wtorek, 18 lutego 2014

8 smaków Puebli, o których nie przeczytasz w przewodniku

Każde miasto ma swoje ukryte perełki - brzmi stara podróżnicza prawda, która bardzo często w moich podróżach daje o sobie znać. Puebla nigdy nie wydawała mi się być specjalnie seksi. Wylansowani pipopes rozbijający się po centrach handlowych z blackberry w dłoni. Niemiecka kwadratowość przywieziona tu przez koncerny samochodowe. A wszystko w smogu i pyle wybuchających co chwilę wulkanów. Taki podświadomy obraz Puebli majaczył mi od zawsze gdzieś w głowie. 4 czy 5 razy przelatywałam przez Pueblę przelotem w drodze do Xalapy, spędzałam kilka godzin na dworcu pracując i regularnie dostawałam tu kłopotów żołądkowych. Tym razem jednak w tej samej trasie stwierdziłam, że to grzech nie dać Puebli szansy. Puebla wzruszona tym gestem odwdzięczyła się tym, co ma najlepsze. Czyli - według mnie - JEDZENIEM.



Przez 24 godziny udało nam się skosztować ośmiu potraw, o których nie przeczytamy w przewodniku. Po drodze udało nam się odwiedzić także:
- kanion Acatzitzinitla, który wygląda jak żywcem wyjęty z rewolwerowych szarży Pancho Villi
- okoliczne wioski Atoyatempan oraz Molcaxac i ich przygotowania do fiesty la Candelaria (Matki Boskiej Gromnicznej)
- piramidę o największej podstawie na świecie, na której szczycie Hiszpanie postawili sobie kościół
- Cholulę, czyli takie San Cristobal, tyle że w cieniu krwiożerczej Puebli
- dwa niezwykłe kościoły, w których jest więcej elementów azteckich niż chrześcijańskich (opiszę później, obiecuję)
- mieszkanie naszego hosta z Couch Surfingu - Roberta, cudownego przewodnika, dzięki któremu udało nam się poznać Pueblę tak szybko. Roberto był w siedemdziesięciu kilku krajach na świecie, a z każdego przywozi instrumenty muzyczne. Jego dom to istne muzeum! Jego głowa zaś to prawdziwa biblioteka: Roberto mówi w prawie wszystkich okolicznych lokalnych językach, a historię i kulturę Meksyku ma w małym paluszku. Taki skarb dostałyśmy z Kasią od Puebli!

Doceniłyśmy go tym bardziej, że ciężko nam się było rozstać z San Cristobal po miesięcznym tam pobycie. San Cristobal z nami również rozstać się nie mogło. Tuż przed wyjazdem Kasia utknęła na poczcie, mnie zaś nasze ukochane miasteczko zgotowało inną niespodziankę... Postanowiło bowiem zatrzasnąć mi drzwi do domu, z kluczem i wszystkimi manatkami na wyjazd w środku. Współlokatorzy nagle zapadli się pod ziemię, a ja rozważałam już wyjazd tylko z tym, co miałam przy sobie. Skuteczniejszy jednak okazał się inny, stary i sprawdzony sposób - mianowicie WŁAM. Włamu do własnego mieszkania dokonałam w formie causative have, bo przy pomocy mojego koreańskiego przyjaciela Hana. Han Włamywaczy Król dzielnie wskoczył na stojący na ulicy autobus, z dachu autobusu przeskoczył przez płot i dostał się na balkon mojego domu. Wszystko na pęd, na ostatnią chwilę i na McGyvera. Wpadłyśmy z Kasią na stację w ostatniej chwili, a ja jeszcze na dokładkę przedarłam na pół banknot 500-pesosowy. No ale udało się, wyrwałyśmy się z objęć San Crisa i ruszyłyśmy ku nieznanemu, ku przygodzie. Wszystko miało miejsce 29 stycznia i od tamtej pory przydarzyły nam się pięknie meksykańsko i szalenie udane dwa tygodnie. Które sukcesywnie zamierzam opisywać.

Takie tam, na Zocalo w Puebli.

Tytuł posta nosi tytuł "8 smaków Puebli, o których nie przeczytasz w przewodniku", bo nie zamierzam pisać o mole poblano ani o chile en nogada. O tych dwóch daniach typowych dla Puebli w przewodniku przeczytacie bowiem na pewno. Spróbować też ich warto, a nawet trzeba! Mole poblano to czekoladowy sos do kurczaka zawierający 1000 i jeden składników, a może i jeszcze więcej. To chyba najpopularniejszy typ mole w Meksyku. Chile en nogada to papryczka chile - oczywiście - poblano wypełnione picadillo (wkładką z różnych aromatycznych składników). Całość oblana jest sosem, który bazuje na orzechu włoskim, oraz posypana pestkami granatu. Ale o tych dwóch przysmakach pisać nie będę, nie będziemy wyręczać Lonely Planete, na czymś zarabiać muszą.

8 SMAKÓW PUEBLI, O KTÓRYCH NIE PRZECZYTASZ W PRZEWODNIKU:

1. XOCOATOLE, czyli zupa ze sfermentowanej kukurydzy, która smakuje jak... zupa owocowa z polskiego przedszkola. Wymowa tego smakołyku ("szoko") wskazywałaby na obecność w nim czekolady, jednak czekolady jest tu brak - jest za to fasola. Całość w swym założeniu wcale nie jest słodka, ale słona albo ostra (jak sobie dowalimy salsy). Ja jednak poszłam za głosem eksperymentu i poprosiłam o cukier. I tym samym z kukurydzy i fasoli zrobiłam sobie zupę owocową i moją nową "favourite thing ever".


2. CEMITA, czyli lokalny sandwicz, który zdeklasował hamburgera. Te kanapki znajdziemy tu praktycznie na każdym rogu, ulicy, przydrożnym stendzie. Cemitas - przysmak typowy dla Puebli - swoją nazwę wziął od specjalnej bułki, która wchodzi w jego skład. To właśnie owa bułka jest konstytutywnym składnikiem cemity. Wkłady występują już w różnych wariacjach, jednak najczęściej zawierają papalo - zioło, które nadaje kanapce specyficzny, obłędny posmak.


3. HUAXMOLE, czyli dowód na to, że mole nie musi być z czekoladą. Pamiętacie, jak Wam pisałam o meksykańskim sporze, czy mole musi być z czekoladą czy też nie? Huaxmole, które zjedliśmy w miasteczku Molcaxac, jest najlepszym przykładem tego, że nie musi. "Mole" w języku nahuatl oznacza nic innego jak po prostu "sos". Więc dostałam sos, w estilo typu gulasz.





4. CHILEATOLE, czyli co byś zobaczył, gdybyś zajrzał do gara czarownicy. Ten kolor! Zieleń instant z niepokojącą magiczną głębią to zasługa chile ancho, które jest zasadniczym składnikiem tego smakołyku. Na Zocalo w Choluli podobno dają najlepsze chileatole, serwowane w stylu esquites, z serem lub bez sera.






5. BIDA DE LOS DIOSES PREHISPANICOS, czyli nektar bogów. Czekolada, którą wypiliśmy przed kościołem w Tonantzintli nie miała sobie równych. Szyld na ulicznym stoisku głosił, że to "napój przedhiszpańskich bogów". Tak też smakował. Czekolada była wyrabiana przez panią w wielkiej misie i zawierała jeszcze inne składniki, jednak najważniejszym z nich bez wątpienia była piana! Piana to jeden z fajniejszych wynalazków ludzkości.



6. TLATLOYO, czyli na ile jeszcze sposobów da się zrobić tortillę. W Meksyku we wszystkich typach tortilli idzie się pogubić. Tacopodobnych potraw jest tu co najmniej 555, a każda najmniejsza wioseczka ma swoje. Co najzabawniejsze, każde z dań ma swoją własną nazwę, którą trzeba poznać, by wiedzieć, co się zamawia. Jakby nie mogli po prostu mówić na wszystko tortilla i taco... Tlatloyo, typowe dla miasteczka Molcaxac, ma jednak nad całą tortillową zgrają tę przewagę, że rzeczywiście trochę się od reszty różni. Po pierwsze - zawiera fasolę, po drugie - występuje także w wersji słodkiej. Można to chrupać jak czips, bez kładzenia nic nań!

7. ATOLE DE GRANILLO, czyli kaszka manna po meksykańsku, oczywiście z kukurydzy. Zapewne zauważyliście powtarzającą się cząstkę "atole" w dwóch wcześniejszych potrawach. Jednakże xocoatole i chileatole nie są typowymi reprezentantami rodziny atole. Atole jest bowiem napojem o konsystencji rozcieńczonej kaszki manny, zaś xocoatole bardziej przypomniało zupę, a chileatole sos. Atole robi się oczywiście z kukurydzy, sfermentowanej, a to w okolicach z Puebli słynie z wyjątkowo zawiesistej postaci, która nazywa się atole de granillo właśnie.


8. TEXCAS, czyli robale, które smakują jak landrynki o smaku jabłkowym. I na koniec moi ulubieńcy, nie byłoby tego wpisu bez robala! Ten robal jest najbardziej wyjątkowym robalem, jakiego posmakowałam w całym Meksyku. Na głowę bije chapulines (koniki polne) i ormigi (mrówki ze Star Warsów). Są takie wyjątkowe, bo smakują jak... sztuczny smak jabłka znany z cukierków i lizaków.  Texca jest hitem!





SMACZNEGO!

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz