czwartek, 10 maja 2018

"Tej wiedzy nie znajdzie się w internecie". Wywiad z dyrektorem Muzeum Medycyny Majańskiej, Agripinem Bautistą

To wiedza, której nie znajdzie się w internecie. Nie znajdzie się jej nawet w książkach. Wiedza, która jest w niebezpieczeństwie, która może niedługo zupełnie zaniknąć. Medycyna majańska wciąż jest praktykowana w tutejszych wioskach, jednak widzę coraz mniejsze nią zainteresowanie wśród młodych pokoleń. Młodzi traktują ją jak zabobon. Bardzo mnie to boli, bo wielu rzeczy, jak chociażby właściwości i zastosowania tutejszych roślin leczniczych, medycyna zachodnia mogłaby się od nas nauczyć - mówi mi Agripino Bautista, dyrektor Muzeum Medycyny Majańskiej w San Cristóbal de las Casas. 

Muzeum istnieje od 1998 roku i znajduje się na północ od centrum historycznego, zaraz za głównym miejskim targiem z jedzeniem. Jest tu pięć sal, które starają się przybliżyć wiedzę i tradycję majańskiej medycyny ludowej z okolic San Cristóbal. Ostatnia z sal sygnalizuje problem biopiractwa, czyli patentowania poszczególnych roślin leczniczych, głównie przez wielkie kompanie farmaceutyczne. Przy muzeum znajduje się też ogród z roślinami wykorzystywanymi w tutejszej medycynie, z tabliczkami i opisem ich właściwości. Można tu też umówić się z ilolem, czyli indiańskim medykiem, który za 60 pesos może przeprowadzić limpię, czyli rytuał oczyszczenia, a także doradzić w problemach zdrowotnych. Jest tu także ziołowa apteka, gdzie można zakupić wykorzystywane przez Indian lokalne rośliny lecznicze.

Antonio, ilol, tradycyjny medyk.

Budynki i ogród muzeum oraz Centrum Rozwoju Medycyny Majańskiej
Na półce w aptece: rośliny lecznicze i ich nazwy w języku tsotsil

-  Czego medycyna zachodnia mogłaby nauczyć się od majańskiej?

Agripino Bautista: -  Przede wszystkim właściwości i leczniczego zastosowania tutejszych roślin wykorzystywanych przez Indian Tsotsil od pokoleń. No i także holistycznego podejścia do problemów zdrowotnych. Medycyna zachodnia rozwiązuje przede wszystkim bolączki ciała, zupełnie jakby zapominając o tym, że  te mogą być związane z problemami ducha. Na nasze zdrowie wpływa stres, nasze relacje z innymi ludźmi, z otoczeniem, z całym światem. Gdy mamy na przykład wypadek, nie wystarczy tylko wyleczyć ranę na ciele, ale także rany, które powstały wówczas w naszej duszy. Tutejsi Indianie wierzą także w uzdrawiającą moc modlitwy. Zaszkodzić z kolei mogą złe energie, zazdrość, kłótnie między ludźmi, a także... krzywda, która dzieje się naszemu chulelowi.

- Czym jest chulel?

- Kiedyś Indianie Tsotsil wierzyli, że każdy człowiek dzieli duszę z jakimś zwierzęciem. To koncept podobny do tonala czy naguala. Takie zwierzę żyje sobie gdzieś tam, w górach i jeśli ono jest zdrowe, my także. Ale jeśli się rozchoruje, cierpimy i my. Jeśli zginie - nas także czeka śmierć. Myślę jednak, że dzisiaj, w XXI wieku, mało kto już w to wierzy. A szkoda, bo to było piękne! I uczyło dbania o przyrodę. Ludzie bali zabijać się dzikie zwierzęta, bo przecież to mógł być chulel ich albo kogoś bliskiego. Ta dawna wiara pokazywała nasze związki z przyrodą. Mam wrażenie, że dla świata zachodniego człowiek jest taką wyspą, bytem indywidualnym, wyrwanym ze świata, który go otacza. Dla nas jest tylko małą komórką w wielkim, złożonym organizmie, jakim jest świat. Człowiek nie istnieje bez związków ze wszystkim wokół. Te związki, połączenia stara się właśnie uleczać curandero.

- Jak leczą curanderos?

- Jest ich kilka specjalizacji. Ilol, inaczej pulsador, potrafi rozpoznać problemy słuchając pulsu człowieka. Dużo pracuje z energiami, które dzielą się na ciepłe i zimne. Wszystko ma taką swoją temperaturę, na przykład jedzenie, które spożywamy, a zachwianie równowagi termalnej może powodować choroby. Jest też partera, w tsotsil jve' tome, czyli położna. Tutaj kobieta tradycyjnie rodzi na klęcząco, wspierając się ramionami na kolanach siedzącego przed nią na krześle męża. Z dużym majestatem podchodzi się do łożyska - nie można go po prostu wyrzucić, to przecież świętość, miejsce, gdzie rodzi się życie. Zazwyczaj podczas specjalnego rytuału zakopuje się je pod domem. Kolejnym typami medyków są: huesero (tzac' bak), czyli kręgarz oraz hierbero (ac' vomol), czyli zielarz, specjalizujący się w roślinach leczniczych. Jest też k'oponej witz, rezador de los cerros, czyli dosłownie ten, który modli się na wzgórzach. W ten sposób ulecza. Robi to w świętych miejscach dla społeczności: przy źródłach, jeziorach czy właśnie na wzgórzach, na szczytach których ustawiamy majańskie krzyże.

- Czym różni się majański krzyż od katolickiego?

- Krzyż majański był czczony tutaj jeszcze przed przybyciem Hiszpanów. Ci byli bardzo zdziwieni, nie rozumieli, jak to możliwe, że Majowie znają już Jezusa Chrystusa. Oczywiście nie znali, po prostu krzyż nie jest aż tak skomplikowanym symbolem do wymyślenia, że tutejsi Indianie nie mogli na niego wpaść równolegle. Dla Majów cztery ramiona krzyża symbolizują cztery strony świata. Jest także symbolicznym axis mundi, osią świata, która łączy trzy poziomy rzeczywistości: świat podziemny, naszą rzeczywistość i zaświaty. Krzyż zazwyczaj jest zielony - ma symbolizować to święte drzewo Majów, ceibę (puchowiec), które uważane było właśnie za taką oś świata. Dzisiaj krzyż majański wykorzystywany jest także w kościołach oraz w kapliczkach ku czci świętych katolickich. To właśnie do nich, obok sił natury, modlą się curanderos w trakcie rytuałów. Od modlitwy do poszczególnych świętych zaczyna się też rytuał limpii. 

Agripino Bautista przy krzyżu majańskim przed Muzeum Medycyny Majańskiej.

- Jak wygląda taka limpia?

- Limpia to rytuał oczyszczenia. Pracuje się wówczas z energiami wokół, a także z otaczającymi nas duchami oraz świętymi, do których wznosi się modlitwy. Na początku pali się świece - ich kolory, ilość i wielkość zależą od intencji. W dalszej części rytuału wykorzystuje się m.in. wiązkę ziół - na przykład bazylii, a także jajko lub czasem żywą kurę. Zatacza się nimi kręgi nad świecami oraz chorym, a one zbierają całą złą energię. Wiązką bazylii uderza się ciało oczyszczanej osoby. Czasem wykorzystuje się także lokalny alkohol z kukurydzy zwany poxem. Pox w tsotsil znaczy lekarstwo, zarówno picie go, jak i skrapianie nim świec czy chorego pomaga w uzdrowieniu. W niektórych miejscach, jak w San Juan Chamula, wierzy się, że podobne właściwości mają napoje gazowane, np. coca-cola.

Przeczytaj więcej na temat rytuałów w Chamuli: San Juan Chamula. O coca-coli, ukręcanych kurzych łbach i domowych filmach porno

Rytuał limpii.




- Jak staje się curandero?

- Curandero się nie staje, curandero się rodzi. Człowiek przychodzi na świat z darem, darem uzdrawiania. Taki dar bardzo często daje o sobie znać w snach. Bardzo często jest dziedziczny, przechodzi z ojca na syna, z dziadka na wnuczka. Od starszych kandydat na curandero uczy się zadając pytania. Zazwyczaj curandero jest osoba w zaawansowanym wieku, rzadko można spotkać kogoś, kto ulecza i ma mniej niż 40 lat. Mimo że wielu z nich uczy się już od dziesiątego roku życia. Droga do zostania curandero jest długa. 

- Czy curanderos wymieniają się swoją wiedzą? 

- Tradycyjnie każdy z nich miał swoje sekrety, swoje sposoby, swoją praktykę. Ale teraz, gdy medycyna ludowa staje się coraz mniej popularna, dostrzegamy potrzebę dzielenia się swoją wiedzą i doświadczeniami. Właśnie dlatego powstał OMIECH, Organización de Médicos Indígenas de Chiapas (Organizacja Indiańskich Medyków z Chiapas), ta sama, która stworzyła muzeum. Organizacja zrzesza ponad osiemset osób z 38 społeczności z 11 gmin z terenu stanu Chiapas. Raz - dwa razy roku organizujemy zjazdy medyków ludowych, są też kursy i warsztaty dla tradycyjnych położnych.

- Wspomniałeś, że medycyna majańska jest coraz mniej popularna. Dlaczego tak się dzieje? 

- Myślę, że to przede wszystkim przez wciąż obecny w społeczeństwie meksykańskim brak szacunku dla indiańskiej kultury i jej dyskryminacji. Kolejnym powodem jest odchodzenie młodych pokoleń od tradycyjnych metod leczenia. Traktują je oni jak jakieś baśnie z dzieciństwa, jak zabobon. Winna jest też migracja, którą powoduje zwiększająca się na terenach wiejskich bieda. Ludzie wyjeżdżają za pracą, a tym samym zapominają o dawnych tradycjach, a czasem celowo odcinają się od swojej kultury. Ogromna szkoda, bo to wiedza, której nie znajdzie się w internecie. To wiedza, której nie znajdzie się nawet w książkach.



Zobacz także: Subiektywna mapa San Cristóbal de las Casas. Osobisty przewodnik po mieście



Wnętrza i zewnętrza muzeum.




Temazcal, indiańska łaźnia parowa.






3 komentarze:

  1. Bardzo ciekawe, przeczytałam z zainteresowaniem. W każdej kulturze istnieją ludowi uzdrawiacze i znachorzy, szeptuchy, babki, szamani. Nie wypowiadam się co do skuteczności ich metod uzdrawiania, bo niczego takiego nigdy nie doświadczyłam. Ale na pewno warto ocalić od zapomnienia ich ludowe metody leczenia. Ponoć czasami, gdy medycyna staje się bezradna, oni potrafią pomóc. Takie muzea na pewno byłyby ciekawostką pod każdą szerokością geograficzną.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. To prawda. Byłoby ciekawie, gdyby otworzyli analogiczne muzeum w Polsce o polskiej medycnie ludowej!

      Usuń
  2. Też lubie takie klimaty. Bardzo interesuja mnie inne kultury, mam nadzieje, że w przyszłości odwiedzę parę takich bardziej egzotycznych miejsc.

    OdpowiedzUsuń