czwartek, 12 marca 2015

"Let me mingle with the good people we meet". O spotkaniach i rozstaniach w podróży, czyli festiwal cyrkowy w Mazunte

Ludzkość wymyśliła wycieraczki do samochodów. Wymyśliła aplikacje na komórkę do liczenia kalorii. Wymyśliła pralkę z suszarką i lodówkę z maszyną do lodu. Rurki z kremem, drabinę i loty na Księżyc. A zapomniała o tylu ważnych rzeczach. Gdzie lek na złamane serce? Gdzie "ryba Babel", która pozwoliłaby się nam komunikować z ludźmi dokładnie w taki sposób, jak chcemy? Gdzie manual objaśniający, jak zgrabnie, honorowo i bezboleśnie... ROZSTAWAĆ SIĘ Z LUDŹMI W PODRÓŻY?

Spotkałam wczoraj przypadkiem w San Cristobal Justynę, tę samą, która zainspirowała mnie do napisania postu o bezpieczeństwie w Meksyku. Myślała, że mnie już nie ma w Meksyku, bo na blogu pusto. A ja tu jestem. Tyle że bardziej niż Meksyk zajmowały mnie ostatnio inne sprawy. Zajmowali mnie ludzie. Spędziłam prawie dwa tygodnie na festiwalu cyrkowym w Mazunte. To dla mnie jeden z najpiękniejszych okresów w roku. Przez dwa tygodnie nie założyłam żadnych butów. Jedynym stanikiem była góra od kostiumu. Miałam też wiele innych problemów. Problemów, które nazwałam First Mazunte Problems. 





Ale największym problemem było bez wątpienia:


Festiwal cyrkowy w Mazunte, małej wiosce na wybrzeżu Pacyfiku w stanie Oaxaca, to przepyszna impreza. Cała heca trwa ponad tydzień, od wekeendu do weekendu, w ostatnie dni lutego, rokrocznie od pięciu lat. Wieczorami są tu darmowe spektakle cyrkowe na wioskowym boisku do koszykówki. Klowni, akrobaci, żonglerzy i show o... niebezpieczeństwach GMO. Każdego dnia warsztaty, nauka żonglowania na plaży i przepiękne imprezy, fireshow, ogniska, muzyka. 

Ostatniego dnia zaś cyrkowe konkursy w stylu wolnym. Kto dłużej wytrzyma stojąc na rękach, kto zrobi więcej salt w drodze do morza, kto zrobi więcej akrobacji trzymając "żonglę" na nosie. Najbardziej widowiskowa potyczka to walka "gladiatorów" czyli żonglerka agresywna - cały czas żonglując trzeba sprawić, by inni żonglujący żoglerzy pogubili swoje żongle. No albo skakanie przez podwójną skakankę na monocyklu, tak bardzo wow. (Słowo "żongla" to neologizm ukuty przez Krzyśka Sempa Bieleckiego na okoliczność jego występu w "Familiadzie", gdzie zapytany, czym można żonglować, odpowiedział z całym przekonaniem, że "żonglami").



(Mówię o takich momentach. Hipisowskie tipi, przyjechali znajomi, grają muzykę. Co chwilę ktoś dochodzi i ani się obejrzę, a wkoło jest z 200 osób, a w środku najpiękniejsze tańce z ogniem, jakie widziałam w życiu. Spoglądam w górę, nade mną palmy i tysiące gwiazd. To jest ten Meksyk, o którym nikt w Polsce nie mówi! - wzdycham. I żałuję, że nie ma Was tu ze mną.)







Co jednak jest najpiękniejszego w całym festiwalu? Ano ludzie! Jest tu tylu pięknych ludzi, że kociokwik-oczopląs! I tak naprawdę nie wiadomo, co z tym faktem zrobić. A jak nie wiadomo, co robić, to najlepiej robić zdjęcia. W zeszłym roku zdjęcia robił Pasikoń, w tym roku z braku Pasikonika pałeczkę przejęłam ja, foteczki będą na końcu wpisu. Pytanie brzmi, dlaczego zastrzęsienie pięknych ludzi głupi Synowiec postrzega jako problem? A bo nie da się ich wszystkich tak, jakby chciało! 

Nie da się tych wszystkich żonglerów, klaunów, włóczęgów, hipisów, marzycieli i obieżyświatów należycie wysłuchać, przytulić, poznać. Pogadać na ten naprawdę najbardziej interesujący z tematów. Koni kraść, do rany przyłożyć, wiatru szukać w polu. Zostać przyjaciółmi na całe życie. No bo przecież jest tylko jeszcze dzień, jeszcze dwa, ostatnia niedziela, jutro się rozstaniemy, każdy pojedzie w swoim kierunku. W październiku zamknęłam za sobą drzwi mojego mieszkanka na warszawskiej Pradze. Wynajęłam je na okres nieokreślony. Wiem, że już tam nie wrócę. Gdzie mieszkasz? - pytają mnie tu często. A gdzie teraz jesteśmy? Mazunte, tak mieszkam w Mazunte, tam, gdzie stoją w tym momencie moje stopy. Mój kumpel Dobry często dopytuje, jak mi w podróży. Czy nie nuży, czy nie męczy, czy nie smuci, czy uczy, czy drażni. Ano wszystko naraz. 

Co smuci? Że nie ma mnie tam, z Wami. Przegapiłam narodziny synka przyjaciółki, którą znam od 25 lat. Przegapiam każdą nową zmarszczkę, która pojawia się na twarzy mojej Mamy. Przegapiam nowe zakochania i zawirowania miłosne Natalki. Otwarcie metra, spalony most, przegląd kup z całej zimy wyłaniający się spod topnięjącego śniegu. Smuci mnie brak tej ciągłości, trwałości, pewności, którą ma się w domu, u siebie. To, że w podróży ludzie przychodzą, mącą i odchodzą. I jest to naturalne jak bicie serca. I dzieje się niemalże tak szybko, w tej krótkiej chwili, między jednym uderzeniem serca a drugim. Nauczenie się żegnania z tymi wszystkimi pięknymi ludźmi w podróży jest najtrudniejszą i najsmutniejszą sztuką z podróżniczych sztuk. Nie jakieś tam mapy, autobusy i wyszukiwanie tanich lotów.

Taka schyłkowość w podróży mnie boli, nieustanny pieprzony fin de siecle, pieprzone carpe diem, łapanie dnia, bo przecież jest ostatni. Każdy moment wtedy staje się ważny i wydaje się, że w tle każdej chwili leci jakiś rzewny soundtrack - piszę Dobremu - Czasem myślę, że wolałabym rzucić to nieustanne hasanie po zielonych płaskowyżach i zrobić to po twojemu. Żeby może i było pod górę. Ale żeby wiedzieć, że to właściwa góra. 

Jest tak jak wszędzie, szczęście-nieszczęście, tyle że w pędzie, tyle że częściej. Nie mamy czasu, więc wpadnijmy w siebie. Zróbmy to, czego nigdy byśmy nie zrobili, gdybyśmy byli na warszawskiej Pradze. Wyznajmy sobie największe sekrety, traumy z dzieciństwa, sny i marzenia. Jutro przecież już nas tu nie będzie. Zostanie po nas pusta butelka wina, dwa ukradzione z baru kieliszki i pusty trawnik w parku w Wiedniu. Jest intensywnie jak na teledyskach z MTV i filmach Tykwera. Wszystko w fast forward. W przyspieszonym tempie. Tylko najważniejsze momenty, bez dłużyzn, przestojów akcji i opisów przyrody jak u Orzeszkowej. Jak na jakimś trailerze - myślę sobie i rzeczywiście coś w tym jest. Tyle że to, co miało być zapowiedzią całego filmu, kończy się jedynie na zwiastunie. Jest słodko, jest pikantnie, jest gorzko i słono - ale jakże do syta tym się najeść, co końcem było od początku?

To kiedy się widzimy? - rozstajemy się po raz kolejny  z ukochanymi znajomymi, oni jadą do Stanów, ja z powrotem do San Cristobal. Jak to kiedy? W Przyszłości - odpowiadam. No bo tak będzie, już tyle podróżujemy, że nie mamy co do tego wątpliwości. Wpadniemy na siebie na pasach na środku ulicy w Irkucku, na stacji w Odessie albo na gejowskiej plaży w Sitges. W zepsutej toalecie na jakiejś imprezie w Brukseli albo za falą w Urugwaju. Może weźmiesz mnie na stopa albo przypadkiem wyląduję w twoim mieszkaniu, bo twój współlokator będzie chciał mi pokazać swoją kolekcję wiertarek udarowych. I będzie znów pięknie, i jeszcze niezwyklej niż jakbyśmy przez ten czas byli razem. Będziemy o tym szczebiotać przez dwa dni, że "nie uwierzysz", że "świat jest mały", że "to nie przypadek".


Ale teraz Cię tu nie ma, Bethany. Dzisiaj nie podyskutujemy o tricksterach w religiach afrykańskich i w afroamerykańskich. Nie zrobisz mi aloesowego masażu na zakwasy po trzech godzinach grania w siatkówkę. Nie przepytam Cię z afrykańskich stolic ani z używanych tam języków. Nie podyskutujemy o globalizacji, zanikaniu tradycji ani o smutku za cyklicznością czasu. 


Nie ma Cię, Kjartan, mój "best men for life", nie ma Cię i Twoich chrystusowych ran po przegranym pojedynku z palmą, której próbowałeś skraść kokosa. Nie porobisz mi jednoosobowego teatrzyku z podziałem na role i nie pośmiejesz się z moich westchnień nad pięknem świata i z tego, jak mówię, że seks to nie wszystko. Nie zrobisz też wielkiej, cygańskiej wyprzedaży swoich rzeczy. A ja nie pośmieję się, że taki z Ciebie hustler, że nawet płytę ze swoją muzyką potrafisz sprzedać głuchej dziewczynie.


Nie ma Cię, Lindcay, moja nowa ulubiona osobo ever, nasze biuro na plaży stoi puste. Nie poplotkujemy za falą z gołymi cyckami. Nie wymyślimy genialnej gry z piłeczkami do żonglowania pt. "Two balls, four heads". Nie poplanujemy mojego zespołu muzycznego o nazwie Ola's HusBand składającej się z tylko i wyłącznie z moich mężów. 


No i jakże Cię nie ma, Pasikoniku, niebogo boża, kochane moje Ty stworzenie. Nasze miejsce na szczycie świata jakże puste w tym roku. Opowiadam, jak to chciałeś wymieniać muszelki na piwo. I wciąż wchodzimy do sklepu po jajka jednym wejściem, a drugim po tani mezcal. Stało się to nową, lokalną, świecką tradycją. 

Nie ma Was, Loro, Abigail, Emily, nie ma Cię, mój kwadratowy niemiecki Mathiasie, zjawiskowo piękny Luisie, najszczęśliwszy człowieku na świecie - Amirze. Gdzie harce z Fraserem, gdzie szalony akordeon Tangiego, gdzie noc na stacji benzynowej w szalonej autostopowej drodze z Josue. Gdzie jesteście, (nie)przypadkowi Polacy na drugim końcu świata, Natalio, Cicha, Marysiu, Miłko, Góralu, Olu, Grzesiu, słodki Roszku, Natalio, Aniu?

Ja tam z Tobą jestem, tylko mnie nie widać - odpisał Pasikonik. No i tak faktycznie jest. Czekam na stacji ADO w Pochutli na mój powrotny autobus do San Cristobal. I wszyscy jesteście tu ze mną. Wszystkie z Wami rozmowy, szaleństwa, przygody, uściski, buziaki, tańce, hulańce, płacze i zgrzyty. Te spotkania na zawsze już zostaną ze mną, we mnie. Ten czas spędzony razem, bo przecież czas jest najcenniejszą rzeczą, jaką mamy. Krótki czas, ale dziękuję, że daliście go właśnie mnie. To Wy jesteście moim Mexiciem Magiciem, Wy i te krótsze i dłuższe z Wami spotkania. To dzięki Wam jestem tu, gdzie jestem, jestem tym, kim jestem. A jestem najszczęśliwszą osobą pod słońcem (to tylko hipoteza, możecie z tym dyskutować).

Czekam na stacji ADO w Pochutli na mój autobus. Jest mi radośnie i smutno zarazem. To chyba się nazywa pięknem. Bo piękno zawsze zawiera w sobie element smutku. Coś się kończy, coś się zaczyna. Czekam na stacji ADO w Pochutli na mój autobus. Teraz czekam na kogoś nowego. Teraz czekam na Ciebie. Ciekawe, kim jesteś?


Nie mamy kanapy jak we Friendsach, gdzie byśmy każdego dnia jak łyse konie - narzekam Dobremu -  Jest kanapa, owszem, my też jak łyse konie, ale czemu tak by nie mogło być zawsze?


Ta biała camioneta była mi przez półtora miesiąca domem i opoką, najlepszym przyjacielem, obiektem drwin, żartów, ale i okrzyków zachwytu, radości, zazdrości, żądzy i chwały. W Mazunte się rozstaliśmy, na zawsze, camioneta będzie służyć jakiemuś mazunteńskiemu przedsiębiorcy. Ostatnie dni spędziliśmy na czułym się z nią żegnaniu i rozsprzedawaniu jej wnętrzności. Tzn. na obijaniu się przed nią pod pretekstem hucznej imprezki zwanej garage sale tudzież sklep.

Pojechaliśmy też w nią w ostatni rejs, na full moon party, zgarniając po drodze ze 20-30 osób.


Autostopowa droga do Mazunte.


Jedziemy! - Josue czekał na mnie u mnie w domu w pełnym podróżniczym rynsztunku. No to jak jedziemy, to jedziemy, ahoj przygodo. 600 kilometrów, dwa dni autostopu, a przygód jak na dwa życia! Bo autostop i Meksyk to takie combo magii, że cały Hogwart przy tym to przedszkole.






PIĘKNI LUDZIE Z MAZUNTE
Luis.

Mono.

Samantha.

Emily, Abigail, Bethany, Lora.

Amir.

Matteo.

Reed.

Mia.

Mike.

Abigail.

Piękny Chilijczyk o trudnym imieniu.

Pita.

Juana.

Fraser i Tamar.

Pavel.



Mathias i tytułowa  piosenka.

3 komentarze:

  1. Kochana! Za rok odmienimy bieg historii i w Mazunte sami rozłożymy wielki namiot i zrobimy taki cyrk, że już nikt nie powie, że tego festiwalu nie było!!! :)
    pasikonik

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Jak jesteśmy we dwóch to zawsze jest cyrk ;)

      Usuń
  2. zabierzcie mnie ze sobą, będzie cyrk do kwadratu ;)

    OdpowiedzUsuń