sobota, 27 sierpnia 2011

Wy tam w Europie macie godziny, my tu mamy czas

Jak można się domyślić, jeszcze jestem w Deefe. Zaczęłam się uczyć meksykańskiego podejścia do czasu, nigdzie się nie spieszyć, cieszyć się chwilą. W ogóle im więcej podróżuję, tym dokładniej widzę, że czas jest wynalazkiem czysto europejskim. Na Saharze mówi się, że „wy tam w Europie macie godziny, my tu na pustyni mamy czas”. Metro staje sobie na 15 minut na wybranej stacji bez konkretnego powodu. Meksykańscy znajomi na pięć minut przed umówionym spotkaniem piszą sms, że spóźnią się godzinę. Jedna rzecz jest tutaj tylko na czas. Deszcz. Dokładnie o piątej, jak w zegarku, codziennie zaczyna lać. Dzisiaj nieopatrznie, dokładnie o 17.15 wysiadłam z metra. Muszę sobie ustawić jakiś alarm, budzik na tę piątą, żeby więcej się nie naciąć. Powoli uczę się meksykańskiego postrzegania czasu. Ostatnio Carlos pyta mnie o 20.30, czemu jeszcze nie wychodzę, skoro na 20.30 jestem umówiona. Ja na to, że przecież i tak się wszyscy pospóźniają. On na to, że przecież będzie Dom, a on jest Niemcem i ma wszystko jak w zegarku. Dom jest już tu wystarczająco długo – odpowiadam – zdążył się już nauczyć. I rzeczywiście spóźniłam się 25 minut i dokładnie przed lokalem, w którym się umówiliśmy, zauważyłam nadcierającego z drugiej strony Doma.

Poznaliśmy się z Domem dokładnie tydzień temu, ale w Meksyku wystarcza to już, żeby poznać się jak łyse konie. Robimy głupie zakłady, podrywamy dla siebie nawzajem Meksykanów i Meksykanki, ja śmieję się z jego wieku, narodowości i z tego, że on zakochuje się co 5 minut, on śmieje się z mojej wierności. Dom ma w sobie tak ogromny zachwyt nad wszystkim, co go spotyka, że nie wie, w co włożyć ręce. Co 5 minut ma inny sposób na życie i inny obiekt westchnień. Gdyby mógł, byłby we wszystkich miejscach na świecie i we wszystkich meksykańskich łóżkach jednocześnie. Wciąż nie może sobie znaleźć miejsca, ale wszędzie czuje się jak w domu. Ja pewnie też żyłabym w takim cudownym zachwycie i cudownym kociokwiku, ale ja jestem wierna i wiem, gdzie jest moje centrum wszechświata. I im więcej podróżuję, tym bardziej wiem, że moje miejsce jest tam. I pewnie byłabym tu szczęśliwa, ba, nawet bez kiwnięcia palcem, dostałam już dwie oferty pracy, mam już tu cudownych ludzi, miejsca, jedzenie, piosenki. Ale życie jest tylko jedno, a ja przecież nie od parady urodziłam się w Polsce. Lubię pogadać po polsku o pierdołach z panią z warzywniaka. Lubię warszawskie, zaspane, leniwie zapalające się światła w blokach o piątej rano, gdy ludzie idą do pracy, a ja wracam z imprezy. I wiem już, że chcę budzić się co rano koło osoby, która przez całą noc śniła dokładnie w tym samym języku co ja.

W ten nostalgiczny nastrój (zauważcie, że słowo „nostalgia” w tym kontekście zostało użyte wyjątkowo poprawnie!) wprawił mnie dzisiejszy dzień w dzielnicy Coyoacan. Coyoacan to dzielnica artystów, miejsce pełne kolorów, a przede wszystkim – co różni Coyoacan od reszty rozkrzyczanego miasta – to dzielnica, w której unosi się relaksujący spokój, cisza, refleksja.


Bo Meksyk przy całym swoim relaksującym podejściu do czasu, jest miejscem wyjątkowo głośnym. To głównie za sprawą reklamujących swoje produkty sprzedawców, którzy są wszędzie: w metrze, na ulicach, w parkach. Hałas ten jest też zawsze obecny nie tylko  w przestrzeni, ale i w czasie. Rano drze się śmieciara, po południu drą się ciężarówki z lodami i z reklamami wyborczymi, w nocy drze się sprzedawca tamales. Podziwiam tych sprzedawców za skalę ich głosu i za to, że są w stanie krzyczeć sobie tak cały dzień. Co cwansi z nich, żeby uniknąć na starość nauczycielskiej choroby zawodowej, czyli zapalenia strun głosowych, nagrali sobie swoje komunikaty i po prostu je puszczają z taśmy. Takie nagrane reklamy są w Meksyku bardzo popularne. Nora, współlokatorka Eli, zna na pamięć całe długie nagrane przemówienie ciężarówki, która jeździ po ulicach i skupuje złom. Najpopularniejsze są jednak „tamales oaxaquenos”. Ludzie mają te nagrania ustawione na dzwonki w komórkach. Jedna meksykańska grupa muzyczna zmiksowała je nawet i powstała z tego całkiem sympatyczna piosenka.

Nagranie oryginału "Tamales Oaxacaquenos". Miksu Ela nie mogła znaleźć.
Coyoacan gromadzi wszelkiej maści artystycznie zakręconych ludzi. Wojtek Cejrowski, który tu od lat mieszka, pomyka sobie na bosaka ulicami tej dzielnicy. Całe to artystyczne zamieszanie zaczęło się od dwójki najbardziej popularnych artystów meksykańskich, czyli od Fridy Kahlo i Diega Rivery, który tu mieszkali. Wokół nich zaczęła się gromadzić cała bohema artystyczna tamtych czasów, a Coyoacan stał się ich mekką.
Byłam dzisiaj w Casa Azul, czyli w Muzeum (a zarazem w domu) Fridy Kahlo, które oczywiście też położone jest na Coyoacanie. Cała przygoda Fridy z malarstwem zaczęła się od tragedii. W wieku 18 lat Frida przeżyła wypadek autobusu, przez który następne miesiące spędziła w szpitalu przykuta do łóżka. Zamknięta w usztywniającym gorsecie, nie mogła się ruszyć, więc zaczęła malować (pomalowała też swój gips na klatce piersiowej, żeby uczynić go weselszym, można oglądać go teraz w muzeum, wzruszyłam się). Na jednym z obrazów Frida namalowała chwilę zaraz przed wypadkiem, grupę ludzi siedzących w autobusie, która zupełnie nie spodziewa się tego, co przytrafi się za chwilę. Adam strasznie chciał dosiąść się do tej grupki ludzi na obrazie, siąść z nimi przy całej świadomości tego, co za chwilę się stanie. A może Adam zmieniłby całą sytuację? Przynosi w końcu szczęście. Może autobus poczekałby chwilkę na to, aż Adam wsiądzie i przez to uniknąłby wypadku? Wtedy Frida zostałaby pewnie lekarką, tak jak planowała. Zachwyca mnie rola przypadku w losach świata.


Gdybym trochę uważniej się pakowała i bardziej skupiła się na wzięciu ładowarki do aparatu, a nie na rozmowach z Soreczką, nigdy nie poznałabym Pepe, jego serca na dłoni i rumieniącej się siostry. Nigdy w drodze do Xochimilco nie spotkałabym przedstawiciela meksykańskiego kryminału, który miał jakieś dziwne srebrne wstawki na zębach. Nigdy nie dostałabym od niego „szacuna” za bolesny tatuaż na nodze, a on w odpowiedzi nie zdjąłby koszulki, żeby pokazać mi swoje tatuaże: Matkę Boską z Gwadelupy na całych plecach, a na piersi i na brzuchu Jezusa i świętych katolickich. Nie pomógłby mi też z biletem i nie odprowadził na pociąg. No i na pewno nie miałabym trzech despedid, w tym wczorajszej cudownej, na spotkaniu CS. Zostaliśmy w szóstkę długo, długo po nim i byliśmy ostatnimi klientami w knajpie. Barman zasunął już kotary w oknach i zamknął drzwi. Częstował nas papierosami, które pozwolił już było palić w środku. Gdyby nie ta feralna ładowarka, „Wujek Sam” – przesympatyczny i przeogromny człowiek z trzema paszportami – nie robiłby za szafę grającą. I nie włączyłby mojej ulubionej meksykańskiej piosenki „Si no hubieras ido” Marca Antonia Solisa.


Pierwszy raz słyszałam ją w meksykańskim filmie „Y tu mama tambien” i tak mocno wyryła mi w pamięci taki, a nie inny obraz Meksyku, że ta piosenka chyba już zawsze będzie moim soundtrackiem w tej podróży. W filmie trójka głównych bohaterów siedzi w środku w nocy w małym meksykańskim barze, gdzieś na prowincji. W śmiechu i toastach Luisa podchodzi do szafy grającej, prosi jednego ze swoich towarzyszy o literę, a drugiego o liczbę, żeby mogła wybrać piosenkę. Śmiechy milkną, Luisie spada ramiączko od sukienki, a oni sami zaczynają tańczyć, jedyni w całej knajpie. I jest to najbardziej erotyczna scena, w całym filmie, który przecież cały kręci się wokół seksu. Wczoraj tańczyliśmy do tej piosenki z Carlosem. Też jako jedyni w całej, zamkniętej już knajpie. Barman krzątał się gdzieś składając krzesła, Dom przerwał na chwilę flirt  ze swoją kolejną Meksykanką, żeby patrzeć na nas. Carlos jest jednym z niewielu Meksykanów, który jest ode mnie wyższy i podobno pięknie razem wyglądaliśmy w tańcu. Wcześniej Carlos uczył mnie salsy i cumbii, a ja deptałam mu po stopach, ale tym razem był to już taniec w pełni popisowy. Czułam się jak królowa życia i król. Co z tego, że w umierającej knajpie gdzieś w centrum gejowskiej dzielnicy Zona Rosa,  co z tego, że w oparach tanich papierosów, bez publiczności i oklasków.


O dzięki ci, zapomniana ładowarko, gdzieśkolwiek jest, jeśliś jest!

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz