niedziela, 4 września 2011

Panza llena corazon contento

Meksyk to rzeczywiście kraj, który jest więcej i bardziej. A już szczególnie, jeśli chodzi o jedzenie. Jestem już tu ponad dwa tygodnie, a codziennie dowiaduję się o jakiejś niesamowitej „typowej” meksykańskiej potrawie, o której nie miałam pojęcia. Codziennie próbuję czegoś nowego. Codziennie ogłaszam coś moim sensem życia lub nową ulubioną rzeczą ever. Potem zaś okazuje się, że każda z tych rzeczy ma swoich pięćdziesiąt wariantów. Mój kolega Maciek na pożegnalno-urodzinowym ognisku dzień przed wyjazdem życzył mi, żebym wróciła z Meksyku dokładnie w takim stanie, jak teraz stoję. Chodziło mu o to, żebym wróciła z kompletem organów wewnętrznych. Ja zaś od razu pomyślałam o nadprogramowych kilogramach, które narosną na mojej szakirnej sylwetce po skosztowaniu niezliczonych (dosłownie) meksykańskich pyszności.

Już trzeci dzień jestem w San Cristobal de las Casas, gdzie zostaję przez cały wrzesień. Może nie każdemu zdążyłam przed wyjazdem wyszczebiotać, że to główny cel i powód mojego tu przyjazdu, jako że dostałam tu pracę – przez miesiąc będę pracować w hostelu. Prowadzi go urocza parka Monika i Rudy, Monika jest Polką, a Rudy Meksykaninem. Jako że mam cały miesiąc i to jeszcze w okolicy najpiękniejszego targu, jaki widziałam na świecie (poza niedzielnym bazarkiem w Kozienicach oczywiście), postanowiłam, że nauczę się gotować po meksykańsku. Targ jest pięć minut od hostelu, a właściwie już zaraz za zakrętem. Indianki w tradycyjnych strojach. Ze wstążkami w warkoczach. W grubych spódnicach z barana albo innego czarnego zwierza. Ze stertą pakunków na głowie. Z żywymi kurczakami trzymanymi za krzaczaste łapki. Ze wzrostem, który jest połową mojego. I z owocami i warzywami, z których niektóre widzę pierwszy raz  w życiu. Jeszcze nie ośmieliłam się ruszyć w targ z aparatem. Zrobię to może pod koniec wyjazdu, jak już się ze wszystkim i wszystkimi oswoję na wyższy stopień zażyłości. W ogóle ten aparat jakoś mi tak tu ni przypiął ni przyłatał. Wciąż czuję się nieswojo fotografując ludzi.

Tak więc każdy nowy dzień to nowa meksykańska potrawa. Uroczyście zapowiedziałam, że na koniec mojego tu pobytu zrobię tamales, które uchodzą za jedną z trudniejszych potraw kuchni meksykańskiej. Zanim jednak przejdę do opisu kolejnych kulinarnych leweli, które zdążyłam już osiągnąć, słówko jeszcze o jednym specjale, którego choćby nie wiem co nie uda mi się przyrządzić w uroczej zielonej kuchni hostelu Iguana. Mówię mianowicie o przysmaku typowym dla Oaxaci – chapulines. Chapulines to nic innego jak koniki polne, które sprzedawane są w formie przysmaku na każdym rogu w centrum Oaxaci. Sprzedawane są w całej gamie smaków, najczęściej w chilli, mnie najbardziej przysmakowały te czosnkowe. I tak po prawdzie sam granulowany czosnek pewnie smakowałby tak samo, tylko nie chrzęściłby tak w zębach i nie łamał się tak pokracznie w ustach jak pancerzyki koników polnych. Ludzie, których tu spotykam, mówią, że chapulines same w sobie nie mają smaku. Jednakże jest w nich coś urzekającego. Może sam fakt, że wyglądają okropnie, a smakują nieźle, robi zawrotną karierę wśród turystów. Rozgryzane sztywne pancerzyki też mają swój dyskretny urok. W Oaxace mówią, że jak raz spróbujesz chapulines, to już nigdy stamtąd nie wyjedziesz. A jeśli wyjedziesz, to na pewno wrócisz. Ja wrócę na pewno, a chapulines mają w tym swój skromny udział. To przecież między innymi one tworzą barwny krajobraz Oaxaci.



Chapulines można spożywać jako przekąskę lub zaaplikować je w tortillę. Tutaj tworzą piękną całość z quesadillą. Coś, co wygląda jak łapka kuchenna w tle, to materiałowy termos do utrzymania tortilli w ciepłocie.
Kulinarne przygody postanowiliśmy z Willem, który w pierwszych dniach mych meksykańskich potyczek postanowił być moim sekundantem, zacząć od czegoś prostego. W Meksyku mówi się, że w ich kuchni króluję witamina T. T jak tacos, tortillas, tamales, tortas, tlayudas, tequila. Jaka więc inna literka mogła sponsorować pierwszy odcinek w zielonej kuchni hostelu Iguana, jeśli nie właśnie „T”. Za pierwszy cel postawiliśmy sobie tortillas, z podstawową zawartością.
 

Ustawiłam wszystko sobie do zdjęcia jak Makłowicz, profesjonalizm od pierwszego odcinka, a co! Zielona maź to guacamole, czyli pasta z awokado. Do utartego awokado dodaje się według uznania trochę cebulki, papryczki chilli, sól, lionkę, pomidory, czosnek, Lisa dodała wczoraj też marchewkę, bo akurat miała ją pod ręką. Jeśli chcemy przyrządzić najprostszą meksykańskość, to bez wątpienia będzie to guacamole. W zeszłym roku zapisałam się na kurs internetowy o Meksyku i na zakończenie trzeba było przygotować meksykańskie danie. Jak można się domyślić, babeczka prowadząca zajęcia dostała w rezultacie 100 guacamole. Przez kolejny miesiąc pewnie nie jadła nic innego. Po lewo mamy dwie miseczki. W górnej są produkty czekające na podsmażenie – papryka i cebulka. Na patelnię wrzuca się jeszcze papryczkę chilli w całości, którą na koniec wyjmuje się i wyrzuca. W dolnej miseczce są drobno posiekane pomidorki z cebulką, do tego dodaje się kolendrę (w szklance w formie bukietu i na desce do krojenia). Świeżą kolendrę dodaje się tu do wielu potraw, kuchnia meksykańska będzie dla mnie zawsze miała smak kolendry. Do tego dołożyliśmy jeszcze wieprzowinkę.



Na całości znajduje się jeszcze coś, co wygląda jak białe mięso, ale w rzeczywistości jest cudownym serem oaxaca, którego się rozrywa tak śmiesznie jak mięso.
Drugiego dnia miałam straszliwą ochotę na frijoles (czarną fasolę), więc postanowiłam zrobić burritos, które zawsze kojarzyły mi się z Meksykiem. Okazuje się jednak, że danie to popularne jest jedynie na północy kraju. „Burrito” to po hiszpańsku „osiołek”. Legenda mówi, że dziwna nazwa tej potrawy wzięła się od człowieka imieniem Juan Mendez, który sprzedawał jedzenie zawinięte w duże, domowej roboty tortillas w miejscowości Bella Vista w okolicy Ciudad Juarez, a konkretniej od jego osiołka, na którym Juan przyjeżdżał do miasta i który zawsze towarzyszył Juanowi w sprzedaży. Wśród ludzi w miasteczku rozeszła się wieść o ciekawej potrawie sprzedawanej z „burrito”. Tak to było:)  Jednak to, co my rozumiemy jako burritos, pochodzi ze Stanów Zjednoczonych i należy do tzw. kuchni Tex Mex. Początkowo nazwa Tex Mex tyczyła się kolei łączącej Teksas z Meksykiem, dopiero później zaczęła odnosić się do jedzenia. Nazwa ta miała wydźwięk pejoratywny i oznaczała kuchnię z Teksasu, która nieudolnie próbuje udawać kuchnię meksykańską. Dopiero ostatnia moda na Tex Mex sprawiła, że nazwa ta przestała kojarzyć się negatywnie. Do kuchni Tex Mex oprócz burritos zalicza się także fajitas (przeponę wołową z grilla), margaritę (drink z tequili, pomarańczowego likieru i limonki), a także czasem guacamole. Najbardziej chyba znanym wynalazkiem kuchni Tex Mex są nachos.

Jako że San Cristobal w żadnym wypadku nie znajduje się na północy Meksyku, gotowych dużych tortillas dostać tu nie sposób. Nie dorosłam jeszcze do tego kulinarnie, żeby zrobić je samej, więc posłużyłam się substytutem w postaci normalnych tortillas. Kategoria „substytutu” i „improwizacji” będzie od tej pory towarzyszyć mi stale w zielonej kuchni hostelu Iguana.


Danie jak widać było wielogarnkowe. W garnku gotuje się ryż. Will powiedział, że ryż w burritos być musi. Zaufałam. Na patelni lewej typowa zawartość burrito typu Tex Mex: kurczak, czarna fasola, kukurydza, pomidor. Na patelni prawej wszystko to, co poleciłam pokroić Willowi, a on podszedł do sprawy w sposób bardzo meksykański – czyli na luzie – i kawały jak widać są ogromne i nijak to było połączyć z patelnią lewą. Ale jak się postawiło na stole to sprawiało to wrażenie zawrotnej meksykańskiej obfitości, więc wyszło tylko na dobre. Jak wszystko z resztą.



Kurczaka kupiliśmy na targu od jakichś podejrzanie młodych Meksykanów. Wybraliśmy kawałek piersi, który należał wcześniej do jednej z kur, które leżały sobie grzecznie w rządku z rozdziawionymi ku niebu pazurkami. Mięso miało niebezpiecznie żółtawy kolor, ale pomyślałam sobie, że tak widocznie być musi i że to kurczaki w Polsce naszprycowane są konserwantami, żeby wyglądały przez tydzień tak pięknie i różowiutko. Co ciekawe, nigdy nie widziałam, żeby coś tak pięknego działo się z kurą na patelni. Nie dość że puściła niespodziewanie mało cieczy, to jeszcze nie była to woda jak w Polsce (gdzie się strzykawami wpuszcza w kurczaka wodę, żeby wydawał się większy), ale prawdziwy uroczy tłuszczyk. Mimo wszystko mam w pamięci rady Sorki i historie wszystkich moich podróżujących przyjaciół, który zamiast wycieczek do ruin i zabytków, mieli wycieczki do toalety „included” wraz z zestawem obiadowym. No i do tego cała przygoda Eli z ogoniastkiem, którego przywiozła jako suwenir z Indii, a cała historia nie była jednowątkowa, po części pierwszej przyszedł czas na „Ogoniastka, Kolejną Generację”. W związku z tym zdezynfekowaliśmy mięso z każdej strony, a także nasze żołądki po zjedzeniu obiadu.



Do dezynfekcji żołądka posłużył nam ten zacny trunek, który stoi na pierwszym planie po prawo. Wódeczka z trzciny cukrowej o procentażu 40% i litrażu wielkości litra kosztowała 13 pesos (3 złote z hakiem). Wprawdzie można tu znaleźć też inny trunek za 9 zł również, za litr, ale o procentażu o 13 oczek niższym. Postanowiliśmy więc myśleć matematycznie oraz ekonomicznie i postawiliśmy na opcję droższą acz wydatniejszą.

Ciąg dalszy już nastąpił, zostanie opisany wkrótce.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz