemy, że nie spotkamy się już nigdy. Bo to niemożliwe. Bo świat jest za duży. Przestrzeń bezlitosna. Zamykamy tę naszą wspólną historię, wrzucamy w repertuar życiowych anegdot. Historia ma początek, rozwinięcie i koniec. Tak, jak być powinno. I wtedy nagle spotykamy którąś z tych zamkniętych historii na ulicy. Na drugim końcu świata, w niewłaściwym miejscu, o niewłaściwej porze. Wszystko się wali. Cały porządek. To ty? Nie wierzę? Ale ten świat jest mały! Patrzymy na siebie. Nie wierzymy. Świat się do nas uśmiecha. Kolejny raz zrobił nam psikusa. W takich momentach jesteśmy w stanie uwierzyć we wszystko, czerwone może być białe, w grudniu może być wiosna, a ja mogę być brunetką. Świat staje na głowie, wychodzi ze swojej szacownej roli, bawi się nami, pokazuje, że ma poczucie humoru, serce i zmysł do pisania naprawdę świetnych historii.

Mnie świat w tych swoich historiach osadza dość często. Może dlatego, że lubi obserwować moje szeroko otwarte ze zdziwienia oczy i usta, to, że jeszcze „małość tego świata” nie przestała mnie dziwić. A oto one. Owe historie.

Historia nr 1, tak zwana "flagowa". Reżyser: świat. Aktorzy: Ola, Buczka, Daniel, Zbee, Znychronizowani Polscy Breakdanserzy.
Część 1: Jest rok 2007, sierpień, jedziemy z Buczką autostopem w Europę. Celem jest nasze ukochane San Siro, potem uderzamy w Hiszpanię. Jako że jesteśmy piękne, jędrne i młode, nie możemy się opędzić na plaży od atakujących nas komplementami i rozmowami latinoloverów. Spotkany w Barcelonie znajomy z polonu Jerzy wysyła nas do Sitges, pobliskiego gejowskiego kurortu. Tam w spokoju mamy cieszyć się urokami Hiszpanii i słońca. Tak jest faktycznie, do wieczora, kiedy to my mościmy sobie w piasku plaży jakąś sypialnię, a geje wylegają w te same piaski na swoją rytualną nocną orgię. Chodzą w tę i nazad po plaży jak w grze na Amigę. Oglądają się w slow motion patrząc na swoje tyłki. Gdy dwóch się całuje, reszta patrzy na nich z obłędnie przekrzywionymi głowami jak zombie. A jest to gejów sort najgorszy, w skórzanych kamizelkach i z włosami na plecach. Zaglądają nam w śpiworki i śmieją się z naszej płci. Mamy szczęście. Szczęścia za to nie mają dwaj chłopcy, którzy spadają nam na głowę i których gonią geje. Mieli podobny pomysł na plażowe obozowisko w Sitges, ale mniej szczęścia w zakresie posiadanej płci. Po kilku słowach (wiecie jakich) okazuje się, że to rodacy. Daniel i Zbyszek. Jeżdżą po Europie Południowej z grupą zsynchronizowanych polskich breakdanserów. Reszta śpi w samochodzie, ich wyrzucili z braku miejsca na plażę. Gadamy całą noc, bronimy chłopaków przed gejami. Daniel chce jechać dalej z nami na południe. Gdy przychodzi świt, Daniel śpi z kapeluszem na twarzy, Zbyszek idzie się kąpać nago do morza, my idziemy się opalać. Gdy wracamy do naszej sypialni, chłopaków już nie ma.

Część 2, w dwóch aktach:
Akt I, rok również 2007, wrzesień, miesiąc od orgii. Organizujemy festiwal na plaży nad Zalewem Zegrzyńskim. Gadamy z grupką chłopców, którzy swoim Volkswagenem Ogórem  robią za transport zespołu Komety. Volksvagen Ogór jest zielony i przehipisowski, w sam raz na podróż w rytm Kerouaca i innych idoli z dzieciństwa. Chłopcy mówią, że faktycznie, że takie jest Volksvagena Ogóra zastosowanie, że w tym roku jeździli nim po południu Europy ze swoim show. Mówią, że są zsynchronizowanymi polskimi breakdanserami. Ja na to: „Nie wierzę, nie mówcie, że byliście w Sitges koło 20 sierpnia”. Oni: „Ojej, nie mówcie, że jesteście dziewczynami, które uratowały Daniela i Zbyszka przed gejami!”. Oczy i usta mimowolnie mi się otwierają, kiedy zsynchronizowani polscy breakdanserzy klepią po plecach chłopaka, który stoi obok i gada akurat z Buczką: „Daniel, patrz, to te dziewczyny, które uratowały cię przed gejami w Sitges”.  Podczas utarczki z gejami było ciemno, fakt, a gdy było już rano, Daniel spał z kapeluszem na twarzy. To on. Stał od kilkudziesięciu minut obok nas. Gadał z Buczką. Świat się uśmiecha.
Akt II, rok 2010, październik. Siedzę w jakieś marnej knajpie w Warszawie i w związku z tym mogę zobaczyć, co tam piszczy na Vivie. Patrzę i widzę Zbyszka z gejowskiej plaży w zagranicznym teledysku. Zbyszek to żadne kapelusze, tylko naga kąpiel w morzu o wschodzie słońca, więc mylić się nie mogę. Viva, marna knajpa, zagraniczny teledysk i Zbyszek w głównej roli męskiej. Opowiadam znajomym raz jeszcze moją flagową historię o orgii, Volkswagenie Ogórze i „małości tego świata”, licząc, że tym samym zamykam akt drugi. Ale świat stwierdza, że to nie koniec. Dokładnie na drugi dzień mam na Totutotam swoje slajdy z Brazylii. Gdy biorę mikrofon do ręki, widzę, że do Sensu Nonsensu wchodzi nie kto inny, ale plażowy, teledyskowy Zbee, w skórzanych spodniach. Udaję, że go nie widzę i dopiero przez mikrofon opowiadam wszystkim o tym spotkaniu. Zbee jest w szoku (i w skórzanych spodniach!), z tego wszystkiego niesamowitego nawet zaczyna mnie podrywać. Lada dzień niespodziewanie świat wyrzuca go na drugą stronę oceanu, nie gdzie indziej, jak do Brazylii.

Historia 2, krótsza, bez obaw. Reżyser: świat, aktorzy: Ola, Ewa, Fobiczny Erik
Część 1, rok 2008. Jeździmy z Ewą po Europie, spotykamy się na dworcu w Paryżu, przez najbliższe dwa tygodnie będziemy podróżować razem. Śpimy na Couchsurfingu u nadgranicznego Niemca – Fobicznego Erika. Fobiczny Erik ma mieszkanie z balkonem, kawą oraz widokiem na Montrmartre, piękną współlokatorkę Martę i agorafobię. Spędzamy razem przeuroczy paryski czas.
Część 2, rok 2009, rok później. Fobiczny Erik gości na jeden dzień w Warszawie i właśnie w ten jeden dzień w Warszawie przypadkiem spotyka Ewę, na imprezie, w Piątkach bodajże. Opowiada jej, że na drugi dzień wyrusza na Ukrainę, na co Ewa podnieca się: „O Ukraina! Ola tam teraz jest! Na pewno się spotkacie!”. Tak jakby Ukraina to było Dwa Na Trzy albo jakieś inne miejsce o powierzchni prześcieradła. Erik oczywiście nie bierze do mnie żadnego kontaktu, nie mamy się nawet o dziwo na facebooku, nikogo jednak pewnie nie zdziwi to, że kilka dni po warszawskim spotkaniu Fobicznego Erika z Ewą, Erik spotyka mnie równie przypadkowo na dworcu w Odessie. Ja skaczę, macham rękami i nogami, zaciągam go na kawę i spacer, ale Fobicznego Erika to nie dziwi. „Ewa mówiła, że cię spotkam” – odpowiada ze swoją fobiczną powagą.

Historia 3, w połowie zmyślona, ale poszła w takiej formie do National Geographic Traveller, więc świat już nie pamięta, że ułożył ją sobie inaczej. Reżyser: świat, Ola, Jurek z Travellera. Aktorzy: Ola, Tatuś, Jakiś Taty Iglako-Koleżka.
Część 1, jedyna. Z autostopem jak to z autostopem, nigdy nie wiadomo, na kogo się trafi. W mojej autostopowej karierze przejechałam już ponad 20 krajów, za kierowców mając całą gamę dziwnych person. Austriackiego geja z głosem tenora, 4 księży czy też miejscową banditierkę, ale nigdy nie spodziewałam się, że trafię na taką osobę, z którą zdarzyło mi się jechać jakiś czas temu. To było już jakieś 40 km od Kozienic.  Zatrzymał się samochód z dwoma mężczyznami na pokładzie, z czego jeden spał z dżokejką na twarzy na przednim siedzeniu, drugi zaś prowadził i ochoczo ze mną konwersował. W końcu padło pytanie, skąd jestem. Odparłam, że z Kozienic, a on na to, że jego znajomy, ten z dżokejką, też jest z Kozienic. W tym momencie owy mężczyzna przebudził się, odwrócił i okazał się nikim innym, a moim ojcem. Ach, ileż dróg tego świata trzeba przemierzyć, żeby na którejś z nich spotkać własnego ojca!

Jak widać, historie te zostały dla mnie napisane na kilka kolejnych sezonów. Wyraźnie dość wdzięcznie odegrałam swoją rolę, bo tym razem rozpisano dla mnie taki sam wymiar historii, tyle że do realizacji w jeden dzień.  Dokładnie drugi dzień od mojego hucznego powrotu do San Cristobal.

Historia 4, skondensowana.
Reżyser :  świat
Aktorzy:
Ola – jako żywo
Doktor House – mój znajomy amerykański doktor bez granic, u którego w domu spotykaliśmy się poprzednim razem tu, żeby oglądać po raz dziesiąty „Grę o Tron” lub walczyć na wyimaginowane miecze niczym Syrio Forel, „The first sword of Braavos” i Arya, „You are very dead boy”. Nigdy nie miałam do Doktora ni telefonu ni facebooka, po prostu stawałam pod jego balkonem i krzyczałam „Doktor House”, on wychodził na balkon i zapraszał. Strażnikowi na dole, który spisywał moje imię i nazwisko, mówiłam oczywiście, że nazywam się Arya Stark.
Dom – mój niemiecki niekwadratowy znajomy, z którym spędzałam zacną ilość czasu w Deefe razu poprzedniego. Uważniejsi czytelnicy zapewne pamiętają jego pełne uporządkowane niemieckie uzębienie ze zdjęcia, na którym pijemy/jemy meksykański drink zwany Viagra albo Vuelve a la Vida.
Jaana i Pablo – fińsko-argentyńskie małżeństwo, które przyaustostopowało do nas dwa lata temu do Warszawy na couchsurfing. Planowali wtedy podróż życia od Argentyny do Meksyku. Mieliśmy spotkać się z nimi w Brazylii.
Część 1, szybka, ostatnia. Wróciłam do San Cris. Przechodziłam akurat pod balkonem Doktora House’a i z przyzwyczajenia krzyknęłam. Nie spodziewałam się niczego, myślałam, że doktorzy bez granic nie grzeją miejsca tak długo. Ale po kilku sekundach Doktor House również z przyzwyczajenia wyszedł na balkon. Rozmawiałam z nim może trzydzieści sekund o tym, ile dokładnie dni i godzin zostało do premiery nowego sezonu „Gry o Tron”, kiedy wpadł na mnie tak krzyczącą do Doktora na balkonie nikt inny tylko… Dom. Nie wiem, czy bardziej spieszył się, czy nie wierzył w całą zaistniałą właśnie sytuację, że powiedział, że musi lecieć i że zobaczymy się wieczorem. Wieczorem zobaczyliśmy się spokojniej i realniej na otwarciu polskiej knajpy w San Cris (fakt historyczny!). Schodziliśmy cały lokal opowiadając historię naszego przypadkowego spotkania (przy statyście House’a). I gdy my sobie w tym naszym tournee w najlepsze zdobywaliśmy rząd dusz wśród gości lokalu, w drzwiach ujrzałam Jaanę i Pabla. Mieszkają w San Cris od czterech miesięcy, przyjechali dokładnie po moim wyjeździe, przyjaźnią się z Jose Luisem i całą zgrają z Alcan Flores.
Z planowanej Brazylii zrobił się Meksyk. Z planowanego bolesnego zderzenia z rzeczywistością po powrocie do San Cris zrobił się cud. Mexico Magico znów pokazało, jak szeroko potrafi się do mnie uśmiechnąć.

Materiału poglądowego do wpisu mało, w takich chwilach nigdy nie myślę o robieniu zdjęć, może powinnam zacząć, przynajmniej coś sensownego można wtedy zrobić, a nie stać i się na siebie gapić w niedowierzaniu.

Daniel, ja i zsynchronizowani polscy breakdanserzy - spotkanie na festiwalu 

Ów teledysk.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz