poniedziałek, 16 grudnia 2013

Moja meksykańska piniata (przegląd 20.11 - 14.12)

Wczoraj pisałam Wam, że Meksyk jest jak piniata. Twarda gliniana opoka wydaje się być twarda do przebicia, ale po jakimś czasie pęka i spada na nas deszcz słodyczy. Moja meksykańska piniata wydaje się być sakiewką bez dna. Wciąż wysypują się w Meksyku na mnie różne słodkości. Nie pisałam bloga już dobre dwa tygodnie, a to wszystko dlatego, że... się zasłodziłam. A było czym! W ostatnim miesiącu pokazałam się na scenie kulinarnego programu, zostałam adoptowana przez światowej sławy astrolog, w nocy 1 grudnia bawiłam się na festiwalu na plaży.



1) 21 listopada

Za co kocham trasy koncertowe? Za to, że jednego dnia rano budzisz się w drewnianej cabanii pośrodku dżungli bez toalety, za to z tarantulami i jaszczurami na gratisie, a wieczorem zasypiasz w pachnącej pościeli luksusowego hotelu w centrum biznesowym Villahermosy i wszyscy mówią ci "pani". Villahermosa, stolica stanu Tabasco i centrum biznesu ropowego, to najlepsza definicja popularnego w Meksyku słowa "fresa". Słowo oznaczające po hiszpańsku "truskawkę" jest odpowiednikiem tego, co u nas określamy słowem "bananowa młodzież". Owocowe przezwiska mają najwyraźniej to samo pochodzenie - truskawka nie była tutaj owocem dla mas, a smakołykiem raczej dzieci meksykańskich potentatów, tak jak u nas kiedyś banan.

Jak miasto na bogato, to i bardziej urodzajna wersja parkowych wiewiórek. Aaron dyruguje orkiestrą coatich.

2) 24 listopada

Bycie obcokrajowcem w Meksyku daje bezpieczny permit, który pozwala ci nie wiedzieć tego, co wiedzą wszyscy Meksykanie, i nikt nie będzie się gniewał. Gdy przypadkiem poznany na Festiwalu Czekolady w Tabasco popularniejszy meksykański Makłowicz zaoferuje twojemu zespołowi przygrywanie w jego programie dla gotującej się ośmiornicy, możesz bez zająknięcia odmówić, by dać się przekonać dopiero kwocie w dolarach. Zespół Aarona, z którym byliśmy w Tabasco, wystąpił w świetle reflektorów i blasku wielu kamer w programie kulinarnym Aquilesa Chaveza. Aquiles ma brata Ulissessa, wygląd Maria Brosa i świetnie gotuje ośmiornice. Dopiero po występie zorientowaliśmy się, kto Aquiles tak naprawdę zacz. Kolejka po jego autografy w dwie godziny po programie  wcale się nie kończyła. Jego sława spłynęła również na "sekretny składnik potrawy" czyli zespół Aarona oraz... na mnie. Za samą obecność na scenie i kolor włosów rozdałam kilka autografów i wspólnych zdjęć.


Potem spotykaliśmy Aquilesa dość często na ulicy.

3) 26 listopada

Ten, czwarty już, odcinek mojej meksykańskiej telenoweli zdaje się sponsorować literka T. T jak Tulum. Zupełnie niespodziewanie większość czasu (to już ponad 4 tygodnie!) przyszło mi spędzić tym razem właśnie na wczasowym wybrzeżu Riviera Maya. Cztery miejscowości i leżące między nimi luksusowe kurorty zgarniają jedną trzecią ogółu turystów, którzy odwiedzają Meksyk. Wakacyjną mekką miejsce to stało się nieprzypadkowo - to raj na ziemi! Cenoty, majowskie ruiny, turkusowa woda, biały piasek i palmy - czego chcieć więcej od życia? Ano może miejsca do wypoczynku, które nie jest enklawą USA i gdzie walutą oficjalną nie jest amerykański dolar, a meksykańskie peso. Jak już wyobrazicie sobie takie miejsce, to dołóżcie do tego jeszcze zaciszne drewniane cabanie na plaży zamiast wielokondygnacyjnych kurortów, knajpki gatunku hand made i mieszankę ciekawych ludzi z całego świata, a wyjdzie Wam jeden wynik = Tulum. To właśnie tam chcecie spędzić Wasze wakacje w raju.

Zespół Aarona nie miałby nigdzie indziej na wybrzeżu szans przetrwania, bo tylko tu jest wystarczająco dużo miejsc, które chcą płacić za cygańską muzykę na żywo. Aaron grał więc tu prawie każdej nocy, a ja zaczynałam i kończyłam dzień kąpielą w turkusowej wodzie Morza Karaibskiego. Wieczorem kładłam się sama na wciąż jeszcze gorącym piasku i kolekcjonowałam spadające przez całe niebo gwiazdy. Po jednej dla każdej bliskiej mi osoby, którą zostawiłam w Polsce. Gwiazd było tyle, że nie zabrakło dla nikogo. Będziecie wszyscy mieli szczęścia po czubki uszu!  Mamo, Tato, Izuniu, Dziadziu, Dąbrówki i Ciociu Zosiu, Ewo, Moniko, Andrejuczku, Hultaje, Claudiu, Natalko, Rudzielcu, Anciu, dzieci me, Kasiu, Agniecho, Tymku i Dobry - czy czuliście, że spadła dla Was gwiazda na drugim koncu świata?

Kolejny szary dzień w pracy. Piszę do lutego numeru "Podróży" o brazylijskim kulcie candomble i... warszawskiej Pradze.

4) 29 listopada

Tegoroczne Andrzejki przyszło mi spędzić nie gdzie indziej jak na tulumskiej plaży, w przesympatycznej knajpce Cocina de Corina. W ramach ambasadorowania polskiej kulturze urządziłam mały warsztacik zapoznawczy z tą piękną polską tradycją. Lanie wosku i rzucanie obierkami jabłka zostały zaprezentowane jedynie w teorii. Ustawianie butów do drzwi również odpadało, bo Tulum nie zna takiego słowa jak "obuwie". Były za to wróżby karciane, których w formie ortograficznego dyktanda wyuczyła mnie w dzieciństwie babcia. Co ciekawe, już jakiś czas temu ten system oparty na normalnych kartach do gry zyskał sobie fankę w osobie Samanthy, specjalistki od Tarota, którą poznałam w Xico. Po długich analizach doszłyśmy do wniosku, że wróżba której nauczyła mnie babcia to tak naprawdę Tarot, tyle że przystosowany do ogólnie dostępnych kart z jopkami i asami.

Tym razem mojemu ambasadorowaniu Andrzejkami przyglądała się pewna Amerykanka, jak się później okazało - jeden z większych światowych astrologów. Była zachwycona polską tradycją nocy wróżb, że chciała mi się odwdzięczyć darmową astrologiczną sesją. Wycałowała mnie, zostawiła mi wizytówkę i zaproponowała spotkanie na dniach w Tulum. Ja jednak nie zadzwoniłam. Czy spadające gwiazdy, szefa kuchni Aquilesa i tarantule da się zobaczyć w ośmiu cyferkach daty urodzenia? Obawiam się, że astrologia może się schować przy tym, co jest dla mnie zapisane w gwiazdach. Planujemy jednak do Tulum wrócić w styczniu, więc może jednak? Odezwać się do pani astrolog?

Andrzejkowy układ kart. Prawdą jest jakoby.

5) 1 grudnia

Piwo temu, kto wymyślił festiwale na plaży! Po płockim Reggaelandzie i krymskim Kazantipie moim trzecim ulubionym jest ten w Playa del Carmen. Nad poprzednikami ma jednak tę przewagę, że odbywa się w ostatni weekend listopada i że można mu strzelić fajną foteczkę z palmami na Facebooczka. No i to że grał na nim Celso Pina. To była jedna z tych imprez, które moja przyjaciółka Ewa określiła kiedyś mianem "przewlekłego piątku z powikłaniami". Wyruszyliśmy z Tulum bez planów na nocleg czy na cokolwiek innego, w myśl staropolskiego zawołania "Ahoj przygodo!". Impreza skończyła się w poniedziałek po południu w mieszkaniu Jonathana - meksykańskiego fryzjera z sercem na dłoni, jaraną i miłością do muzyki son jarocho.

Weekend, który spędziliśmy u Jonathana pokazał mi inną stronę Playa del Carmen. W "małym Cancun" spędziłam tydzień w lutym 2012 roku grając w siatkówkę na plaży, a wieczorem dostając darmowe drinki w luksusowych klubach i obcisłych sukienkach. Nazwałabym ten tydzień raczej "ciekawym doświadczeniem antropologicznym", o jakiejkolwiek wzajemnej fascynacji mówić tu ciężko. Wiadomo jednak, że w każdym mieście kryją się ukryte perły i perełki. Jonathan pokazał nam meksykańskie przedmieścia enklawy USA, jaką jest centrum Playa del Carmen. To tam, na przedmieściach, błąka się dusza tego miasta.

Na świątecznym bazarze rozmaitości, który potem przekształcił się w regularną, taneczną fiestę. Spotkałam też tu przypadkiem starą znajomą z Finlandii, zresztą już kolejny raz.


6) 4 grudnia

Na poprzednim zdjęciu z prawej strony słodko spoziera Paz. Paz pochodzi z Chile, jest gitarzystką i wokalistką, prywatnie zaś najsłodszą lesbijką świata. Żeby świat był jeszcze mniejszy, to usłyszeliśmy o niej już w Palenque i nawet ją googlowaliśmy, ale przypomnieliśmy sobie o tym fakcie dopiero, gdy nasza tulumska zażyłość z Paz była już na poziomie zaawansowanym. Pewnego dnia w Tulum Paz zajechała po nas z rana samochodem "Pakujcie instrumenty, za chwilę macie koncert" - oznajmiła. Nie zdążyliśmy zapytać, skąd tak właściwie ma samochód ani o co chodzi, a już byliśmy pośrodku... sesji zdjęciowej.

Okazało się, że Nicolas - winiarski milioner, u którego byliśmy niedawno na imprezie - nieoczekiwanie stał się gospodarzem dnia pracy ekipy prawie trzydziestu osób typu modelki, fotografowie, makijażystki, stylistki, oświetleniowcy itp. Jego dom wygląda jak wykapany Gaudi, tyle że leży na plaży i ładnie kontrastuje z turkusem Morza Karaibskiego. Przyjechali, wyłożyli kasę, a Nicolas nie bardzo miał z nią co zrobić, więc pomyślał, że uprzyjemni im odpoczynek między poszczególnymi ujęciami cygańską muzyką.


"Lizanie wielkiego świata" jest ogromnie zabawne. Też zrobiliśmy sobie sesję zdjęciową przed domem Nicolasa.


7) 6 grudnia

Raj - jak wszystko - ma swoje plusy dodatnie i plusy ujemne. Niedogodnością raju jest to, że jest w nim dość gorąco i parno. Parność nie służy instrumentom muzycznym. Wodę w akordeonie Manueli przed każdym koncertem suszyliśmy suszarką pożyczoną z jakiegoś okolicznego salonu fryzjerskiego, tudzież... dymem z grilla. Zbuntował się także gitarron Aarona. Przekornie na odklejenie mostka wybrał sobie moment tuż przed koncertem. Wszystko jednak skończyło się lepiej niż dobrze, wszakże jesteśmy dziećmi szczęścia. Wtem na koncercie zjawił się bowiem zupełnie przypadkiem właściciel drugiego jedynego gitarrona w całym Tulum. Ivar kupił gitarrona dwie godziny wcześniej w Playa del Carmen w jakimś dziwnym niepohamowanym przypływie miłości dla tego instrumentu. Z niemożności rozstania się z nowym zakupem - wziął go ze sobą na koncert zespołu Aarona. Czy taki zbieg okoliczności dałoby się wyczytać w jakiejkolwiek dacie urodzenia?

Żeby tego było mało - Ivar, który pożyczył w ostatniej chwili swojego gitarrona na koncert, siedział w samolocie do Meksyku linii Jet Air Fly dwa miesiące temu tuż obok nas. On, jego żona Mari i ich pięciomiesięczny rozkoszny synek Mio postanowili uciec z Norwegii na zimę i żyć tam za norweskie becikowe(!), które dostała za Mia Mari. Zamiast zaś stawiać dom na przedmieściach Oslo, postanowili urządzić się w Tulum. Czuję się w obowiązku poinformowania Was, że kupno takiego domu, jaki mają od miesiąca Ivar, Mari i Mio, kosztuje tyle co dwa pokoje na Targówku. Tutaj jest dużo więcej niż dwa pokoje, bo aż dwa piętra, taras na dachu, a przed domem basen. No i tuż obok niebiańska plaża Tulum.

Ivar zaoferował nam gościnę, a w zamian Aaron uczył go obsługi Juliette (tak Ivar nazwał swojego gitarrona). Ja zaś, żeby im nie przeszkadzać, pracowałam sobie z basenu.


8) 13 grudnia

Kiedy turkus Morza Karaibskiego staje się dla ciebie najbardziej oczywistym kolorem wody. Kiedy palmy oznaczają jedynie cień do pracy. Kiedy biały piasek swoją wszędobylskością zaczyna cię irytować. To znak że trzeba opuszczać raj. Zdecydowaliśmy, że święta spędzimy w San Cristobal. Boże Narodzenie w tropikach to za duży szok termiczny, jedziemy do miejsca o najniższej rocznej średniej temperaturze na całym południu Meksyku. Ubiorę nogi w rajstopy i dam im czas na zagojenie zaognionych konstelacji komarzych ugryzień. Po Tulum przekształciły się one już w całą mapę rozbudowanych galaktyk. Komarom wtórowały jeszcze mrówki i końskie muchy, po hiszpańsku tabanos.

Ostatnią noc spędziliśmy w międzynarodowym towarzystwie... klownów. Aaron zakończył właśnie klowni kurs, chociaż tak prywatnie uważam, że bycie klownem mój chłopak nie potrzebuje żadnego papierka. Nie byłabym sobą, gdybym również nie zajarała się klownieniem (ang. "to clown"). Jak już znudzi mi się bycie Synowcem, to w wolnym chwilach będę klownem. Taki plan na przyszłość, dobry jak każdy inny. Ćwiczę już w trakcie mycia zębów oraz w lusterkach kierowców autobusów podczas jazdy. Po klowniej imprezce udaliśmy się na żegnanie się z Tulum. Tulum ma to siebie, że żegnanie się w piątkowy wieczór nie oznacza wcale touru po mieście. Wystarczy tylko wpaść pod Curandero - bar, który jest imprezowym centrum tulumskiego wszechświata. Żegnalismy się długo i namiętnie, do Palenque wyjechaliśmy dopiero po dwunastej.

Wracamy! Manuela zagubiła się nam w piaskach i urokach Tulum, więc zastąpiliśmy ją nowym żywiołowym nabytkiem o imieniu Conan. Tak, Conan ma na imię Conan i chyba tylko mnie to śmieszy.



I jeszcze kilka portrecików:

Zagadka: o co chodzi w tym zdjęciu i co robi Alejandro?

Aaron i Conan, sztamaki z San Francisco, 555 wspólnych znajomych na Fejsie.

Manuela suszy akordeon.

Śliczna Paz oraz jej teledysk, który zrobiła dla niej dziewczyna, którą poznaliśmy w Palenque:



Kilka foteczek z sesji, którą urządziłam zespołowi Aarona. I jeden fanowski rysunek:






No i na koniec ja. Miało być seksi, miała być Szakira, a wyszło jak zwykle. Pozdrawiam.


1 komentarz: