piątek, 7 czerwca 2013

Hobo Kids, czyli co po hipsterach?

Hipsterzy są ostatnią subkulturą! - wieszczyły złowieszczo polskie poczytne tygodniki - Hipsterzy są zaprzeczeniem subkultury, a zarazem piękną klauzulą zamykającą epokę subkultur w ogóle. No bo co może być po nich? Ano może. I jest. W Stanach jednak ta subkultura narasta w tempie lawinowym. Aaron mówi, że żal mu opuszczać USA, bo nie będzie mógł na żywo obserwować tego zjawiska. Ale subkultura ta ma to do siebie, że podróżuje. Niedługo zawitają i do nas. Moi drodzy, poznajcie hobo kids. Subkultura, której korzenie sięgają XIX wieku, przeżywa po drugiej stronie oceanu swoje wielkie odrodzenie.

Moje ostatnie dwa tygodnie minęły właśnie pod znakiem hobo. Wróciliśmy z Gwatemali, bo rozhulała się tam na dobre pora deszczowa. Naszym nowym domem w San Cris na ten czas był stary autobus szkolny z USA. Aaron, włoska kapela Taluna i przyjaciele przyjechali nim tutaj całą drogę ze Stanów. Teraz autobus na dobre zaparkował w San Cris, podobnie jak jego właścicielka - Nicole, która jest tu na wymianie studenckiej. Piękny uśmiech losu chciał, że bus zaparkował dokładnie naprzeciwko punk house'a. A tam zatrzymały się nasze hobo dzieciaki. Ale zanim o nich, kilka zdjęć naszego home sweet home. Jarałam się nim jak dzika świnia.




Apartamenta.
Sąsiedzi. Nicole i dwa kaczory. Nicole zobaczyła ich na targu i przepadła z kretesem.

Aaron znał nasze hobo dzieciaki jeszcze ze Stanów. Kiedy pewnego razu wróciliśmy z kolejnej trasy koncertowej do San Cris, hostel Iguana zmienił się czasowo w studio tatuażu. Carrie, hobo laska z Australii, tatuowała naszą znajomą przy pomocy jedynie jednej małej igiełki. Hobo dzieciaki mają to do siebie, że nazywają się wzajem "tribe" (plemieniem), a takie plemię to prawie jak rodzina. Więc gdy powiedziała, że pomieszkiwała w Nowym Orleanie, Aaron był już pewien, że mają wspólnych znajomych. Okazało się, że jedna z nich niebawem przyjeżdża do San Cris. Po niej przyjechali pozostali.

Lora (po lewo) jest tu już ponad pół roku, razem ze swoim meksykańskim chłopakiem włóczą się po kraju i zarabiają na życie graniem na ulicy (po angielsku jest na to nawet słowo - busking, po polsku chyba nie ma?). Robi też jedno-igielne tatuaże i szyje ciuchy. Zerwała w ten sposób z życiem młodocianej gwiazdki Hollywood. Podobno raz grała w jakimś filmie dziecięcą wersję Natalie Portman. Lindsey (z przodu) włóczy się z hobo dzieciakami od dobrych paru lat. Po drodze nauczyła się grać na ukelele, rysować i mówić po hiszpańsku. Katie (po prawo) oprócz gry na gitarze robi także własnoręczną galanterię skórzaną. Umie zdzierać skóry z różnych zwierząt, konserwować i przerabiać na odzienie i ozdoby. Widziałam przerobioną przez nią iguanę, aligatora, kota i kilka innych zwierząt. Katie oczywiście nie zabija tych zwierzaków, tylko żeruje na padlinie. 

Wyatt podróżuje razem z Katie. Przyjechali tu razem całą drogę autostopem, razem też obudzili się pewnej nocy pod chmurką otoczeni lufami miejscowych pistoletów. Ale jadą dalej. Wyatt jest prawdziwym hobo psem i sam nosi swoje manatki w specjalnych sakiewkach.

Jak zauważyliście we wszystkich hobo opisach powtarza się nieustannie słowo "podróż" tudzież "włóczęga". Właśnie przemieszczanie się jest jedną z cech dystynktywnych hobo dzieciaków. Podobnie jak trampowie wskakują do przejeżdżających pociągów, by tak za darmo przemieszczać się po kraju. W odróżnieniu jednak od trampów, hobo dzieciaki nie tylko podróżują, ale i pracują. Podróżują za pracą. Za przeróżną pracą. Pierwsi hobo imali się każdej posadki. Jakaś praca w knajpie na jeden wieczór na zmywaku i dalej w drogę, w podróż za jeden uśmiech. Mówię "pierwsi hobo", bo sam termin nie jest nowy, a swoją tradycją sięga jeszcze XIX wieku. Doczekał się nawet swojego hasła w polskiej Wikipedii, jak również takich reprezentantów jak Woody Guthrie czy Bob Dylan. Myślę, że i w Polsce znalazłoby się kilku hobo. Weźmy takiego Stachurę na przykład. Teraz jednak hobo znów eksploduje.

Dzisiejsze hobo dzieciaki są wszechstronnie wykwalifikowane w swoich hobo umiejętnościach. Kilka możecie wyłapać z powyższych opisów. Do tego dochodzi wrzesień w Kalifornii przy przycinaniu marihuany. Obowiązkowo też hobo dzieciaki grają muzykę. Długo dopytywałam się, co tak właściwie różni ich od punków. A różni ich, oprócz podróżowania, przede wszystkim muzyka. Hobo dzieciaki umiłowały sobie bowiem muzykę tradycyjną. Nie, nie, country, tylko coś z czego country wyewoluowało. Jednym z takich gatunków muzycznych jest na przykład. bluegrass. Takie kulturalne amerykańskie odrodzenie. Na początku hobo odkrywali korzenie muzyki tradycyjnej, potem sami zaczęli pisać swoje teksty w tym stylu. Piosenki, które śpiewają nasze dzieciaki, to często piosenki napisane przez Tomasa - słynnego hobo, który zginął niecały rok temu, wpadając pod koła pociągu, którym podróżował na gapę. Memoriał po jego śmierci był okazją do spotkania się hobo dzieciaków z całego kraju.

Zeskłotowaliśmy lokalną scenę.
Meksykańskiej publiczności tradycyjna muzyka amerykańska przypadła do gustu wyjątkowo.

W lokalnej mezcalerii gramy za mezcal.

Jak wszystko, co zyskuje na popularności, hobo dzieciaki doczekały się także swoich podróbek. Oogle to marna wersja hobo, początkujący podróżnik, który wszystko robi pokracznie. Taki oogle pojawi się na skłocie, pierwszej nocy zarzyga wszystko i wszystkich wokół. Potem zostanie tam na nieproszony tydzień, a jego pies obsra wszystkie kąty. Oogle robi złe publicity prawdziwemu hobo.  Na stronie "Look at this fucking oogle" prześmiewcy śmieją się z ich foteczek. Co ciekawe, nasze hobo dzieciaki mówią, że co chwilę widzą tam kogoś znajomego, albo siebie samego (zob. Katie w Deefe), więc pewnie nie tak trudno pomylić marną kopię z oryginałem:) Zauważyli też jednak, że o ile kiedyś na co drugim zdjęciu widzieli znajomą gębę, tak teraz widują je coraz rzadziej. Zgodnie twierdzą, że to dlatego, że hobo mnożą się jak grzyby po deszczu i niedługo zaleją cały świat. Hobo odrodzenie!

Gotujemy z produktów otrzymanych na targu.

O hobo dzieciakach można mówić godzinami. O historii, o książkach i filmach na temat, o etymologii nazwy, specyficznym słownictwie ... Oczywistym jest jednak, że Internet nie kupuje elaboratów, Internet ze słowem "długi" się ewidentnie nie lubią. Dlatego też dodam tylko jeszcze spis hobo słów. Powstał on na tablicy w punk housie. Tak się nawzajem z miejscowymi punkami uczyliśmy języków:

Powiecie, ot, prawa młodości. Wyszumią się, wyszaleją, ale w końcu przygniecie ich szara rzeczywistość. Ile tak jeszcze mogą? 5-10 lat? Tak nie można żyć całe życie. Otóż niekoniecznie. Jesteśmy teraz w Xico pod Xalapą, gdzie mieszkamy z Sam i Dylanem, którzy są idealnym przykładem tego, że można. Ale o tym już więcej w następnym wpisie. Internet nie lubi elaboratów.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz