poniedziałek, 20 maja 2013

El Mariachi Gringo

Gringo i gitarron, a to ci heca! - krzyczą Meksykanie, którzy widzą nas na ulicy. Mój Aaron zdecydował się bowiem związać swoje życie z tym iście meksykańskim instrumentem. Do jego nazwy często dodaje się nawet określenie "meksykański", żeby podkreślić jego wyłączność dla tego kraju. Gitarron jeszcze do niedawna był produkowany tylko w Meksyku, teraz oczywiście gitarrony rodzą się także, jak wszystko inne, w Chinach. Gitarron wygląda jak duża gitara z obfitym tyłkiem (etymologia nazwy to właśnie nic innego jak "duża gitara"). Na pewno kojarzycie ten instrument (i słusznie!) z mariachis. Nie ma grupy mariachis bez gitarrona. Aaron zaś - zupełnie prekursorsko - wprowadza gitarrona do muzyki bałkańskiej, klezmerskiej czy wczesnego amerykańskiego jazzu.


Wszystko zaczęło się od tego, że w metrze w Nowym Jorku, gdzie można spotkać ludzi z całego świata, Aaron spotkał meksykańskich mariachis. Jako że od dawna grał na basie, zainteresował się tym przedziwnym instumentem, który mieli przy sobie mariachis. Zapytał, czy może na nim zagrać. Hahaha, el mariachi gringo - śmiali się z niego wówczas Meksykanie. Nie spodziewali się, że Aaron i gitarron zostaną ze sobą już na zawsze. Aaron od razu pobiegł do muzycznego sklepu i zamówił swój gitarron. Sprowadzono go specjalnie dla niego do Nowego Jorku z Paracho, miejsca, gdzie produkuje się najlepsze meksykańskie gitarrony. Od tamtego momentu Aaron zwany jest przez niektórych guit-aaronem. Przedstawia on ten instrument całemu światu, po którym podróżuje. Nigdy nie zapomni, jak zdziwieni byli starzy Cyganie w małej wiosce w Rumunii, gdy Aaron grał im na nim muzykę cygańską.

Poprzechwalam się trochę chłopem, a co! Aaron w swoim prekursorstwie jest nawet wspomniany w Wikipedii pod hasłem "guitarron". Wyskoczy Wam też w googlach. Ostatnio nawet spotkaliśmy kogoś, kto powiedział, że znalazł tak właśnie przez przypadek zdjęcie Aarona w necie. Jak brałam chłopa, musiałam go wziąć wraz z gitarronem, który automatycznie stał się trzecim członkiem naszej podróżniczej rodziny. Musieliśmy mu nawet kupić trzeci bilet na samolot do Europy, bo gitarrony nie podróżują w bagażowym i mają zbyt ludzkie rozmiary, by być traktowani jako podręczny.

Orkiestra mariachis oprócz gitarrona składa się jeszcze przeważnie z dwóch par skrzypiec, dwóch trąbek, jednej gitary oraz vihueli, kolejnego typowo meksykańskiego instrumentu, która wygląda jak mały, słodki gitarronek. Wydaje wysoki dźwięk, podobny do ukelele. Zupełnie przypadkiem, vihuela właśnie stała się kolejnym członkiem naszej podróżniczej rodziny. Zrobiliśmy w ciągu zeszłych dwóch tygodni znów trasę Xalapa - DF - San Cristobal i znów wylądowaliśmy na wtorkowym stołecznym bazarze muzycznym na Tasquenii. Można tam kupić najtańsze instrumenty muzyczne w całym kraju.

Tym razem nie chciałam być jednak tylko biernym odbiorcą bazarku i nudzić się jak mops podążając za moim chłopem. Znajdź mi egzotyczny instrument, na którym mogę z Tobą grać - powiedziałam do Aarona - wyglądający super oryginalnie i łatwy w obsłudze dla takiego antytalencia jak ja. I wtedy naszym oczom ukazała się kiczowato połyskująca vihuela za jedyne 350 pesos (80zł). Aaron nastroił mi ją jak gitarę, a że kiedyś na gitarze grałam, przestawienie się na vihuelę nie zajęło mi dużo czasu. Tak zostałam mariachi gringą.



Zakochałem się - zatrzymał nas na ulicy w Gwatemali, bo tu teraz jesteśmy, gwatemalski muzyk. Nie mógł się na nas napatrzeć. Gringo, blondyna, gitarron i vihuela. Zaczęlismy grać, a on przyłączył się z cajonem (bębnem). Od słowa do słowa, od dźwięku do dźwięku, a przyłączyli się do nas inni przechodzący muzycy:


Jaraliśmy się naszą nową rodziną jak dzieci. Los mariachis gringos! - nasza meksykańska miłość znalazła swój piękny owoc w muzyce!... Sprzedajmy to i opatentujmy, podbijmy Meksyk i świat!  i wtedy zobaczyliśmy to. "Mariachi Gringo" - plakat nowego filmu, a na nim gringo z vihuelą!... Nierozgranięty życiowo chłopak z Kansas poznaje starego Meksykanina, który zaszczepia w nim miłość do meksykańskiej muzyki. Chłopak pakuje manatki i rusza do Guadalajary, gdzie zostaje pełnoprawnym mariachi, a przy okazji poznaje Lilę Downs, meksykańską lesbijkę oraz niezwykłą kulturę Meksyku, która została świetnie pokazana w tym trochę kiczowatym filmie. Polecam do obejrzenia, szacunek dla filmu, który tak barwnie podebrał nasz pomysł. Może zrobią o nas drugą część pt. "Mariachis Gringos"...

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz