sobota, 30 marca 2013

Tiburon i miłości w mieście turystów

Jestem w San Cristobal, a kiedy jestem w San Cristobal, prowadzę żywot osiadły. Osiadły żywot tym się różni od podróżowania, że rzadziej pisze się bloga oraz tym, że widzi się wszystko głębiej i dokładniej. Szczególnie, gdy spędza się trzeci miesiąc w przeciągu półtora roku w tym małym miasteczku o wielkości prześcieradła. Tu wszyscy wiedzą wszystko o wszystkich. Jeśli do twojego pokoju rano wleci mucha, to każdy zna jej płeć i relacje rodzinne. Tu każdy wie także, z kim się prześpisz, zanim sam się na to zdecydujesz.

Nie byłabym sobą, gdybym nie doświadczyła tego na własnej, szakirnej skórze. To był mój pierwszy Meksyk i moje pierwsze San Cristobal, nie wiedziałam więc jeszcze, że nie ukryje się faktu, że całuje się po zamknięciu klubu z barmanem, mimo że nie ma już tam nikogo z moich znajomych i że całość odbywa się w schowku na szczotki albo na innym odosobnionym dachu. Budzę się rano szczęśliwa, że udało mi się wyprać moje małe brudy w tajemnicy, kiedy dostaję telefon. To Jose Luis, który pyta, co robię wieczorem. Odpowiadam, że pewnie Pura Vida. A no tak, masz tam chłopaka - mówi Jose Luis, którego swoją drogą w tym klubie ubiegłego wieczora w ogóle nie było. Podobnie jak nikogo z naszych wspólnych znajomych.


San Cristobal tak łatwo też nie zapomina. Kilka dni temu podeszła do mnie tutaj dziewczyna. Powiedziała, że pamięta mnie stąd sprzed półtora roku. Że Mario, że Pura Vida i że ona jest teraz z innym barmanem z tego legendarnego lokalu. Sorry, że pytam tak wprost, no ale chciałabym wiedzieć - wystrzeliła ni z gruchy, ni z pietruchy zaraz na początku rozmowy - Ale czy z moim chłopakiem też spałaś?. Nie - roześmiałam się. Poważnie? Nie ma problemu, możesz mi powiedzieć - nie dawała za wygraną. Przecież, gdybym z nim spała, to byś dawno o tym wiedziała. Podobnie jak całe San Cristobal - odpowiedziałam. Podobnie jak całe San Cristobal wie, że twój chłopiec ma małego ptaszka - chciałam dodać, ale mam jeszcze to swoje polskie wyczucie sytuacji. Sytuacja jednak ma się tak, że nieszczęśnik poważnie ma małego i nie stanowi to w miasteczku żadnej tajemnicy.

No ale mówiliśmy o tym, że widzi się tu wszystko głębiej i dokładniej. Tak, San Cris to doskonałe studium zachowań społecznych. Studium pt. "Szukanie miłości w mieście turystów". Najbardziej reprezentatywnym osobnikiem do badań jest tutaj tzw. TIBURON, czyli nasz polski rekin. Tiburony to w skrócie miejscowe chłopaki, które polują na dziewczęta w celu uskutecznienia ONS (ONS = one night stand = przygodny, jednorazowy numerek). W San Cris się wie, kto jest tiburon, a kto nie. W rytm piosenki "Tiburon, tiburon" ostrzegam przed nimi nowoprzybyłe hostelowe dziewczęta, żeby wiedziały, w co się pakują i że to niekoniecznie będzie miłość ich życia. O dziwo, dziewczątom jednak często w takiego tiburona graj. Summerlovin bez zobowiązań, no love no cry. Za dwa dni i tak stąd wyjedzie, a tak sobie wyjedzie z miłym wspomnieniem na serduszku.

No ale biedny tiburon tu sobie zostanie. I co kilka dni ma takie summerlovin. Miłych wspomnień na serduszku na pęczki, ale opinia zszargana niczym wóz gnojówki. Część tiburonów walczy z tą opinią, unika nazywania spraw po imieniu i zachęca, żebym była ich "one week girlfriend", ale część otwarcie mówi o tym, że tiburonami są i noszą się z tym z dumą. "Tiburon" jest terminem mocno lokalnym, w Deefe nikt nie wie, kto zacz. W Deefe tiburona zwie się "zorro" (lis). Dziewczęca odmiana to "zorra", co znaczy mniej więcej tyle co nasza swojska dziwka. I podobnie jak u nas, jak ktoś cię nazwie "zorra" to wypada dać mu w twarz, ale równie dobrze możesz  prowokacyjnie sama tak siebie nazywać i nosić to jak tarczę. "Zorro" to w Deefe taki trochę styl życia wśród moich rówieśników. 90% ludzi w moim wieku nie ma stałych partnerów, a jak już ma to często nie na długo. Deefe to także bowiem aż 70% rozwodów. Tłumaczę to sobie tym, że Meksykanie nie boją się podążać za swoimi namiętnościami, ale to bardzo bolesne tłumaczenie.


Ta piosenka jest o rybim tiburonie, ale idealnie służy do nucenia, gdy chce się dać znać koleżance, że ten pan albo inny pan to tiburon.

No ale tiburony to oczywiście tylko lokalna odmiana latino lovera. Tiburony w innych krajach to instytucja bardziej ekonomiczna. Na Karaibach na przykład tiburony polują nie tylko na cnotę turystek, ale także na ich dolary czy euro. Tiburon taki po kilku gorących, palmowych nocach płacze swojej wybrance na przykład, że nie ma na spodnie albo na chorą matkę. Często też, żeby zdobyć łup zaprzęga cały uknuty system znajomych. Tiburon w wymiarze hotelowego boja na przykład w dniu wyjazdu ukochanej odgrywa cwany teatrzyk. Oto szef na oczach wybranki zwalnia go z pracy, bo zadawał się z klientką. Dziewczyna czuje się winna i zostawia mu na pocieszenie kilka jego miesięcznych pensji. Pewna Kanadyjka napisała nawet książkę o swojej wielkiej karaibskiej miłości. Potem okazało się, że sporo młodszy od niej lowelas chciał tylko przerobić ją na kasę. Napisała więc drugą książkę-sprostowanie.

Bracia mojego brazylijskiego hosta Eniego żyli z przerabiania turystek i innych frajerek. Jeden z braci na każdym wspólnym naszym spotkaniu pojawiał się z inną laską. Najmłodszy zaś z braci miał zaś żyłkę biznesmena i ukuł chitri plan. Skąd są wszystkie te dziewczęta? - pomyślał - ze Stanów albo z Europy. Więc zamiast cierpliwie tu na nie czekać, lepiej pojechać do ich gniazda. Jak pomyślał, tak zrobił i pojechał do Europy. Tam jednak na chłopaka czekało jednak rozczarowanie. Summerlovin w codziennym życiu kobiet nie funkcjonowało tak samo jak pod palmą. Całkiem nieźle za to funkcjonowało rozpanoszone po Europie równouprawnienie. I okazało się, że zamiast kokosów na delikwenta czekało płacenie fifti-fifti.

Nasze tiburony z San Cristobal dopiero uczą się ekonomicznego fachu od swoich kolegów z bardziej turystycznych regionów latynoamerykańskiego świata. O ile jeszcze rok temu, gdy byłam tu ostatnio, ONS był szczytem ich zainteresowania, tak teraz rekiny już polują na coś więcej. Okazuje się, że w lokalnych knajpach typu Revolucion czy Madre Tierra kupują dziewczynom piwa z wesołą wkładką, po której budzą się one rano gołe w podrzędnych motelach na przedmieściach bez pieniędzy, dokumentów i bladego pojęcia, co wydarzyło się poprzedniego dnia. Taka sytuacja zdarzyła się jednej dziewczynie od nas z hostelu i w żadnym wypadku śmieszną nie była. Była jednakże wyjątkowo znamienną dla tego, co dzieje się z "miłością w mieście turystów" w czasach podróżniczego boomu. Boję się pomyśleć, jak nasza lokalna miłość i tiburony będą ewoluować dalej. A Wy, dziewczęta, miejcie się na baczności póki co.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz