środa, 10 kwietnia 2013

Moja Semana Santa vol.1

W podróży nic się nie ukryje. W podróży upadają różne mity. W łeb też biorą życiowe prawdy. W tym największa z nich - powszechnie znana prawda, która mówi, że kobiety nie robią kupy. Moja przyjaciółka w zaparte i latami wtłaczała ją do głowy swojemu chłopcu, aż do momentu, kiedy przeprowadzali się razem na irlandzkie saksy. Haha! - ucieszył się - Teraz przekonam się, że robisz kupę. A ona dalej w zaparte, a on w Irlandii pod drzwi łazienki. Haha, - krzyczy, gdy ona opuszcza przybytek - Słyszałem plusk!. Ach, to, to tubka pasty do zębów mi wpadła przypadkiem do muszli - odparła zaradnie moja przyjaciółka i oboje żyli dalej w uroczej prawdzie o tym, że kobiety kupy nie robią. Tak czy siak mnie upadek tej prawdy tak dał w kość, że nie pisałam przez jakiś czas. Dlatego dzisiaj cofamy się do czasów zamierzchłych - mianowicie mojej tu Wielkanocy. Z informacji praktycznych napomknę jednak, że instytucja lekarzy i lekarstw ma się tu świetnie. Przy każdej niemalże aptece siedzi w zamkniętym gabinecie lekarz i z ulicy można wejść i z niego skorzystać. Taka przyjemność jest albo darmowa i mówi po angielsku (jak w San Cris) albo kosztuje 20-25 pesos (5 złociszy). Za pełen komplet lekarstw z antybiotykami włącznie dałam jakieś 12zł. Nic tylko chorować tutaj.

No ale przejdźmy do obiecanych, bardziej przyjemnych tematów. Wielkanoc. Meksyk nie świętuje "Wielkanocy" jako takiej (la Pasqua), ale cały Wielki Tydzień (Semana Santa). A nawet więcej niż to, bo tu świętuje się tak długo, jak długo ma się wolne, a wolne ma się dwa tygodnie. Meksykanie zaś zamiast malować jaja, owijać czekoladowe zające w sreberka i oblepiać miasta klimatycznymi świątecznymi reklamami wolą spędzić swój spring break na bliższych lub dalszych wypadach. I zamiast poświęcić jaja, poświęcają się zapychaniu plaż, ruin i naszego hostelu w San Cristobal.  Specjalnie na Semana Santa podnieśliśmy ceny w hostelu. I tak na przykład za normalne łóżko warte 80 pesos w Wielki Tydzień płaciło się 110 pesos. San Cristobal pękało w szwach, a nasz hostel miał nagle mniej miejsc niż rezerwacji na ten tydzień. Gdy Semana Santa prysła, pryśli też z San Cris ludzie. Świąteczna niedziela wieczór była na ulicach miasteczka tak pusta i senna, że pomyślałbyś, że pokazują w telewizji mecz meksykańskiej reprezentacji.

Owszem, Chrystus umarł, a potem zmartwychwstał. Droga krzyżowa, owszem (zob. Iztapalapa!), ale o poście nikt nie słyszał, a w niedzielę całe miasteczko udało się zgodnie na walki byków. Ja część świąt spędziłam po meksykańsku, część po polsku, część po żydowsku, a część po włosku. W pierwszym wpisie część meksykańska, internacjonalizmy w następnym. Najlepiej o wszystkim opowiedzą fotki, które za chwilę nastąpią:


W Wielki Poniedziałek ruszyliśmy po meksykańsku w podróż do najbardziej turystycznego miejsca w okolicy - do dumnych murów Palenque. Byłam tam już za moim pierwszym Meksykiem, teraz jednak wypad był trzydniowy i miał przynieść nowe doświadczenia w dżunglę, a nie tylko w ruiny. A tak po prawdzie to był kolejny wyjazd w trasę koncertową. Tym razem z kanadyjską grupą Compassion Gorilla. Bycie gruppie to mój nowy sposób podróżowania, który powinnam opatentować, bo mi za chwilę hipstery zabiorą jako swój. O ile poprzednio spałam, jadłam i piłam za darmo, tak teraz jeszcze pojechałam tam zupełnie za darmo i to jeszcze przeklimatycznym vanem Kanadyjczyków z pełną przygód kierownicą z prawej strony.

Zamiast ruin Palenque zobaczyłam tym razem ruiny pobliskiej Toniny. Mniej zatłoczone, a do tego pełne podziemnych korytarzy. Wchodzisz pod ziemię, hyc hyc i wychodzisz z drugiej strony ruin. Lepszy Indiana Jones lub Lara Croft. W jednym z korytarzy wpadające przez szczelinę słońce tak pada przez Ciebie na ścianę, że Twój cień wydaje się być cieniem kościotrupa. Normalnie zero brzucha, radocha po pachi.



Mieszkaliśmy w El Panchan czyli Jungle Experience, Raju dla Backpackersów. El Panchan to sztucznie utworzone miasteczko kwater do spania, knajp i sklepików, które wyrosło tuż przy bramie do parku narodowego. To oczywiście najlepszy punkt wypadowy do pieszych wycieczek w dżunglę, no i rzeczone jungle experience, bo idziesz spać pod dachem z palmy, a za oknem drą Ci się małpy. No i idealne miejsce, by wstać skoro świt i podbijać dżunglę. Co też uczyniliśmy.

 
                                                                     Poranny prysznic.

Żeby nie wędrować jak głupki po lesie bez celu, postanowiliśmy znaleźć Zapomnianą Świątynię, o której opowiadał nam znajomy Tom. Jako że takim wyprawom trzeba mapy, bo bez mapy to jesteśmy na kampanii księżycowej, przygotował nam ów Tom również mapę:


Nie mogliśmy się sami mapie, sobie i przepastnej dżungli nadziwić, że Świątynię udało nam się znaleźć. Szczególnie, że dzień wcześniej ta sztuka nie udała się czworgu młodym, jurnym Kanadyjczykom.


Gorzej było z powrotem, bo jesteśmy zbyt żądni przygód, żeby wracać tą samą drogą. Ścieżka nagle zamieniła nam się w potok, a potem przepadła w palmy. Obraliśmy jednak azymut na dom (z palmowych liści) i w końcu wypadliśmy na parking przyruinny w Palenque. Wypadliśmy ze środka dżungli, gdzie z człekokształtnych tylko my i małpy przez kilka godzin. W sam środek tłumów, które zalewają każdego dnia Palenque, a w Semana Santa zalewają w większej jeszcze obfitości. Wypadam jako pierwsza z tej dżungli prosto w ramiona strażników. Przystaję, kręci mi się w głowie, przecieram oczy z kulturowego szoku. Widziałaś małpy? - pytają. Nie, ale słyszałam - odpowiadam - robiły tak. Po czym zaczynam wydawać z siebie przeraźliwe małpie dźwięki. A nie tak? - mówi strażnik i zaczyna wydawać inne małpie dźwięki. A może tak? - mówi inny i dalej w swoje dźwięki. A ja, że nie, bo tak. I stoimy we trójkę i wydajemy nieprzerwanie różnie małpie dźwięki. Wtedy wypada na nas z dżungli Aaron. Patrzy na nas i on już nie przeżywa kulturowego szoku.  Bierze mnie za rękę i idziemy do domu z palmowych liści.




A i młodzi, jurni Kanadyjczycy to świetne sztamaki. Zwą się Chris (gitara), Shulder (trąbka), Daniel (puzon) i Julie (akordeon). Pojawią się jeszcze na łamach tego bloga, bo gruppie travelling staje się tak nieodłączną częścią mnie jak moje blade loki. A tutaj wykres, który przedstawia zależność ilości zjedzonych quesadilli do poziomu niedorzecznośći tego czynu:





1 komentarz:

  1. piękna notatka, piękna przygoda! Oczywiście, mapa i wykres, pierwsza klasa, bez takich ani rusz, ani rusz też wracać do domu bez rzeczonych pamiątek.

    Jako naczelna hipsterka na misji zagranicznej, muszę przyznać rację, co do gruppie travelling: bardzo przyjemny rodzaj wycieczek! Must done każdej drifterki!

    Słodki buziak z Drezna, Marysia

    OdpowiedzUsuń