wtorek, 28 października 2014

El Cervantino. Gdzie śmieją się śmiechy w ciemności

Jest czwarta rano, a my nie mamy gdzie spać. Właśnie wyszliśmy z magicznej imprezy w tajemniczym ogrodzie pod murami miasta. Żeby się stamtąd wydostać na pijane, szalone ulice trzeba przejść przez podziemny parking. Jesus zamawia w sklepie nocnym chińską zupkę, zapowiada się zimna noc. Tego dnia wyszłyśmy rano w festiwal, z plecakami na plecach i z tą piękną wielką niewiadomą, gdzie będziemy spać dzisiejszej nocy.



Jest czwarta rano, a my jesteśmy pośrodku sobotniej nocy na festiwalu Cervantino. To jeden z najbardziej znanych festiwali w Meksyku i w całej Ameryce Łacińskiej. Guanajuato zaś to dawne górnicze miasteczko, które obecnie znane jest z tego, że jest małym miastem z życiem kulturalnym dużej metropolii.  Pełne pagórków, tuneli, mostków, fontanienek, podziemnych korytarzy wygląda przynajmniej jak wykuta w skale wioska krasnoludów z jakiejś powieści fantasy. 

Życie kulturalne i górnicza historia ściśle się tu zazębia. Licznie powstające tu teatry miały zaspokajać potrzeby ducha tutejszej klasy średniej oraz wyższej. Tradycja samego festiwalu sięga lat pięćdziesiątych XX wieku, a swoją nazwę zawdzięcza krótkim scenkom rodzajowym z Cervantesa, zwanym entremesas, które były odgrywane na tutejszych placach. Współczesny festiwal także wylewa się z teatrów na ulice, a każdy plac miasta wypełniony jest mimami, klownami, przebierańcami i muzyką. Bo oprócz głównych, biletowanych gwiazd w teatrach, festiwal przede wszystkim żyje na ulicy.

Festiwal trwa trzy tygodnie i kończy się w ostatni weekend października. To wtedy do Guanajuato ściągają tłumy. Każdy Meksykanin, z którym rozmawiałam, był na Cervantino przynajmniej raz w życiu, a mnie straszył, żeby nie jechać w ostatni weekend, bo nie przejdę ulicą. Ale ja jestem festiwalowym zwierzęciem i ciągnący ulicami tłum mi niestraszny. Zresztą okazało się, że przestrogi okazały się bezpodstawne, zobaczcie sobie na zdjęciach. Ostatni weekend warto sobie wpisać też w grafik, bo wtedy odbywa się alternatywny festiwal - Vive Alterno Cervantino z wieloma gwiazdami muzyki niezależnej na darmowych koncertach w samym centrum miasta. Oraz inne imprezy towarzyszące. Typu rave pod gwiazdami, impreza alternatywna dla Vive Alterno ;)

Jest czwarta w nocy, a my nie mamy... gdy podchodzi do nas kolorowa punkowa banda. Macie gdzie spać? - pytają od razu - To chodźcie z nami!  Prowadzą nas wąskimi uliczkami i wijącymi się schodkami, a po drodze spotykamy człowieka przebranego za Jokera z Batmana. Biegnie przed nami, przystaje, odwraca się co chwilę, patrzy nam w oczy i głośno się śmieje. Jego śmiech odbija się od ścian magicznych uliczek Guanajuato. Za którymś rogiem znika i już go nie ma.

Na miejscu okazuje się, że ze spania nici. Ci ludzie są po prostu za fajni! Spędzamy najbliższe godziny na mówieniu w hiszpańskiej wersji polskiego. Polega ona na dodawaniu do każdego słówka końcówki -"sky" tudzież "owsky". Cervezovsky? Si, porfavorovsky! Aqui tienesovsky! Graciasovsky. Saludosky! - nasz polski wznosił się na poziom zaawansowany C1, a poczucie humoru w coraz to dziwniejsze odmęty meksykańskiego poranka na festiwalu Cervantino. Co byście zrobili, gdybyście nas nie spotkali? - zapytał Charly. Wiedzieliśmy, że was spotkamy - odpowiedziałam - Wymarzyłam was sobie.

Piąta rano we wszechświecie.







El Pinguino, stary znajomy z San Crisa.





Tak wyszło, że zostałyśmy gruppies zespołu Casa Verde Collectivo, gdzie gra stary znajomy Kasi. Byłyśmy na każdym koncercie, a ich piosenki wpały w ucho tak celnie, że nie mogą wypaść. Posłuchajcie ich sobie tutaj albo tutaj.

Casa Verde to nie jedyni znajomych, których spotkałyśmy.
Skoro zjeżdża się tu cały Meksyk, to musiałyśmy spotkać ich co najmniej 555.
Tutaj nasz ziomek Demmi, którego już kiedyś spotkałam przypadkiem, gdy łapaliśmy stopa w piątkę gdzieś na jakiejś drodze, pośrodku niczego. I jak przyszedł Demmi z kolegą, to już łapaliśmy w siódemkę. I jednego psa.

5 minut potem zaś wpadłam na Lea, z  którym łapaliśmy owego stopa w piątkę.
To ten, który śpiewał hicior o Thelmie i Louise. Zhipisiał.

My też hipisiejemy. Kasia wyuczyła się fachu i będzie teraz profesjonalnym wyrobnikiem tutejszych warkoczyków zwanych trenzas. 

Ale zanim Kasia będzie warkoczykowym guru, musi ćwiczyć.  Więc tak jakby się poświęcam.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz