poniedziałek, 25 lutego 2013

Vamos a la fiesta

Przez weekend mnie nie było z bardzo prostej przyczyny. Imprezowałam. Impreza jest nieodłączną częścią życia. Szczególnie meksykańskiego.  Nie od paradejki zwą mnie tu przecież Borrachosky tudzież Poloca.

Plan imprezowy ubiegłego weekendu przedstawiał się następująco:

PIĄTEK
- piwko na Zona Rosa, dzielnicy, która ma sławę gejowskiej. Gdy przyjdzie się tu w nocy, to na ulicach ogląda się lepsze gejowskie  stroje niż w teledysku "YMCA".
- lucha libre na Arena Mexico, znowu tak samo pysznie. Widziałam na żywo Kemonito i rzut karłem w publiczność.
- impreza w klubie Uta. Klub ten gromadzi różne dziwolągi, jak również kolejny raz przypadkowo spotkanych Greków z samolotu.


Na Zona Rosa robimy oczywiście także coś więcej niż piwo. Odwiedzamy na przykład lokalne sex shopy i sklepy z ciuchami dla transwestytów.


Zdjęcie robiłam akurat następnego dnia, bo na lucha libre nie można brać aparatu. No ale maski kupione były właśnie wtedy.



SOBOTA
- impreza urodzinowa Rubena na trajinerach (łódkach pływających po jeziorach Xochimilco).
- porwanie kursowego autobusu i zamienienie go w Party Bus, który zawiózł nas na domówkę na Roma Sur. Kierowca sam nie wierzył, że to robi. Z niedowierzania cykał nam zdjęcia komórką i dygając w rytm muzyki zatrzymywał się dla nas na przydrożnych stacjach benzynowych, byśmy mogli naładować nasze turystyczne lodówki.
- koncert zespołu Taluna, którzy - jak sami to określają - grają gatunek muzyczny o przepięknej nazwie space folk (!). To już ich trzeci koncert, na którym zdążyłam być za tym zamachem. I nie ostatni. Zostałam bowiem oficjalną i autoryzowaną gruppie.

Princesita i dwie inne trajinery zapraszają na urodziny Rubena!

Przy sobocie jeziora Xochimilco są jedną wielką imprezą. Dosłownie. Przeskakiwanie na inne trajinery też się nam zdarzało.

 
Urodziny Rubena zgromadziły tylu moich  meksykańskich znajomych, że szok:) Tutaj na przykład Carlito (po prawej) - złoty chłopak i  moje koło ratunkowe, jak nie mam w Deefe gdzie spać

 A tutaj Hedda, z którą pracowałam rok temu w Hostelu Iguana w San Cris

Tych ziomków poznałam akurat dopiero w sobotę:)

Na przepływających łódkach można kupić piwko, świeczki i inne rzeczy typu kwiaty, z których słynie Xochimilco. Znajdują się tu trzy kwietne bazary, które ściągają ludzi z całego miasta.

Wujek Sam. Komendant melanżu. Poznaliśmy się za moim pierwszym Meksykiem.

Carlos. Świetny tancerz (jak widać powyżej) i niezastąpiony host z Playa del Carmen, dzięki któremu przez tydzień mogłam oddawać się takim rozrywkom jak siatkówka plażowa, nauka żonglowania i leżenie na plaży


A tu Ruben (po lewo) z polskim akcentem w ręku:) Specjalnie z myślą o tych urodzinach wiozłam tę butelczynę z Polski.
A to nasza wesoła imprezowa gromadka.

PARTY BUS!!!



Space Folk!!!


NIEDZIELA

- wycieczka do miasteczka Tepoztlan w stanie Morelos, które jest podobno lepszym San Cristobal. Podobnie jak San Cris jest jednym z "Pueblos Magicos" czyli znajduje się na oficjalnej liście najpiękniejszych miast w Meksyku. Jest również tak samo czarną dziurą dla wszelkiej maści hipisów i wagabundów.




Nasz team wycieczkowy. Semu z Finlandii, Jimena z Meksyku, Jarko takoż z Finlandii i Pinche Gringo Aaron z Kalifornii. Wszyscy poznaliśmy się na koncercie Taluny w środę. Oprócz Jimenki, którą poznałam w listopadzie w Polsce.



Brak komentarzy:

Prześlij komentarz