czwartek, 9 listopada 2017

6 popularnych mitów na temat Día de los Muertos

Día de los Muertos to taki czas, w którym w internecie jestem rzadkim gościem. Po pierwsze, dlatego że w Meksyku tyle się wtedy dzieje, że aż szkoda czasu. Po drugie zaś, dlatego że przez polski internet przelewa się wtedy duża ilość nieścisłości albo czasem po prostu bzdur na temat meksykańskiego Święta Zmarłych. Jako że w tym roku do tej feerii pomyłek dołączyły szacowne instytucje oraz szanowane strony internetowe, postanowiłam napisać, co mnie tak w tych mitach boli.



1) Określenie "kult śmierci" 

Chyba nic nie boli mnie bardziej. Brzmi to dla mnie w ten sposób, jakby Meksykanie w jakiś sposób oddawali cześć śmierci. Przed oczami od razu stają mi jakieś czarne msze, jakieś szemrane rytuały. Może jakieś ofiary z ludzi od razu, czemu nie, bo przecież czytam w necie, że "kult śmierci w Meksyku sięga czasów prekolumbijskich. Wśród Indian epoki prekolumbijskiej powszechne było przechowywanie czaszek jako trofeów, wykorzystywanych w czasie rytuałów religijnych, jako symboli śmierci oraz odrodzenia". Albo że: "To kraj ogromnych kontrastów i kontrowersji, nie dziwi więc, że tu akurat nie ma nic bardziej żywego i kolorowego jak celebracja śmierci". Albo: "parada śmierci". Albo: "Dzień Śmierci".

Ojejku, stop this madness. Święto Zmarłych w Meksyku jest wspomnieniem zmarłych bliskich. Według dawnych wierzeń w tym czasie na ziemię wracają ich dusze (piszę "dawnych", bo dzisiaj w Meksyku jeśli ktoś wierzy, że zmarli naprawdę wracają na ziemię, to jest to zaledwie jakiś procencik). Podobne wierzenia, o powrocie dusz zmarłych, były lub są obecne w wielu kulturach tradycyjnych, były do niedawna obecne także w Polsce. Owszem, Święto Zmarłych ma także "kościotrupią" stronę, w której prym wiodą catriny i inne czaszeczki. To jest jednak strona wyłącznie humorystyczna, jedynie ornamentyka! Nie ma nic wspólnego z religijnością, czyli tym samym z żadnym "kultem".

No dobrze, powiecie, jest przecież jeszcze kult Świętej Śmierci. Tak, ale ta nie ma nic wspólnego ze Świętem Zmarłych (no poza tym, że jej "wspomnienie" wypada 1 listopada).

2) Catrina jako odpowiednik Świętej Śmierci

Nieraz w necie widziałam zdjęcia Catriny podpisane jako Święta Śmierć. Albo na odwrót. Była też okładka (świetnej zresztą) książki o Świętej Śmierci z dość niefortunną kolorową czaszką ozdobioną kwietnymi motywami z ludowej ornamentyki meksykańskiej. Zabawne czaszeczki (w tym najpopularniejsza z nich, Catrina) poza trupim obliczem nie mają nic wspólnego ze Świętą Śmiercią. Catrina jest satyrą, karykaturą, zabawą, żartem, ornamentem. Catrina to pani w zdobnym kapeluszu i wystawnej sukni. Catrina jest motywem makijażu na Święto Zmarłych. Catrina jest motywem graficznym przedstawianym w kolorowych barwach i często w kwiatach. Święta Śmierć jest zaś świętą ludową. Mimo że potępiona przez Watykan przez wyznawców tzw. "katolicyzmu popularnego" uznana jest za pełnoprawną świętą katolicką. Jest czczona i ma swoich prawdziwych wyznawców. Występuje w postaci kościotrupa, bez ozdób na twarzy, często z kosą i w kapturze na głowie. O Catrinie więcej TUTAJ, a o Świętej Śmierci TUTAJ

3) Catrina jako odpowiednik bogini śmierci Mictecacíhuatl

Tutaj historia jest podobna do tej ze Świętą Śmiercią. Catrina nie może być "odpowiednikiem" bogini śmierci Meszików, bo sama nie ma żadnego, ale to żadnego znaczenia religijnego. Co więcej, między jedną a drugą nie ma żadnej ciągłości historycznej, nieuzasadnione będzie zatem mówienie, że Mictecacíhuatl przekształciła się z czasem w Catrinę. Catrina została stworzona wieki po upadku państwa Meszików, na początku XX wieku. Powołał ją do życia meksykański rysownik José Guadalupe Posada jako satyrę na ówczesne "żony modne", na kobiety, które wstydziły się tego, że są Meksykankami, pudrowały swoje śniade twarze i nosiły się na modłę europejską. Diego Rivera Catrinę i inne czaszki Posady wyniósł do kategorii narodowego symbolu, narodowego mitu. Koścista Catrina z satyrycznego obrazka stała się elementem meksykańskiej ornamentyki i najpopularniejszym przebraniem na meksykańskie Święto Zmarłych. 

4) Ofrendas jako ołtarze dla dawnych bożków 

Czytam i drżę: "Tradycja cukrowych czaszek wywodzi sie od ołtarza "tzompantli", a śmierć traktowana była jako jeden z etapów życia, który prowadził na kolejny poziom. Ołtarz był rodzajem konsktrukcji, która w kulturach Mezoameryki służyła do publicznego pokazywania czaszek jeńców złożonych w ofierze bogom. Wraz z przybyciem Hiszpanów, Meszikowie nadal tworzyli ołtarze, jednak zamiast wykorzystywać prawdziwe czaszki, opracowali technikę modelowania różnych form, między innymi czaszek, z masy składającej się z cukru, ciepłej wody i soku z limonki." (pisownia oryginalna) 

Albo: "W tej chwili [w trakcie Święta Zmarłych] na jednej z głównych ulic wystawione są ofrendas. To są reprezentacje bożków, w których dawniej wierzyli Aztekowie i Majowie".

Podstawowy błąd takiego rozumowania tkwi w adresacie takiego ołtarzyka. Powyższe opinie niejako sugerują, że współczesne ofrendas przeznaczone są dla bogów, gdy przecież jest inaczej: konstruowane są one dla zmarłych bliskich. Znajduje się na nich zdjęcie osoby, która odeszła, oraz symboliczny posiłek dla jej duszy, która w czasie Día de los Muertos ma niejako wrócić na chwilę do świata żywych (WIĘCEJ). Ponadto, badacze wcale nie są pewni przedhiszpańskich korzeni ołtarzyków dla zmarłych. Jedzenie dla zmarłych bliskich przygotowywało się bowiem w wielu kulturach świata, między innymi w Polsce i w Hiszpanii w czasie kolonizacji Meksyku. W Hiszpanii w XVI wieku na Wszystkich Świętych kładło się na kościelnym katafalku bochenki chleba, a w Polsce z tej okazji jeszcze kilkadziesiąt lat temu przyrządzało się małe chlebki zwane, w zależności od regionu: powałkami, petryczkami, heretyczkami, zaduszkami albo chlebem umarłych. Więcej na ten temat, a także na temat pochodzenia meksykańskich czaszek pisałam TUTAJ.

5) "Wielowiekowa, indiańska, przedhiszpańska tradycja"

Tu płynnie przechodzimy do kolejnego mitu. Często pisze się o przedhiszpańskich korzeniach meksykańskiego Święta Zmarłych. Tymczasem badacze coraz głośniej i wyraźniej mówią, że obchody te mają korzenie przede wszystkim w Europie. Oczywiście, dawni Indianie - jak chyba wszystkie kultury świata - oddawali cześć zmarłym przodkom, jednakże same współczesne obchody mają wyraźny ryt europejski. Więcej na ten temat przeczytacie TUTAJ

Dyskurs o przedhiszpańskich korzeniach tego święta został stworzony już po uzyskaniu niepodległości. Budowano tożsamość narodową, szukano czegoś, co uczyni Meksyk wyjątkowym. A przede wszystkim czegoś, co odróżni go od Hiszpanii i USA. Postawiono na indiańskie korzenie. Día de los Muertos jako dawne, indiańskie święto meksykański rząd i tutejsi intelektualiści promowali szczególnie gorliwie w latach 20. XX wieku, tuż po rewolucji meksykańskiej. Symbolu Meksyku szukano wówczas "u podstaw", u prostych ludzi, by w ten sposób sprawić, by niższe klasy poczuły się częścią narodu i by nie dopuścić do dalszych rozłamów w społeczeństwie. Día de los Muertos świętem narodowym ogłoszone zostało dopiero w latach 60. ubiegłego stulecia, a popularna forma jego obchodów w niektóre miejsca w Meksyku dotarła dopiero w ostatnich 20-30 latach (na północy kraju nie były praktycznie znane, celebrowano za to Halloween - na ten temat pisałam TUTAJ).

Oczywiście również to nie jest tak, że "tradycja jest niezmienna" oraz że Meksykanie celebrują Día de los Muertos dokładnie tak samo jak ich przodkowie. Każda tradycja się zmienia. Gdyby się nie zmieniała - umarłaby.

6) Dla Meksykanów śmierć to heca

Meksykańskie Święto Zmarłych ma dwa filary: pierwszym jest wspomnienie zmarłych bliskich, a drugim jego strona humorystyczna. Zabawne czaszeczki mają być takim wesołym "memento mori", przypomnieniem o śmierci, a zarazem przypomnieniem o życiu. To one mają sprawić, że cierpienie spowodowane stratą bliskich ani myśli o śmierci nie będą aż tak straszne. Podobny zabieg wykorzystany jest chociażby w obchodach Halloween, a także w popularnym zwyczaju "osładzania" sobie Święta Zmarłych słodyczami (w wielu krajach świata, chociażby w Polsce sprzedawane są pod cmentarzami słodycze: pańska skórka, rury, miodek turecki). 

Nie znaczy to jednak, że dla Meksykanów śmierć naprawdę jest hecą, że nic dla nich nie znaczy, że podchodzą do niej nonszalancko albo obojętnie. Ten mit jest szczególnie żywy, bo przez lata był powtarzany i reprodukowany przez meksykańskich myślicieli i pisarzy z noblistą Octaviem Pazem na czele. Owszem, może dla przedhiszpańskich mieszkańców tych terenów śmierć miała inna znaczenie, może życie i śmierć były tylko dwoma stronami tej samej rzeczywistości, ale do XXI wieku dużo się zmieniło. Podejście Meksykanów do śmierci nie różni się praktycznie od polskiego. Śmierć jak najbardziej zawsze jest tu tragedią i byłoby okropnym uważanie, że Meksykanie nie cierpią na przykład po śmierci bliskiej osoby, nie współczują, nie płaczą. 

I tu zataczamy krąg do pierwszego punktu i tego, co boli mnie najbardziej w mitach na temat Día de los Muertos. Boli mnie bowiem: Egzotyzowanie Meksykanów. Odczłowieczanie ich podejścia do śmierci. Oddzielanie ich od nas grubą kreską. Traktowanie jako szokującą ciekawostkę. Podkreślanie różnic. Podczas gdy meksykańskie obchody Święta Zmarłych są tak naprawdę w swoich założeniach bardzo podobne do tych polskich. Obydwa mają przecież na celu wspominanie zmarłych oraz zadumę nad nieuchronnością śmierci.


Nie piszę tego wszystkiego, żeby zburzyć magię Día de los Muertos. Bo ta jest już na tyle silna i nienaruszalna, że zburzyć się jej nie da. Obchody Święta Zmarłych w Meksyku zostały wpisane na Listę Światowego Dziedzictwa UNESCO i stały się symbolem kraju, znanym już praktycznie na całym świecie. Antropolog Stanley Brandes trafnie nazwał Święto Zmarłych żywym i oddychającym muzeum, które jest poświęcone meksykańskiej unikalności. Día de los Muertos jest dumą oraz ukochanym świętem Meksykanów. Którzy niezależnie od jego pochodzenia czy całej otaczającej je mitologii będą je kochać. Całą gorliwością swoich wielkich serc.


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz