piątek, 22 lutego 2013

Synchroniczny makijaż meksykański

Synchroniczne robienie makijażu przez kobiety w metrze każdego ranka  było moim pierwszym wspomnieniem z Meksyku, kiedy przyjechałam tu w  sierpniu 2011 roku. W meksykańskim metrze w godzinach szczytu funkcjonuje taka instytucja jak specjalny wagon dla kobiet i dzieci.  Kobiety urządziły sobie tam swoją własną enklawę intymności. Co rano uprawiają tam synchroniczny makijaż. Każda jedna wyjmuje kosmetyczkę,  lusterko i przygotowuje się do pracy.

Tym razem mam jednak Jimenę i metrem poruszam się rzadko, bo Jimena  jest Meksykanką zmotoryzowaną. Dzięki temu mogę oglądać taki sam synchroniczny makijaż, jednakże w samochodach. Na światłach, w korkach, a nawet w trakcie prowadzenia samochodu Meksykanki są w stanie wykonać mistrzowski makijaż. Jimena mówi, że nigdy nie robi  makijażu w domu. Bo i po co. Do centrum jedzie pół godziny, zawsze może go przecież zrobić wtedy. Podobnie instytucja różowych taksówek, które są przeznaczone tylko dla kobiet, jest obowiązkowo wyposażona w lusterko na oparciach przednich siedzeń.






To ostatnie zdjęcie wrzucam nie tylko dlatego, żebyście mogli zobaczyć efekt końcowy makijażu Jimeny. Jimena bowiem zrobiła bowiem makijaż dokładnie w momencie, kiedy dojechałyśmy do knajpki w centrum, gdzie byłyśmy umówione ze znajomymi na obiad. Siedliśmy przy stoliku, kiedy za ramieniem Jimeny zobaczyłam tę dziewczynę w pomarańczowym szaliku i rudym włosie. Dziewczynę... z którą studiowałam na Cesli w Warszawie! Tata Jimeny mówi, że w Meksyku jest powiedzenie, że świat jest tak mały, że mógłby zmieścić się na chusteczce do nosa. Mama Jimeny mówi, że tyle historii, ile przytrafia się mi, to nie może być przypadek.

Dziewczyna w pomarańczowym szaliku i rudym włosie ma na imię Isia i mieszka w Meksyku już półtora roku. A dokładnie mieszka na Coyoacanie, z którym zapoznała mnie wczoraj lepiej. Tam też odwiedziłyśmy jeden ze słynniejszych stołecznych bazarów. Bo dzień bez bazaru podczas tego pobytu w Deefe to dzień stracony. Ale zamiast oddawać się cykaniu tam foteczek wszystkim niezwykłościom, przepadłyśmy z Isią w sekcji pasmanteryjnej, gdzie Isia chciała kupić centymetr, a ja druty i włóczkę na czapkę dla Juana. Staruszka, która sprzedawała na jednym ze stoisk, nie chciała nam sprzedać danej rzeczy typu igła czy owy centymetr, jeśli nie wymówimy jej dobrze po hiszpańsku i jej sobie dobrze nie zapamiętamy. Otworzyłam zatem sobie nowy pasmanteryjny rozdzialik w swoim hiszpańskim słowniku.

I jeśli myślicie, co robię w Meksyku, to sobie wyrysujcie taki obrazek. Zamiast zwiedzać - siedzimy na powolnej ławeczce w samym sercu artystycznej dzielnicy Coyoacan i napierdalamy na drutach. Isia złapała bakcyla, kupiła sobie cały drutowy zestaw i kazała się uczyć. I tak sobie stukałyśmy prawe i lewe oczka, dwie Polki pośrodku Meksyku. Może wy tam w Europie macie godziny, my tutaj mamy czas.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz