niedziela, 21 sierpnia 2011

Viagra, cybergoci, klauni, lingwistyka i inne przyjemności

Meksyk nie przestaje mnie pozytywnie zaskakiwać, zastanawiam się, ile zachował jeszcze dla mnie w zanadrzu i czy będzie jak róg obfitości i nigdy się nie skończy, to „Mexico Magico”. Nawet najgorsze w przeczuciu rzeczy zmieniają się w pozytywne niespodzianki. Tak było między innymi z najdziwniejszym piwem w życiu, na które namówił mnie Dom. Nazywa się równie przedziwnie – Viagra. Najdziwniejszy bez wątpienia jest  jednak przepis:
 


Limonka, sól, maggi, krewetki, małże, ostry sos, piwo. I o dziwo gra to wszystko ze sobą nadzwyczaj dobrze. Meksykanie są mistrzami synkretyzmów i nietypowych połączeń. Ogłosiłam się wielką fanką napoju zwanego viagra, mimo mojej początkowej reakcji, którą sfotografował i lubi mi wypominać Dom (to dlatego, że mi małża niespodziewanie i chytrze wczmychnęła do ust):



Istnieje jeszcze wersja light viagry i nazywa się michelada. To piwo z ostrym sosem pomidorowym, limonką, przyprawami i papryką. Podobno nazwa michelady wzięła się od dwóch słów: „mix” – oznaczającego miksturę sosów i przypraw w piwie oraz słowa „chela”, które tutaj jest arcypopularnym słowem oznaczającym piwo. Szczerze mówiąc słowa „cerveza” nie słyszałam tu chyba nigdy, na „cervezie” też nigdy nie byłam, zawsze chodzę na „chelę”.

Wczoraj na temat różnych smaczków językowych przegadałam prawie cały dzień. Dzień był leniwy, był to jeden z tych dni w podróży, kiedy zapominasz, że jesteś turystą i po prostu zaczynasz żyć rytmem miasta. Spotykasz znajomych, idziecie na obiad czy do klubu, a ty czujesz się, jakbyś był tu już od zawsze. Przesiedzieliśmy więc w sympatycznej księgarnio-kawiarni La Pendula niemalże cały dzień. Ja, Ela oraz przyjaciel Eli – Jose, który pracuje na uniwersytecie i para się lingwistyką. Zajmuje się głównie jednym z języków Maya. Bo nie wiem, czy wiecie, że w Meksyku na listę oficjalnie używanych języków oprócz hiszpańskiego wpisane są 63 języki indiańskie. I dość duża grupa ludzi mówi tylko w swoim języku, nie znając zupełnie hiszpańskiego. Tak jest na przykład w stanie Chiapas, który jest celem mojej podróży. Jose, jak sam mówi, nie ma dziewczyny, więc oprócz swojego języka Maya ma czas zajmować się także innymi rzeczami. Bada też na przykład różnice w intonacji i w linii melodycznej  języka hiszpańskiego w różnych regionach kraju, a nawet też w różnych dzielnicach miasta Meksyk. Jego opowieści o historii języka hiszpańskiego tak mnie zafascynowały, że postanowiłam się nauczyć tego języka na blachę. Skoro historia języka polskiego tak mnie fascynuje, to historia polskiego i hiszpańskiego uczyni moje życie najsłodszym na świecie!
Jose
Powyższe zdjęcie, to na którym piję viagrę, jest ostatnim zdjęciem z Meksyku, na którym możecie ujrzeć moje blond szakirne włosie w tak pełnej okazałości. Postanowiłam bowiem, że to nie Dom czy żaden inny męski kompan ma być moją główną tu bronią przed natarczywym wzrokiem, pytaniami i orszakiem Meksykanów, a kto wie, czy nie przed czymś nawet gorszym. Wymyśliłam bowiem mój prywatny „uniforme de seguridad” (uniform bezpieczeństwa). Zasłaniam szczelnie włosy chustką, a nogi obszernymi spodniami, które dostałam  od Siostry na urodziny.

Uniform powstał na okoliczność mojego samotnego wieczornego wyjścia. Umówiłam się z Domem i z jego znajomymi na wyjście do punkowego, zdaniem Doma, klubu. Klub nazywa się Uta i jest oazą wszelkich meksykańskich freaków (dlaczego ciągle używam tego angielskiego słowa, gdy w polskim mamy takie piękne słowo jak „dziwoląg”?!). I to pięknych dziwolągów, barwnych, takich jakich w Polsce nie mamy, chyba że to Castle Party i wtedy przyjedzie zasilić nasz kraj w dziwolągi jakiś cybergoth z Niemiec. Kolorowe włosy, białe szkła kontaktowe, tatuaże na twarzy, koturny, skóry, lateksy, łańcuchy, niezidentyfikowane tożsamości płciowe. I to wszystko w meksykańskim wydaniu, co wygląda nader mrocznie, szczególnie w niebieskim, ultrafioletowym świetle, które oświetla klub. Klub jest ogromny, ma cztery parkiety i jest szczelnie wypełniony tłumem, który tańczy już tłocznie już o godzinie dziewiętnastej!

Miałam sama tego dnia wracać do domu metrem, a Ela powiedziała, że jest to bezpieczne tylko do pewnej godziny. Dostałam więc od Eli swego rodzaju „curfew”, wyznaczoną godzinę, o której mam wrócić do domu. Nie różniłam się tym zbytnio od reszty Meksykanek. Erica, dziewczyna, która była z nami, cieszyła się, że tym razem ma czas do północy, bo ostatnio miała czas tylko do dwudziestej trzeciej. Dziewczyna miała na oko około dwudziestu pięciu lat, tatuaż i sprawiała wrażenie wyzwolonej i wyluzowanej. Meksykanie mieszkają z rodzicami bardzo długo. To też sprawia, że uprawiają pokątny seks, w różnych dziwnych mniej lub bardziej ustronnych miejscach. 

Wracając jednak do tematu. Dom i Juan odprowadzili mnie na metro po dziesiątej. A ja w środku siebie trzęsłam się ze strachu. Ale okazało się, że nie dość, że metro o tej porze jest pełne ludzi, w tym podróżujących samotnie dziewczyn i to ubranych bynajmniej nie w uniformy, to jeszcze spotkała mnie najprzyjemniejsza droga do domu ever. Wszystko zaczęło się od tego, że powiedziałam „Salud”, gdy staruszek obok mnie kichnął. On zachwycony zaczął zachwycać się Eleną Poniatowską (meksykańską pisarką polskiego pochodzenia), śmiać się do upadłego z mojego ruchomego smoka na pierścionku, całować mnie po rękach, przestawiać mnie całemu wagonowi, narzekać na sytuację narkotykową w kraju (na co cały tłum kiwał głowami i mówił: „tak niestety jest” niczym Murzyni na mszy z charyzmatycznym pokrzykującym pastorem). Gdy wysiedliśmy z wagonu, staruszek zagadał do ekipy klaunów (co robiła ekipa klaunów w nocy w metrze w Meksyku, już zupełnie mnie wtedy nie zastanawiało), a oni w mig zaczęli wyciągać dziadkowi wstążki z głowy, uszu, nosa, a mnie dawać zaczarowane kwiaty, które brały się z nikąd. Metro, którego się tak bałam, zamieniło się w chatkę z piernika, domek Muminków, cukierkową górę. Takie rzeczy możliwe są chyba tylko w Meksyku. W Mexico Magico.

Muszę powiedzieć kolejny raz: Ufffff. Ale tak, Meksyku, jestem gotowa na więcej!

1 komentarz:

  1. Taką farbowaną blondynką jak Ty może być każda ciemnowłosa Meksykanka...

    OdpowiedzUsuń