piątek, 2 września 2011

Monte Alban i droga do i od niego

Jak wiadomo, Meksyk obfituje turystycznie w wiele ruin z epoki prekolumbijskiej, które trzeba zobaczyć. Wydawać by się mogło, że kolejne i kolejne ruiny mogą nużyć, ale tak się nie dzieje. Ruiny nie tylko u mnie wywołują latynoamerykanistyczne orgazmy. Wielu podróżników, których tu spotykam, ma wciąż ochotę na więcej. We wszystkich tych miejscach unosi się bowiem aura niezwykłości i genialności, która z każdym odwiedzanym miejscem zachwyca jeszcze bardziej. Indianie z tego obszaru przed przybyciem Cortesa nie znali ani koła, ani żadnych zwierząt pociągowych. Wszystkie te niesamowite budowle stworzyli własnymi rękami, na własnych barkach.

Z Jesusem odwiedziliśmy Monte Alban – niesamowite miasto prekolumbijskie, które leży pół godzinki drogi od Oaxaki. Niezwykłość tego miejsca polega na tym, że odcięto niejako kawałek góry i z kamieni, które w ten sposób uzyskano, zbudowano miasto. Pod miastem zaś znajduje się system podziemnych korytarzy. Korytarze te nie były znane pospolitemu mieszkańcowi Monte Alban, służyły bowiem magicznym sztuczkom duchownych. Duchowny taki stał sobie w najlepsze przy boisku do gry w pelotę, gdy tu nagle hop-siup pojawia się zadziwionej gawiedzi na szczycie jakiejś odległej piramidy. Korytarze służyły do budowania duchownego „szacunu” wśród plebsu, ale także to innych bardziej praktycznych oraz także tych niepraktycznych celów. Znajomy Jesusa bada ruiny Monte Alban i podejrzewa, że korytarze te ze wszystkimi swoimi wyjściami tworzyły swego rodzaju flet. Przy bardziej zawiłej pogodzie korytarze wydobywają z siebie bowiem dźwięki i według znajomego badacza są to dźwięki nieprzypadkowe. Tak jak nieprzypadkowo krzywo zostało zbudowane w Monte Alban obserwatorium astronomiczne. Wszystkie budynki ustawione są pod tym samym kątem, a jedynie obserwatorium jak na złość zupełnie na opak.






Przy całej swej opaczności obserwatorium jest też oczywiście genialne. Przez dziurę w dachu wpada do piramidy słońce tylko w równonoc wiosenną i jesienną. W Chichén Itzá w te dni słońce maluje zaś na piramidzie węża, który wydaje się ześlizgiwać po jej schodach. Majowie, a także inne grupy ludności z tego obszaru były bowiem świetnymi astronomami. Organizowano nawet zjazdy astronomów z całej Mezoameryki. Astronomowie udawali się na owe zjazdy nie inaczej, ale na własnych nogach. W podobny sposób do Monte Alban przybywali także ponoć inkascy handlarze. Montezuma zaś w mieście Tenochtitlan miał codziennie świeże ryby złowione w okolicach Veracruz (ponad 400 km od stołu Montezumy). Wszystko przenoszone było przez kurierów: jeden z nich przebiegał pewien odcinek, na którego końcu czekał na niego zmiennik i on kontynuował bieg przez swój odcinek. U Inków taki goniec nazywał się chasqui i przekazywali najczęściej rozkazy władcy ku najdalszym prowincjom, a z powrotem odbierał raporty i dary.  Wiadomość przenoszona przez tych gońców docierała z Cuzco do Quito w tydzień, a zaznaczyć trzeba, że teren był tam nie byle jaki, bo andyjski. Chasqui był symbolem piłkarskiego Copa America w roku 2004.

Nie powinno to dziwić, bo według badaczy, pokonywanie długich dystansów jest rzeczą jak najbardziej ludzką. Wielokilometrowe biegi bez przystanków są podobno jedną z rzeczy, które odróżniają nas od zwierząt. Nasi przodkowie (a także obecnie niektóre plemiona w Afryce) nie polowali na zwierzęta, ale zaganiali je na śmierć. Zwierzęta nie mają możliwości pocenia się, jak człowiek, w trakcie biegu. Żeby oddać ciepło z organizmu, muszą przystanąć na chwilę i odsapnąć. Kiedy są gonione przez śmiertelnego wroga, oczywiście przystanąć nie mogą, więc biegną, dopóki nie padną z przegrzania i wyczerpania. Współczesny człowiek jednakże nie jest już przyzwyczajony do takich biegów. Również noszone przez nas obuwie, które ma uczynić chodzenie łatwiejszym, w rezultacie upośledza nasze stopy. Badania wykazały, że mające amortyzować naszą stopę buty, sprawiają, że chodzimy w inny sposób niż bez nich, uruchamiamy inne partie mięśni, a co najgorsze – stajemy najpierw na piętę, a nie na całą stopę. Sprawia to, że właśnie na pięcie koncentruje się cały cieżar naszego ciała.  Porównuje się to do wielokrotnego (ok. tysiąckrotnego na każde 1,6 km biegu) uderzenia młotkiem z siłą równą dwu-trzykrotnej wadze naszego ciała.

Dlatego Indianie Raramuri, uznawani dotąd za jednych z lepszych biegaczy, butów nie używają albo za buty służą im opony samochodowe przywiązane do nogi sznurkami. Indianie Raramuri (Tarahumara) zamieszkują północ Meksyku, stan Chichuachua, tereny wyjątkowo zimne i górzyste. Indianie ci przemieszczają się więc stale, z gór do dolin po wodę, z gór do dolin schodzą też na zimę, tam też mają wszelkie instytucje oraz szkoły. Ojciec Jesusa pochodzi właśnie z Raramuri i osiągał świetne rezultaty w organizowanych przez tych Indian zawodach. Jest to swego rodzaju wyścig, który jednak odbywa się z udziałem drewnianej kulki, którą podrzuca się nogami, a następnie za nią biegnie. Zawody takie mogą trwać przez wiele godzin, Jesus mówi, że nawet przez kilka dni (tradycyjnie są to dwa dni i dwie noce). Biegnie się przez góry, doliny, z górki i pod górkę, a gdy przychodzi noc po prostu podpala się piłkę, żeby było ją widać.

Sama nazwa „Raramuri” oznacza Lekkostopych, a najlepsi Indianie są w stanie pokonać podobno 560 kilometrów w 72 godziny.  Dwóch Raramuri reprezentowało Meksyk w maratonie na olimpiadzie w Amsterdamie i podobno nikt im nie powiedział, że maraton jest tak krótki i biegli tak, żeby pokonać kilkaset kilometrów. Byli niepocieszeni, gdy zatrzymano ich na mecie. Na innych zawodach, w Stanach, chciano ubrać jednego w Raramuri w buty, on jednak uparł się, że będzie biegł w sandałach. Gdyby mu nie pozwolono, zrezygnowałby z biegu.  Sam Jesus uznawany jest w rodzinie za tego, który odziedziczył talent po ojcu. I rzeczywiście, Jesus chodzi tak szybko, że nawet mnie – bo miałam się za osobę chodzącą szybko – ciężko za nim nadążyć. Musimy śmiesznie wyglądać idąc razem po ulicy, bo Jesus pędzi i napiera, a ja podbiegam za nim próbując go dogonić. Rodzina Jesusa patrzy też na tego jego zdolność metaforycznie – Jesus jest bowiem jedyną osobą w rodzinie, która często przemieszcza się, zmienia miejsca zamieszkania, a także podróżuje, przebywa długie dystanse. Za półtora miesiąca spotkamy się z Jesusem w Polsce.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz