poniedziałek, 29 sierpnia 2011

Wydostana

Wydostałam się z Deefe, jednakże nie bez walki. Moją ostatnią despedidę spędziliśmy na placu Garibaldi. Plac Garibaldi to takie miejsce, na którym będąc w Meksyku trzeba spędzić co najmniej jeden wieczór. Trzeba uraczyć się micheladą w litrowym kubku, którą sprzedaje się w okolicznym sklepie przez kraty. Z takimi, ozdobionymi chilli kubkami, spacerują wszyscy (czytaj: tłumy) na placu. O jak wam dobrze – mówię do Carlosa – w Polsce nie możemy pić alkoholu na ulicy! Carlos odpowiada ze spokojem: Tutaj też nie można. Inną rozrywką na nocnym placu Garibaldi jest rażenie prądem. Ustawia się w kółeczko, łapie się za ręce, a specjalny koleś razi całe kółeczko prądem. Ot, taka zabawa. No ale główną atrakcją na placu Garibaldi są oczywiście mariachis. Zagrają dla ciebie trzy piosenki za 100 pesos (25 zł). Widzów i mariachich są całe zastępy, czasami melodie poszczególnych grupek mieszają się ze sobą i tak naprawdę nie wiadomo, czego się w danej chwili słucha. Istne szaleństwo, ten cały plac nocą.




Na placu można oprócz mariachich spotkać też bandas. Banda to rodzaj muzyki traktowany przez mieszkańców Deefe w sposób podobny, w jaki w Polsce traktuje się disco polo. Piosenki są ckliwe, naiwne, a jednocześnie bardzo melodyjne. Niby to niemodnie tego słuchać, ale piosenki tak łatwo wpadają w ucho, że już nie mogą z niego wypaść. Zespół banda składa się zazwyczaj z zawrotnej ilości muzyków, którzy wszyscy paradują w kiczowatych, zgrabnie skrojonych mundurkach. Zazwyczaj mają tak niewyględne gęby, że trudno od nich oderwać oczy. Taka mała perwersyjna przyjemność. Każda banda ma w swojej nazwie zespołu oczywiście słowo banda, najbardziej popularne to Banda el Recodo i Banda el Limon. Jednocześnie banda to ulubiony gatunek muzyczny narcos. Jeśli gdzieś na północy organizowany jest koncert bandas, można być pewnym, że stoją za tym narcos. Bo opłacenie koncertu bandas i rozlicznych członków w zgrabnych mundurkach to nie lada wydatek. Niektóre zespoły banda śpiewają nie tylko ckliwe i kiczowate piosenki o miłości, ale także utwory zwane narco corridos, które w całej swej rozciągłości traktują o słodkim żywocie narco. Narco corridos nawiązują swą nazwą do corridos czyli do utworów o bohaterach z czasów rewolucji meksykańskiej 1910. Narco corridos są zaś na temat bohaterów naszych czasów. Wszystkie mają podobną budowę i przedstawiają CV narco: od momentu, kiedy był drobnym dilerem aż po samochody ze Stanów, po  broń i dziewczyny. Meksykańskie od zera do bohatera.



Bo narco są rzeczywiście są bohaterami. Nigdy nie zapominają o swojej wiosce, ulicy, dzielnicy, hojnie ją dotując. Remontują drogi, budują szkoły, szpitale, boiska, organizują fiesty i koncerty, nie pozwolą by komukolwiek z ziomków stała się krzywda. Dlatego apele rządu o denuncjowanie i wydawanie narcos pozostają bez odpowiedzi. Ludzie tutaj mówią, że na tę okazję rząd urządza czasem prowokacje: robi coś złego, żeby zgonić to na narcos. Mówi się też, że ostatnia tragedia w Monterrey to też sprawka rządu. Kilka dni temu grupa zamaskowanych ludzi wpadła do kasyna, oblała wszystko benzyną i podpaliła. Wszystkie wyjścia ewakuacyjne były dziwnym zbiegiem okoliczności również zamknięte. Zginęły 53 osoby.

A więc wydostałam się z Deefe. Siedem godzin wystarczyło, by ze stołecznego szaleństwa przenieść się do oazy spokoju, do stolicy sztuki – miasta Oaxaca. Zatrzymałam się tu u Jesusa w jego magicznej fortecy, która składa się z dżungli, hamaków i sztuki. Jesus jest malarzem i jego mały raj złożony jest z pracowni, maleńkiego kolorowego domku i tarasu, gdzie jemy śniadania. Wszelkie sanitariaty znajdują w buszu jego ogrodu: naczynia myjemy pod drzewem awokado, a prysznic bierzemy pod świeżą (świeżą, a nie zimną!) wodą, która składowana jest na dachu skleconej z kilku cegieł łazieneczki. Woda jest tu produktem niemalże reglamentowanym i przychodzi dwa razy tygodniowo. Wtedy napełnia się wszystkie zbiorniki, żeby starczyło do następnej dostawy. Woda z tych wszystkich Jesusowych przybytków sprytnie łączy się i spływa do kanałów. Jesus wszystko urządził sam. W przyszłości planuje jeszcze ozdobić wszystko freskami, wnętrze i zewnętrze łazienki i inne miejsca w swojej magicznej dżungli. Póki co, od czasu do czasu przychodzą tu jego studenci i pracują w ogrodzie. I już teraz można się potknąć o jakiś obraz, gdzieś przy schodku, idąc do toalety. Osobiście czuję się tu jak Liv Tyler w „Ukrytych pragnieniach”. Siedzę w hamaku, piszę, w tle muzyka klasyczna, a Jesus w pracowni maluje przeogromny i przekolorowy obraz.





Żeby dołożyć kolejną historię do mojego bujnego anegdotażu o tzw. „małym świecie”, okazało się, że Jesus był niedawno w Polsce i miałam być na jego wykładzie, ale w rezultacie nie poszłam. Wykład był na naszym Ceslowym kole naukowym i zorganizowała go moja Ceslowa Kasia, u której w hostelu zatrzymał się Jesus. Słyszałam o nim dużo od Kasi, a on spędził z Kasią mnóstwo swojego polskiego czasu. Nie mówiąc już o całej reszcie wspólnych znajomych. Jesus mówi też trochę po polsku. Z resztą to nie pierwsza osoba, którą tu spotykam o podobnych upodobaniach językowych. Przyjaciel Eli – Jose nr2 – mówił tak świetnie po polsku, że na wspólnych kolacjach gadaliśmy tylko po polsku. Carlos – chłopak, u którego zatrzymałam się w Meksyku po Eli – mówi po rosyjsku. A ja im dłużej tu jestem wyczuwam coraz silniejszy związek i podobieństwo między Meksykiem i Polską. Ela mówi, że „Mexico es como Polonia pero mas” (Meksyk jest jak Polska, tylko bardziej). Z resztą Meksykanie, których tu spotykam, również widzą ten związek między naszymi krajami. I nie chodzi tylko o Juana Pablo Segundo ani o religię. Ciężko mi to jeszcze nazwać i dokładnie sprecyzować, ale to się tu po prostu czuje, z obydwu stron, a sprawa jest w swojej złożoności bardzo głęboka. Przez bolesną historię, przez stosunek do religii, rodziny, rządu i prawa, aż po gościnność, temperament i charyzmę. Usłyszałam też od kilku Meksykanów, że gdyby nie Meksyk, to pewnie mieszkaliby w Polsce.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz