piątek, 9 września 2011

W strugach wody, ale z czołem podniesionym

Jeśli myślicie, że Wy tam w Polsce marzniecie i mokniecie, a Synowiec wygrzewa się w meksykańskim słońcu, to się grubo mylicie. Synowiec bowiem marznie i moknie tak samo jak Wy, a może i bardziej. Dwa razy bardziej. Bo w Chiapas wszystko jest dwa razy większe niż w reszcie świata. I to nie mój wymysł, ale ogólnomeksykańska prawda częstokroć cytowana. Rośliny mają dwa razy większe liście. Ćmy mają dwa razy bardziej koszmarne rozmiary. Tamales też są dwa razy większe. A to wszystko (no oprócz tamales) przez deszcz, który tu pada dokładnie non stop. Górski klimat to się podobno nazywa. Albo pora deszczowa, bo nie ma tu czegoś takiego jak nasze pory roku. To nie jakiś tam deszczyk czy mżaweczka, ale ustawiczna wilgotność powietrza. Wyprane ciuchy nie mogą tu wyschnąć przez długie dni, a jak już są w miarę suche to śmierdzą – przepraszam za określenie – jak mokra szmata. Mój znajomy Elvis, który był tu w podobnym okresie, próbował wysuszyć dżinsy przez tydzień. Oczywiście bez skutku. Chodniki podczas deszczu są śliskie jak brzuch ryby. Żeby się nie przewrócić, trzeba chodzić ulicami, którymi mkną rwące potoki. Nawet moje genialne kalosze poniosły klęskę w starciu z prądem takiego potoku.


Ćmy wielkości ptaków przychodzą do nas w nocy.
Co ciekawe, ten górski klimat panuje tylko w San Cristobal. Wystarczy ruszyć się pół godziny od miasta, np. do najstarszego miasteczka w regionie – Chiapa de Corzo, i człowiek nie może wytrzymać z gorąca. Nie może też oddychać, bo zawartość powietrza w powietrzu jest minimalna. San Cristobal leży w jakiejś dziwnej niecce klimatycznej, enklawie pogodowej. Dzisiaj na własne oczy zobaczyłam granicę owej enklawy i do końca jeszcze nie wierzę w to, co dane było mi ujrzeć. Zobaczyłam mianowicie tę granicę dokładnie, prawie idealnie pionową ścianę mgły czy też wysokogórskich chmur deszczowych. Za tą ścianą było już tylko niebieskie niebo i kilka leniwie sobie płynących puszystych chmurek. Po prostu ciach, po lewo deszcz i mgła, po prawo pogoda. Nie pamiętam, kiedy ostatnio byłam tak meteorologicznie podniecona.

Powtarzam tę całą historię zdziwionym turystom, którzy przybywają do nas do hostelu i nie mogą uwierzyć w zaistniały stan pogodowy. Sama zaś raz na jakiś czas funduję sobie wycieczki poza enklawę, żeby się wygrzać i nałapać słońca na kolejne dni pracy. W środę zafundowałyśmy sobie z Lisą jedną z „ekskursji” oferowanych przez nasz hostel, wycieczkę do kanionu Sumidero. Co ciekawe, po kilku konsultacjach i wywiadach okazało się, że owa zorganizowana wycieczka nie zdziera pieniędzy z naszych hostelowych gości i opłaca się bardziej niż zrobienie całości na własną rękę. W całej dotychczasowej mojej podróżniczej karierze miałam zawsze opory przeciwko takim zorganizowanym wycieczkom, i wciąż oczywiście wolę poznawać na własną rękę, w tym momencie jednak jeden z tych oporów zniknął – opór finansowy.

Kanion Sumidero jest symbolem i herbem stanu Chiapas. Zatem absolutne must-see.
Kanion Sumidero jest przepyszną rozrywką wczasową. Płynie się łódką środkiem owego kanionu,  rzeką Grijalva, a po drodze podziwia się wysokie na prawie kilometr skały, różne dzikie zwierzęta, hydroelektrownię, wodospady i śmieci. Niemalże cała powierzchnia rzeki utkana jest bowiem porozrzucanymi równomiernie niczym kwiatki na Bożym Ciele plastikowymi butelkami, które urozmaicają krajobraz szczególnie teraz, w porze deszczowej. Plastikowe odpady to przegląd życia mieszkańców kilkunastu okolicznych gmin, które położone są w dorzeczu rzeki Grijalva. Owszem, wydaje się ogromne sumy na oczyszczanie rzeki, jednakże służby porządkowe nie dają rady ze wszystkim nadążyć. Ale Matka Natura nie z takimi rzeczami dawała sobie radę – ze śmieci utworzyła swego rodzaju śmieciowe wyspy, które zaczynają mieć już swój własny ekosystem i stałych rezydentów w postaci sępów.




Ale! (jak to mawia Lord Stark, wszystko powiedziało się przed „ale” nie ma znaczenia. Znaczy śmieci nie mają znaczenia, a nie cudowny sępi ekosystem). Wszystko rekompensuje piękno kanionu, wodospady, grota z Matką Boską z Guadalupe (la Virgen wzięła w opiekę także kanion Sumidero, podobnie jak większość innych jezior, rzek, miejskich targowisk i samochodów dostawczych w Chiapas). No i kokodrile! „Kokodril” (czyli nasz polski krokodyl, tyle że po hiszpańsku) był najczęściej powtarzanym przeze mnie słowem na wycieczce, bo słyszałam plotki, że kokodril jest w programie, a nasz kapitan zaczął już zbierać napiwki w czapkę, na znak zakończenia wycieczki, kokodrila zaś ani widu ani słychu. W końcu, przed samą metą, pojawił się jeden kokodril. Uśmiechał się rubasznie i wygrzewał na brzegu rzeki. Mój nabyty z wiekiem starczym zachwyt nad zwierzętami był totalnie tym rubasznym kokodrilem zaspokojony.

Myślałam, że ten malowany kokordril będzie jedynym, jakiego ujrzę w kanionie, ale wówczas pojawił się on:

Na dzisiaj koniec, dziś żadnych wynurzeń ani nic, dziś sama czysto turystyczna przyjemność! Bo atrakcje turystyczne słyną z tego, że są atrakcyjne dla turystów. A ja turystą przecież jestem. Ahoj!

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz