środa, 19 czerwca 2013

Nie wszystek wyjadę

 Zakończyłam trzeci sezon mojej meksykańskiej telenoweli. Jesteśmy w Brukseli. Okazało się, że po czterech miesiącach nie da się tak po prostu wyjechać z Meksyku. Chcieliśmy kulturalnie pobawić się tu w turystów i zaznać trochę Belgii, pierwszy raz w życiu. Ale okazało się, że się nie da. Zatrzymaliśmy się tu u znajomych znajomej, a oni zabrali nas na koncert. Koncert okazał się koncertem Walta. Walt w tym samym czasie gra na akordeonie, trąbce, perkusji oraz śpiewa i... ostatnio widziałam jego koncert dokładnie tej nocy, gdy poznałam Aarona. Grał przed nim support. Było to dokładnie 4 miesiące temu, w Deefe, na mojej imprezie powitalnej.



Ledwo co wyszliśmy z klubu, a usłyszeliśmy po hiszpańsku: Patrzcie, to ta para z samolotu, z vihuelą i gitarronem! Okazało się, że to orkiestra mariachich, z którymi przylecieliśmy z Meksyku tym samym samolotem. To musiało skończyć się dzikim bansem. Spędziliśmy z nimi cały wieczór. Mexico Magico opanowało Brukselę!


I wideo z dzisiaj:


Rzeczony wspólny lot z mariachimi, to lot relacji Cancun-Bruksela, znany wszystkim fanom podróży do Meksyku. Na last minute można dostać go za 150 euro w jedną stronę. A rzadko można znaleźć cokolwiek do Meksyku w jedną stronę, co trzeba dodać. Jeśli już jesteśmy przy poradach o podobnych lotach, to sprawdzajcie też regularnie Pullmantur Air, mają loty za 99 euro z Madrytu (142 z opłatami). Belgijskim dobroczyńcą jest zaś Jet Air Fly. Jednak nie tylko ze względu na cenę. Belgijski przewoźnik obdarował nas także w inny sposób, no ale po kolei. Ostatni dzień był totalnie szalony i dłuuuuugi.

CANCUN

godz. 7.00-10.30 czasu meksykańskiego, 14:00 - 17:30 czasu polskiego
Ola pracuje onlinem. W międzyczasie załatwia z rodzeństwem, żeby podali jej numer karty kredytowej. Moja karta zaginęła dwa miesiące temu i od tego czasu przerabiam inne sposoby wypłacania pieniędzy z konta.Teraz wyczytaliśmy, że mogą chcieć od nas na lotnisku pieniądze za opuszczenie kraju.
Aaron załatwia ostatnie formalności, w tym nasz nocleg w Brukseli

godz. 11:00 MX, 18:00 PL
dzień wcześniej w środku nocy w drodze na plażę okazało się, że mamy flaka w rowerze, Aaron pędzi więc do Mechanika Rowerowego, żeby go załatać
Ola idzie wydrukować wszystkie papiery potrzebne na wyjazd, co nie jest łatwe. Przy włożeniu penrive'a do lokalnego kompa, komp się zawiesza, co pan w kserze interpretuje jako wirus. I to nie tylko wirus pendrive'a, ale też i mój. Bo dosłownie wypędza mnie z punktu.

godz. 12:30 MX, 19:30 PL
Aaron bez zegarka wraca od Mechanika Rowerowego. Mechanik Rowerowy mówi płynnym angielskim, bo ma żonę Amerykankę. Rząd USA jednak nie docenił tej miłości i wyrzucił go z kraju. Żona spędza więc z nim w Cancun dwa miesiące każdego roku. Siedzi w jego warsztacie i godzinami w milczeniu wpatruje się w pracę męża.
Ola pakuje liczne manatki i wraz z taksówkarzem przewozi graty na dworzec autobusowy.

godz. 13:30 MX, 20:30 PL
Ola załatwia z autobusem, żeby można było przewieźć na lotnisko nierozczłonkowany rower.
Aaron załatwia karton na pudełko na rower, w ostatnim momencie jak McGyver zajeżdża na stację

godz. 14:00 - 15:00 MX, 21:00 - 22:00 PL
lotnisko
Ola załatwia formalności migracyjne. Jeśli w międzyczasie wyjeżdżacie z Meksyku drogą lądową, to musicie zapłacić za wyjazd z Meksyku 295 pesos. Wyskok do Gwatemali to więc w sumie prawie 600 pesos od łebka. Doliczcie sobie także godzinne stanie w kolejce do banku. Okazuje się, że nie można płacić kartą kredytową. Wydajemy więc resztę pesos i nieliczne euro, które mamy. Zostaje nam 8,5 euro na 3 dni w Brukseli.
Aaron rozczłonkowuje rower i składa na niego pudełko z części.

godz. 15:15 - 15:45 MX, 22:15-22:45 PL
Na check-inie okazuje się, że mamy o trzy manatki za dużo, za dużo o 32 kilo i za dużo o trzy instrumenty muzyczne. Wszystko oprócz 7 kilo nadbagażu przechodzi za darmo. Gigantyczny rower Aarona także. Błogosławiony Jet Air Fly.

godz. 16:00 MX, 23:00 PL
W ostatniej chwili wpadamy do samolotu.

godz. 2:30 MX, 9:30 PL
lądujemy w Brukseli, przez dziewięć godzin lotu nie udaje nam się zmrużyć oka

BRUKSELA
godz. 10:00 - 12:00 PL
Aaron składa rower i przywiązuje do niego manatki
Ola prosi Belgów o wysłanie smsa do naszej dobrodziejki Mayu, która załatwia nam nocleg

godz. 13:00
władowujemy się i rower do pociągu, który ma nas zawieźć na spotkanie z Mayu. Ani my ani rower biletu nie posiadamy, bo kosztuje 15 euro za dwie osoby (my mamy 8,5). Kontroler tylko pyta, dokąd zamierzamy ten rower zabrać. Na Nord Station - odpowiadamy. A to ok  - mówi kontroler i sprawdza bilety pozostałym. W pociągu poznajemy dwójkę podróżników, którzy też byli w Meksyku. Pomagają nam z wyładowaniem roweru z pociągu.

godz. 14:00
Nord Station. Zdajemy sobie sprawę, jak trudne jest życie niepełnosprawnych. Z peronu nie ma windy. A rower jest za ciężki z manatkami, żeby znieść go ze schodów. Na szczęście na ochotnika do pomocy zgłaszają się okoliczni osiłkowie. Spotykamy Mayu, która mówi nam, że do naszego noclegu - Nico to jeszcze spory kawałek i musimy jeszcze wziąć metro.

godz. 14:00 - 16:00
Przeprawa przez miasto. Jedna stacja nie ma windy, więc idziemy do kolejnej. Ale z tej mamy niekorzystną przesiadkę. Ruszamy więc do jeszcze następnej. Ta na szczęście ma windę. Za to nie ma jej stacja końcowa. Uczymy więc rower jeździć po schodach ruchomych. Jednak pojawia się problem z przeprowadzeniem go przez bramki od metra. Jest za duży, żeby przeszedł przez śluzę rowerową. Drzwi końcowe muszą zamknąć się, żeby otworzyły się kolejne. Męczymy się przez 20 minut. W końcu na stację wpadają młodzi rzezimieszkowie, którzy uruchamiają alarm. Wtedy wszystkie bramki otwierają się. Oni jadą metrem za darmo, my możemy przejść przez bramki z rowerem bez problemu.

Cały ten dzień w Brukseli kosztował nas 2 euro. Za cztery piwa w sklepie wieczorem. Od 16:00 znowu pracowałam.  A po wszystkim poczyniłam ten wpis. Jesteśmy z valyriańskiej stali. Aaron mówi, żeby zawsze wymagać od życia więcej niż wydaje się nam chcieć ofiarować. Życie to genialna rzecz. Piwo temu, kto je wymyślił.




Rzeczone 2 euro + Mayu i Nico.


Jak widzicie, to że wróciliśmy, wcale nie oznacza, że opuszczamy Mexico Magico. Przez te 4 miesiące tyle się wydarzyło, że będę to opisywać przez kolejne 8. A już w listopadzie planujemy kolejny Meksyk. Póki co w niedzielę bawimy się na mojej imprezie powitalnej. Zapraszam wszystkich, nie tylko tych, których poznałam w realu. 23 czerwca, Ceylon Bazaar na terenie Wytwórni Wódek Koneser, warszawska Praga, 14:00 - 19:00. Będą slajdy, meksykańskie trunki, gry, zabawy i kolorowanki dla dzieci małych i dużych. Do zobaczenia na offlinie!

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz