piątek, 12 kwietnia 2013

Moja Semana Santa vol.2

Nie ma świąt bez barana! - orzekłam - Jeśli nie znajdziemy na targu barana, to święta uważam za niebyłe! Co z tego, że Meksykanie nie ubierają czekoladowych zajęcy i jaj w sreberka, święta mają być takie, jak trzeba. I były jak trzeba. Moje pierwsze święta w życiu bez rodziny musiały być takie jak trzeba.

W sobotę zaprzęgłam cały hostel do malowania jaj.


W koszyczku nie zabrakło także tortilli i papryczek chili.
No i szczęśliwie znalezionego w końcu Barana.

W niedzielę mieliśmy śniadanie wielkanocne z prawdziwego zdarzenia. Śniadanie-dziecięce marzenie. Na dachu, między suszącą się bielizną hostelowych gości, w domku z koców. Na stole-kocu połączyliśmy tradycje polskiej Wielkanocy i żydowskiej Paschy.




Poniedziałek obchodziliśmy zaś po włosku. Cały mój meksykański żywot spędzam z Włochami. Gdzie się nie ruszysz, pod które sombrero nie zajrzysz, tam czai się przyczajony i ukryty Włoch. Poniedziałek Wielkanocny we Włoszech zwie się pasquita i polega na robieniu barbeque na świeżym powietrzu. Z tej okazji zostaliśmy zaproszeni do Marii, Włoszki, która prowadzi tutaj przesympatyczną knajpkę La Sandunga, a całe barbeque było połączeniem sił z ekipą z drugiej przesympatycznej knajpki - Entropia. Aaron opowiedział swój pierwszy dowcip po hiszpańsku. Iliana zdradziła nam, że dotknęła krocza Lenny'ego Kravitza. A ja wystąpiłam w roli eksperta w sporze, czy Święta Śmierć jest dziewicą czy też może nie.


Tutaj celebruję nową świecką polską tradycję, ale to tradycja ściśle siostrzana. Siostry wiedzą;)
Kocham Was.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz