niedziela, 9 października 2011

La gente pasa y pasa

Tuż przy stacji autobusowej ADO, w centrum San Cristobal de las Casas, przebiega droga zwana Panamericaną. Panamericana na swych 25 tysiącach kilometrów łączy Alaskę z Patagonią i biegnie przez całą długość obu Ameryk. Ten monstrualny pomysł to tak naprawdę nie jakaś inwestycja na skalę światową, ale połączenie dróg krajowych, które w sumie dają twór tak imponujący i inspirujący jak Panamericana. Droga przy całej swej zamierzonej ciągłości przerywa się w jednym odcinku – zwanym Darien Gap, znajdującym się między Panamą i Kolumbią. Wojtek Cejrowski próbował zrobić w jednej ze swych książek z Darien Gap jakąś międzynarodową tajemnicę i snuł opowieści o zdezorientowanych motocyklistach, którzy tak się rozpędzali z Alaski, że utykali w błotach Darien, gdy nagle i niespodziewanie skończyła im się twarda nawierzchnia Panamericany. Darien Gap żadnym zaskoczeniem dla nikogo jednak nie jest i w każdym opracowaniu na temat Panamericany, nawet tym wikipediowym, zawsze znajduje się wzmianka o tym, że droga urywa się na tym odcinku. Z resztą nie tylko Panamericana się tam przerywa, ale urywają się wszelkie drogi i żeby dostać się z Panamy do Kolumbii trzeba posiłkować się transportem wodnym lub powietrznym. Mimo tego, że Darien Gap psuje wszelką posuwistość i opływowość drogi, Panamericana jest wciąż inspiracją dla setek podróżników.

W czasopismach podróżniczych i innych publikacjach z radami, jak warto zwiedzać świat, czytamy, że przy planowaniu wyprawy warto obrać sobie jakiś cel. Wycieczka szlakiem Che Guevary, miejsc występujących w „Gwiezdnych Wojnach” czy podróży „W 80 dni dookoła świata” wydaje się ciekawsza niż nudne odznaczanie zaliczonych miejsc z przewodnika „Lonely Planet”. Mój były chłopiec Szymek jechał kiedyś stopem z Hiszpanem, który jeździł po Europie fotografując ciekawe okna. Rok temu trzech chłopaków z Polski ruszyło śladem uciekiniera z sowieckich łagrów, z Syberii, przez pustynię Gobi, aż do Indii. Angielski komik Dom Joly napisał książkę pt. „The Dark Tourist”, w której opisuje swoje wyprawy do „najciemniejszych miejsc świata” (swoją drogą we współczesnej nauce o turystyce istnieje nawet takie pojęcie jak dark tourism – czyli podróżowanie do miejsc, które wiążą się ze śmiercią lub z cierpieniem, czyli np. do Czarnobyla, Hiroszimy czy Oświęcimia). Mój znajomy Bartek Andrejuk postawił sobie zaś za cel najmniej turystyczne miejsca, takie jak Mołdawia czy wyspa Lampedusa, i odwiedzanie tam „najbrzydszych hoteli świata”. Przy wszystkich tych niebanalnych pomysłach na zwiedzanie świata, podróż Panamericaną wydaje się pomysłem dość prostym, ale jednocześnie jakże przekrojowym, czasochłonnym i karkołomnym. Panamericana przebiega bowiem przez czternaście, jakże różnych od siebie krajów, przez różne strefy klimatyczne, językowe i kulturowe, przez zmieniające się krajobrazy, ukształtowanie terenu i ludzkie zwyczaje. Podróż Panamericaną daje możliwość dość przekrojowego poznania Ameryki.

Oczywiście jeśli zamierza się czasami przystanąć, zobaczyć coś wokół, a nie pędzić na łeb, na szyję lub na rekord. Bo podróżnicy lubią czasem bawić się w pobijanie rekordów. W 75. rocznicę budowy Panamericany, w lipcu tego roku, trzech niemieckich kierowców postanowiło pobić rekord i przemierzyć całą drogą samochodem w jak najkrótszym czasie. Udało im się to: przemierzyli ją w 11 dni, 17 godzin i 22 minuty. Nad Darien Gap przelecieli zaś samolotem, w który zapakowali samochód marki sponsora całej wyprawy. 11 i pół dnia to oczywiście ekstremum, czysty sport, wyścig z czasem, gdzie kierowcy jechali non stop, w pięciogodzinnych zmianach i - jak skrzętnie mój matematyczny umysł kazał mi wyliczyć na kalkulatorze – ze średnią prędkością 90km/h (wliczając przerwy, kontrole techniczne itp.). Dla niemieckich kierowców podróż byłą samą trasą dla trasy, ale można traktować ją tylko jako inspirację do poznawania przemierzanych po drodze krajów. Tak robi Shyam, który właśnie na kilka dni zatrzymał się u nas hostelu. Shyam jest czterdziestokilkuletnim Kanadyjczykiem indyjskiego pochodzenia, który wyruszył na swym rowerze z Vancouver i w przeciągu dwóch lat zamierza dotrzeć na nim do Argentyny. Jako że rower jest stosunkowo wolnym środkiem transportu i nie pozwala się przedostać z jednego do drugiego turystycznego spotu w ciągu jednego dnia, Shyam sypia w miejscowościach, w których akurat zastanie go noc. Puka do domów, rozstawia namioty za restauracjami. W ten sposób poznaje miejscowych ludzi, boczne drogi i miejsca, których nie znajdzie się w przewodniku.

W San Cristobal zatrzymał się na dłużej, bo zginęła mu karta do bankomatu i czeka, aż poczta przyśle mu z Kanady nową. San Cristobal jest obowiązkowym punktem podczas zwiedzania Meksyku, jest też po drodze między centralnym Meksykiem a Gwatemalą lub Jukatanem i podróżnicy zatrzymują się tu zazwyczaj na kilka dni. Ci z rannych autobusów przyjeżdżają z Oaxaci, ci z wieczornych z Palenque i już nie muszę pytać gości, skąd przyjechali, bo rozkład jest tak oczywisty. Podróżnicy przyjeżdżają, przejeżdżają i cały ten barwny repertuar charakterów wyjeżdża, kiedy akurat zdążę się do niego przyzwyczaić. Jak w telewizyjnym domu Wielkiego Brata. Duża część z nich jednak daje się wciągnąć w miasto i zamiast trzech dni zostaje dwa tygodnie, a czasem całe życie. I to właśnie tacy ludzie tworzą internacjonalny i artystyczny klimat San Cristobal. Ja też dałam się wciągnąć, uzależnić, zaplątać w to magiczne miejsce. Odkrywam w sobie w ogóle niepotrzebny talent nr 542 do szybkiego uzależniania się od miejsc, w których przebywam. Ale z San Cristobal to trochę inna historia. To miejsce pokochałam. I nigdy nie bolało mnie tak serce, jak wtedy, gdy opuszczałam to miasto.

Ludzie tutaj kazali mi podrzeć bilet i zostać. Mówią, że jestem częścią krajobrazu. I że Meksyk zasługuje na jedną Olę. W Pura Vida dostałam już ksywę – Borrachosky („borracho” – pijak + „osky”, żeby zaznaczyć moje polskie pochodzenie) i gdy tam wchodzę od progu już witają mnie okrzyki zza baru: „Borrachosky! Mezcalosky o tequilosky?”. Tylko podczas jednego wieczoru wydałam tam jakieś pieniądze (dzięki temu wiem, w ogóle, ile kosztuje tam piwo), a ksywa, którą nadałam temu miejscu, nabrała nowego, głębszego znaczenia.  „Dura Vida” jest teraz złowrogim znakiem, że jeśli tam wchodzę, to już trzeźwa nie wyjdę. Chłopaki z baru rozmawiają ze mną już zawsze w naszym ukochanym języku:  dodając do każdego hiszpańskiego słowa końcówkę „-osky”.  Roześmiany i roztańczony Cuatemoc z ułamanym zębem na przedzie. Przytulny Jorge ze swoim capoeirowym outfitem. Dowcipny i wylewny, szczególnie jeśli chodzi o darmowy alkohol, Quetzal. Podrywacz Mario, którego przez jego eksperymentalne podejście do rzeczywistości nazywam Khalem Junky („Drogo” to po hiszpańsku właśnie „Ćpun”). Posępny hiphopowiec, który mówi tak mało, że nie znam nawet jego imienia, ale za to jestem chyba jedyną osobą, którą zawsze gdy ujrzy, oświetla swym szerokim uśmiechem wyrwanym z czeluści swej posępności. Podczas mojej despedidy w Pura Vidzie, już nad ranem, gdy wygoniliśmy wszystkich gości i bawiliśmy się sami, patrzyłam na te ich piękne, proste twarze. Stały się już one dla mnie tak codzienne i oczywiste, że nie mogłam uwierzyć, że zostawiam je na drugiej półkuli i wracam do Polski. Nie wiedzieć, na jak długo. Nie wiedzieć, po co.

Tak wrosłam w to miasto, w krajobraz, tak zachłysnęłam się życiem codziennym, życiem doczesnym, że biedne San Cristobal też było trochę zdezorientowane moim wyjazdem. W całym swoim szaleństwie i niepoukładaniu ciągle próbuje mnie gdzieś tam dopasować i włożyć. Wczesnym ranem układa mnie w targ, gdzie z brudnymi od targowego błota nogami kupuję co nowsze i ciekawsze owoce na hostelowe śniadanie. W południe próbuje wpisać mnie gdzieś między ostre promienie słońca, na dachu, gdy wieszam mokre prześcieradła i obserwuję uliczne indiańskie wiece na okolicznym placu. Po południu już na siłę wpisuje mnie w krajobraz ulicy Guadalupe, gdzie wpadam na jedno wino z tapas ze znajomymi i leniwie obserwuję przewijające się przez centrum całe miasto i lokalne ploteczki. Pozdrawia mnie swym szerokim uśmiechem srebrnych zębów naszego sąsiada, lokalnego dilera Mike’a z Panamy albo jakimś „Borrachovsky!” z drugiej strony ulicy. Z ulicznych dźwięków próbuje sklecić głośne „Doctor!”, którym wywołuję na balkon mojego przeenergetycznego znajomego Doktora Hiuse’a . Wpadamy do house’a Doktora House’a na kolejny, oglądany już po raz szósty, odcinek „Game of Thrones” i wielogodzinne pijackie rozmowy, które składają się tylko i wyłącznie z cytatów z serialu. Biedne San Cristobal nie ma już kim tańczyć salsy w Revolucion. Biedni Australijczycy ogolonymi rękami z dwudniowym zarostem nie mają już komu stawiać piwa. Biedne śliskie jak brzuch ryby chodniki już nie śmieją się z moich spektakularnych upadków. Ech. Jakże pięknie się łudzę. Że zostanę tam na zawsze, chociaż w metaforze. Że z momentem, gdy wyjechałam czas w San Cristobal zatrzymał się i już nigdy nie ruszy. Że będzie mu mnie brakować. Ale może to i piękniej. Że świat to nie klaustrofobiczna Dolina Muminków. Że na tym zawrotnie ogromnym świecie jest tyle małych centrów wszechświata i że nie można być we wszystkich jednocześnie.

W niedzielę wdrapaliśmy się na szczyt wzgórza Guadalupe i cicho patrzyliśmy na miasto. Na stolicę kulturalną stolicę najbiedniejszego stanu Meksyku, który paradoksalnie jest tak bogaty, że mógłby być oddzielnym krajem. Żyzne ziemie, ogromne uprawy owoców, najlepsze gatunki kawy, niezliczone gatunki zwierząt, góry, puszcze, rzeki. Raj. Patrzyliśmy na to miasto i na jego małe sprawy, na jego małe namiętności, na tysiące domów i złamanych serc. W jednym z tych domów gadam właśnie z tatuażystą Mazą o zaskakujących podobieństwach między polskim i meksykańskim punk rockiem. Odkrywam największą tajemnicę wszechświata, która mówi, że Wielkiemu Budowniczemu nie chciało się wymyślać dla Polski i Meksyku dwóch rodzajów tej muzyki, więc na odczepnego zesłał ten sam punk do obu krajów myśląc cwanie, że „Polska i Meksyk daleko, a w Polsce komuna, nigdy nie dojdą, że im zesłałem ten sam punk”. Mieszkanie Mazy jest za czyste i za schludne. On mówi, że to dlatego, że wychował się w piętnastoosobowym, ubogim pierdolniku w Mexico City i teraz, gdy ma te kilka metrów tylko dla siebie, może wreszcie o nie zadbać. Gadamy, śmiejemy się, w schludnym domu Mazy, gdzieś w centrum miasta, do którego codziennie rano ściągają kobiety w baranowych spódnicach, żeby sprzedać jedną kurę i za te kilkanaście pesos wyżywić całą rodzinę.

Nieśpiesznie siedzimy na wzgórzu i patrzymy na Zocalo. Późną nocą, w cieniu arkad pijemy tam pox. Pox to lokalny alkohol z Chiapas i kupuje się go w Chamuli, w tej samej wiosce, gdzie w kościele mieszają się obrzędy indiańskie i chrześcijańskie i zabija się kurczaki. W Chamuli pox produkuje prawie każda meksykańska rodzina, najsławniejszy jest jednak pox od Juana Gallo – człowieka-legendy, nie tylko ze względu na jakość produkowanego przez niego alkoholu, ale i też z powodu jego kontaktów z Zapatystami. Z każdej wyprawy do Chamuli przywozimy hektolitry poxu i śmiejemy się, że te wyprawy są hostelową miarą czasu. BC – Before Chamula i AC – After Chamula. Pox jest na tyle zdradziecki, że nie tylko powoduje zamieszanie w czasie, ale i w ludzkich duszach. Mówi się tu, że przez pox można zostać opętanym (poxseido). Siedzimy, śmiejemy się, zapraszamy na pox przypadkowych turystów. A wszystko w cieniu tych samych arkad, gdzie 1 stycznia 1994 roku zaczęło się powstanie zapatystów. W cieniu tych arkad leżały dziesiątki zwłok. Ludzie są tutaj dumni z zapatystów. Zapatyści swym zbrojnym wystąpieniem uświadomili światu problemy lokalnych społeczności, które w tej krainie mlekiem i miodem płynącej, jaką jest Chiapas, żyją na skraju ubóstwa, bez dostępu do edukacji, opieki medycznej oraz bez udziałów z tego, co produkuje ich bogata ziemia. I mimo że coś zmieniło się przez te lata, w wioskach otwierane są centra, gdzie dzieci mogą się uczyć, także w lokalnych językach, mimo że świat wysyła tam lekarzy typu Doctor House, mimo że świat zobaczył problemy miejscowych plemion, to tak naprawdę ludzie żyją wciąż na skraju ubóstwa. Ludzie mówią tu, że Marco – lider zapatystów miał przez rząd wyznaczoną granicę, której w swych partyzanckich działaniach zabroniono mu przekroczyć. Mówią też, że wysłano mu z DF telewizyjną gwiazdę Televisy  - Anę Colcheo, by go w sobie rozkochała i kontrolowała. Mówią też, że potrzeba tu prawdziwej rewolucji, z bohaterami na miarę Pancho Villi i Emiliana Zapaty z 1910 roku. Że bez krwi, broni i silnego wierzącego w sukces przywódcy nic się nie zmieni.

Jest niedzielne popołudnie, a my ze szczytu schodów prowadzących do kościoła Guadalupe patrzymy na San Cristobal. Na progu jakiegoś przypadkowego domu przez Pura Vidą widzę siebie. Jest trzecia albo czwarta w nocy, a ja siedzę na progu i dyskutuję z Bartem. Bart ma długie włosy, spodnie zszyte z kawałków materiałów z różnych stron świata i tak samo idealistyczne podejście do świata jak ja. Rozmawiamy o miłości. O tym, że dwudziestym pierwszym wiekiem zawładnęły seriale. Wszyscy moi znajomi nie oglądają już filmów tylko seriale. Życie też przestaje być jedną wielką historią o jednej jedynej miłości, a staje się jak serial postmodernistycznie wielowątkowe, gubiąc gdzieś miłość na melanżu razem z telefonem. Dziadkowie mojej przyjaciółki Rudej podczas swojego ślubu widzieli się trzeci raz w życiu. Widzieli się raz, na drugim spotkaniu dziadek się oświadczył, potem spotkali się już na swoim ślubie. I byli ze sobą całe życie. Rozmawiamy i z progu przypadkowego domu nasze serca rwą się do gwiazd, gdy podchodzi do nas mała dziewczynka chcąc sprzedać nam gumę do żucia lub papierosy na sztuki. Znam tę dziewczynkę, ma może z 7 lat, jest małą przylepą, ładuje się wszystkim na kolana, a jednocześnie jest bizneswoman, jakich mało. Sprzedaje wszystko drożej niż jej mali rówieśnicy, a mimo wszystko jej uroczy dar przekonywania powoduje, że utarg ma największy na całej ulicy Guadalupe. Jest trzecia albo czwarta nad ranem, a mała mówi, że będzie tu do piątej albo szóstej rano. O szkołę następnego dnia nawet nie pytam.

I to nie jest tak, że jestem ślepa jak zachłyśnięci swoją fizycznością bohaterowie „Y tu mama tambien”,  którzy nie dostrzegają bożego świata wokół. Patrzę w wielkie, bystre, zdziwione oczy Mazy, gdy on orientuje się, że za oknem już jasno, a my nawet nie zauważyliśmy, kiedy przegadaliśmy całą noc. I widzę w jego oczach Indianki, które właśnie rozstawiają swoje stoiska na targu. Pociągam kolejny łyk poxu z plastikowej 600-mililitrowej butelki po coli i w każdym łyku czuję hart ducha umierających tu 17 lat wcześniej zapatystów. Odrywam na chwilę wzrok od Barta i zastanawiam się, jaka będzie miłość naszej małej bizneswoman. Czy w moim wieku będzie miała już czwórkę dzieci, zmęczoną twarz i braki w uzębieniu? San Cristobal jest miastem przepięknie prawdziwym w swojej złożoności. Każdy krok jest inspirujący, jest krokiem do nieba, nawet kiedy jest to chwiejny krok z Pura Vidy nad ranem. Ale jednocześnie każdy obojętny krok obok pięcioletnich dzieciaków dźwigających swoje nowonarodzone rodzeństwo na plecach jest krokiem bezsilnie bolesnym. Ach. Może to zbyt brutalne porównanie, ale San Cristobal jest trochę jak moja ulubiona tu knajpa. Dura Vida pero Pura Vida.



Ulice, które znają moje kroki.



Doktor House i to miasto zmęczone jak my.
Godzina piętnasta jakoś, afterparty na dachu u Mike'a.

Gdzieś tam na lewo od dwóch kościoła wieszam pranie na hostelowym dachu
Ale stąd mnie nie zobaczysz.


Grzybek, który w nocy chroni przed deszczem nas, psy i okolicznych pijaków.
Miejsce jednak należy niepodzielnie do psów. Jednym szczeknięciem potrafią wezwać w 3 sekundy posiłki w postaci 20 okolicznych psów.


1 komentarz:

  1. Byłam w Meksyku kilka lat temu na parę miesięcy i jak czytam twojego bloga, to aż mi się płakać chce... San Cristobal i Chamula były zawsze moimi ulubionymi miejscami. Zresztą Chiapas, to moim zdaniem najbardziej meksykańska Meksykańskość!;) Ech...

    Pozdrawiam

    powsinogidwie.blogspot.com

    OdpowiedzUsuń