wtorek, 5 marca 2013

Miasto, w którym wszyscy są artystami

"Jesteś artystką?" - to pierwsze pytanie, które zadaje się w Oaxace, zaraz po "Como estas?" ("Jak się masz?"). I tak jak na pytanie "Jak się masz?" po prostu trzeba odpowiedzieć "Dobrze", nie ma innej właściwej odpowiedzi, tak na pytanie "Czy jesteś w artystą?" trzeba odpowiedzieć w Oaxace "Tak, jestem". W Oaxace wszyscy są artystami. Pośmiechiwaliśmy się z Jesusem, moim malarzem, z tego pytania i ludzi, którzy je zadają. Dzień później usłyszałam, jak zadaje je komuś Jesus. Dwa dni później zaczęłam zadawać je ja.

Spędziłam w Oaxace 6 dni. 6 intensywnych dni bycia artystką. Oddawałam się przede wszystkim dwóm sztukom. Tej, która wychodzi mi najlepiej, i tej, która wychodzi mi najgorzej. Tej, która wychodzi mi najlepiej - czyli piciu darmowego alkoholu na różnej maści wernisażach. Oraz tej, która wychodzi mi najgorzej - czyli rysowaniu.

W Oaxace mówi się, że jak raz spróbujesz chapulines (koników polnych, miejscowego przysmaku), to już nigdy stąd nie wyjedziesz. A jeśli wyjedziesz, to na pewno wrócisz. Ja byłam już tu czwarty raz. Na pewno trochę za sprawą chapulines, ale przede wszystkim za sprawą Jesusa, który zawsze na mnie w Oaxace czeka z gorącą kawą, miejscem do spania i ogromnymi pokładami wiedzy i inspiracji do pochłonięcia. Jesus jest oczywiście artystą. Malarzem-muralistą. Muralizm to dziedzina sztuki dla Meksyku bardzo charakterystyczna (Rivera, Orosco),  a Jesus właśnie otworzył pierwszą w Oaxace szkołę muralizmu, gdzie spędzaliśmy całe dnie. Rano daje lekcje malarstwa, wieczorami przychodzi tu goła modelka do rysowania, w soboty są tu zajęcia dla dzieci. A całymi dniami przewijają się tu artyści i pytają, czy ja też, w sensie, czy jestem artystką. Więc jestem. Skoro wszyscy to wszyscy:




Co do drugiej sztuki zaś, picia darmowego alkoholu, jest to sztuka wyjątkowo tu popularna. "Co to za wernisaż?", "Nie wiem, ale jest darmowy alkohol" to chyba jedna z częściej odbywanych tutaj rozmów telefonicznych. W Oaxace nie wydałam na alkohol ni pesiaka. A co przy tym widziałam, to też moje. Mój na przykład był przypadkowy, darmowy koncert Lili Downs, jednej z bardziej znanych artystek w Meksyku, tej samej, która śpiewała w filmie "Frida" i która wykonuje piosenkę o mole. Stoimy sobie, pijemy darmowy mezcal, a tu łup - na scenę wchodzi Lila Downs. Byliśmy też na wieczorze poezji erotycznej, przedstawieniu teatralnym o niszczeniu owoców i performansie, gdzie jeden artysta malował szybę, drugi przygrywał mu na didżejce, a wszyscy godzinami na to w milczeniu patrzyli. I kilku wernisażach. Oraz przyjemnej imprezie, gdzie jedni gotowali, a drudzy budowali gospodarzom kuchnię na ogródku.




Lila.


Lila schodzi ku publiczności.



Krewetek - Alien. Jak z "Dystryktu 9".


Krewet ląduje w zupie.


Izmael przyjechał tu za swoją meksykańską Marią.


Imprezka na ulicy.

Jak to się stało, że Oaxaca ze stolicy jednego z biedniejszych stanów w Meksyku stała się stolicą meksykańskiej sztuki, do końca nie wiadomo. Na pewno swoje robi dwóch mecenasów sztuki - Francisco Toledo oraz Alfredo Harp, których fundacje wspierają rozwój miejscowej kultury. Rodzina Francisca Toledo pochodzi z pobliskiego Juchitlanu, dlatego zdecydował się on wspomóc właśnie to miejsce. Założył tutaj niezwykłą artystyczną szkołę CaSa, którą odwiedziłam za pierwszym moim w Oaxace razem. Jesus zwraca mi jednak uwagę, że sztuka to tylko centrum Oaxaci. I że tam gdzie on mieszka, na przedmieściach, jego sąsiedzi wciąż nie umieją czytać, a poziom edukacji w Oaxace jest drugim najniższym w kraju. Ja mówię, że przecież organizują zajęcia dla dzieciaków z przedmieść, że angazują lokalną ludność w swoje działania. I że wszystko przyjdzie z czasem. Chcę w to wierzyć.

1 komentarz:

  1. no to złapałaś mnie tą historią, biorę szkicownik i jadę! Buźka!

    OdpowiedzUsuń