piątek, 15 marca 2013

Lazy life killed my cowboy

Jak wstajesz rano, to chce ci się robić tysiąc rzeczy - powiedział moim znajomym mieszkający w Puerto Escondido Estończyk - możesz jechać na drugi koniec świata. Możesz nauczyć się żonglować. Możesz napisać książkę swojego życia. Tyle możliwości, że aż trudno się zdecydować. No więc ja wstaję rano, zapalam jointa i już nie mam tego problemu. Po prostu nic mi się nie chce, więc nic nie robię. U mnie było podobnie, tyle że bez udziału jointów. Plaża wypiera z energii podobnie jak marihuana. Spędziłam osiem dni na wybrzeżu Oaxaci i na koniec nie chciało mi się nawet ruszyć małym palcem u nogi.



Mieszkaliśmy w Mazunte, totalnie shipisiałym miasteczku, gdzie nikt nie ma pieniędzy, więc wszyscy handlują ręcznie robioną biżuterią, ubraniami czy jedzeniem ergo nikt tego nie kupuje, bo nikt nie ma pieniędzy, więc. Wczułam się tu doskonale w rolę miejscowego hipisa i korzystałam z licznych przywilejów bycia gruppie: mieszkałam, jadłam i piłam za darmo. A wszystko dosłownie na plaży. Jak człowiek przestaje myśleć o pieniądzach, to przestaje myśleć w ogóle. Relaks to idealny po warszawskiej harówce, ale IQ leci na łeb na szyję. Żeby więc nie podupaść na kondycji intelektualnej, umilaliśmy sobie czas grą w loterię (wym. loteriję).

Loteria to najbardziej chyba reprezentatywna gra w Meksyku. Oryginalnie loteria pochodzi z XV wieku i z Włoch, ale w XVIII wieku została przywieziona do Meksyku i Meksykanie wzięli ją jak swoją. Na początku grywały w nią tylko klasy wyższe, ale podczas wojny o niepodległość (1810 - 1821) uprzyjemniała czas wolny żołnierzom. Jako że pochodzili oni z różnych rejonów kraju, po powrocie do domu rozwieźli oni loterię po całym Meksyku, czyniąc z niej dobro narodowe. Loteria w swej konstrukcji przypomina bingo, tyle że jest więcej kombinacji czwórek (nie tylko linie, ale i małe kwadraty) i zamiast numerów są symbole. Tradycyjnie wyglądają one tak:


(Fot. Wiki)

Ja jednak zaopatrzyłam się w wersje edukacyjne loterii, z których jedna uczyła nas hiszpańskich czasowników, a druga meksykańskich owoców.

Tradycyjnie gra się frijolami czyli nasionami fasoli.


Gra, jak możecie zauważyć, działa w dwie strony: może uczyć angielskiego (jak meksykańskiego Aarona - po lewo) albo hiszpańskiego (jak amerykańskiego Aarona - po prawo).


Poza rozrywkami dla umysłu były także rozrywki dla ciała. Takie jak wycieczki do pobliskiego Zipolite, które słynie z plaż nudystów. Mój znajomy Jose Luis miał tu wiele lat temu knajpę na plaży. Mówił, że przez 13 lat nie założył gaci. W końcu jednak poznał swoją żoną i jakoś musiał się przedstawić teściom. Jednego dnia wybraliśmy się też odkrywać nasze wewnętrzne dzieci -  pływałam z ogromnymi żółwiami i widziałam mijające się wieloryby. Byliśmy także na jednym koncercie w Puerto Escondido, czyli mecce surferów. Tu zatrzymaliśmy się u jedynego mieszkającego tu Polaka. Marcin mieszka tu od ośmiu lat i jest instruktorem surfingu. Własnymi rękami postawił tutaj też nie lada chałupę.


U Marcina kręcono też dokument o surfingu "El sueno":



Taki humorek lokalny ("Punta Cometa" to miejscowy punkt widokowy)

Zdjęcie z Zipolite, które przejdzie przez cenzurę. W Zipolite natknęliśmy się na też na przetrafną nazwę knajpy "Nice place on the beach". Z dopiskiem "A place to do nothing".

1 komentarz: