sobota, 30 listopada 2013

Jungle Experience All Inclusive (8 przygód, 8 porad)

Mamy tu wszystko - każdy Meksykanin jest dumny ze swojego kraju - Mamy tu pustynie, góry, ocean i wulkany, puszcze tropikalne - wymieniają, a wymieniankom nie ma końca. Bo w Meksyku naprawdę można znaleźć reprezentantów wszystkich atrakcyjnych form naturalnych. No może poza mazowieckimi wierzbami i sitowiem ;) Dzisiaj więc przeniesiemy się w jedno z tych meksykańskich miejsc - w sam środek meksykańskiego lasu tropikalnego. Biura podróży oferują "jungle experience" w pakiecie all inclusive, ja zaś doradzę Wam, jak zapewnić sobie tropikalną przygodę a la Indiana Jones własnym sumptem.

Do Palenque podczas podróży po Meksyku trafia się prędzej czy później. Miasteczko znane z majowskich ruin, gdzie ponoć wynaleziono koniec świata 2012, leży bowiem w idealnej przerwie przystankowej między chłodem San Cristobal de las Casas a turkusową wodą półwyspu Jukatan. Chcąc nie chcąc trafiłam więc do Palenque już po raz trzeci. Wszystko za sprawą wyprawy, którą nastoletnia Ola wyśniła sobie, bo naczytała się za dużo Kerouaca i innych powieści drogi. Trasa koncertowa, stary amerykański autobus szkolny, odpicowany tak, że w środku wygodnie może spać 8 osób. W środku Włosi, Amerykanin, Nikaraguanka i Polka (jo!), cygańska muzyka, a za oknem krowy, dzieci, owce, drewniane chatki i cała reszta meksykańskiego stanu Chiapas. Ahoj przygodo!



Przygody rozdział pierwszy: O tym, jak 190 kilometrów oznacza 10 godzin drogi

Gdy zapytacie Googlemapsa, jak daleko jest z San Cristobal do Palenque, to ten Wam powie, że to 190 kilometrów. 190 kilometrów - w zaskakujący nawet dla Polaków sposób - przelicza się na 5 godzin drogi normalnym środkiem transportu i bez zakłóceń. W naszym przypadku było to 10 godzin i to rozbitych na dwa dni. Jaki to dziwny matematyczny wzór tak dziwnie przelicza kilometry na godziny? A więc pomnóżcie sobie te kilometry przez wąskie, górskie, pełne urwistych zakrętów drogi. Dodajcie do tego zerwane jezdnie, które wraz z fragmentami skał i drzewami po deszczu spadły sobie w najlepsze z gór w doliny. Wszystko obróćcie jeszcze do potęgi krów, które całymi stadami urządzają sobie pogawędki akurat na środku przelotówki. No i nie zapomnijcie, że poza nawiasem jest jeszcze duży mnożnik w postaci zapatystów. W ramach protestu od czasu do czasu blokują gałęziami drogi. Przejechać można za 20-30 pesos, które idą na walkę z wyzyskiem lokalnej ludności.

Rada Synowca: Nie spieszcie się! Zatrzymajcie się na obiad w drewnianym przydrożnym barku i pogadajcie z małymi dziewczynkami, które tam sprzedają. Takiego consome z barbacoą (rosołu z baraniną zeń wyjętą) nie jadłam nigdy i nigdzie! Poza krowami, zapatystami i niebezpiecznymi zakrętami (hiszp. curva peligrosa) po drodze Indianki sprzedają rękodzieło, w tym przepiękne haftowane ręcznie bluzki. Warto też wstąpić do zapatystowskiej wioski albo odwiedzić jakieś ruiny po drodze (np. Toninę, tam też jest hipisowski kamp). Nie bójcie się, jeśli noc zastanie Was pośrodku niczego. Droga jest zbyt niebezpieczna, żeby jechać po ciemnicy, a przecież za rogiem czai się przygoda. My wylądowaliśmy na przykład na noc w Agua Azul. Za oknem autobusu szumiał nam wodospad, a cała wioska starała zająć strudzonymi, zbłądzonymi wędrowcami w śmiesznym autobusie. O Agua Azul warto zahaczyć też. I o wodospad Misol-Ha.


wioska zapatystowska


Przygody rozdział drugi: O tym, że gdy jedziesz do Palenque, wcale nie jedziesz do Palenque

Miasteczko Palenque liczy 100 tysięcy mieszkańców i jest najbiedniejszym miastem najbiedniejszego stanu w Meksyku, jakim jest Chiapas. Nie jest ono Waszą turystyczną destynacją. Tutaj wysiądziecie na stacji, zjecie tani obiad i pojedziecie do właściwego celu. Cel nazywa się el Panchan i jest sztucznie narosłą osadą na okoliczność turystów zmierzających do ruin. Takich miejscowości o genezie turystycznej jest w Meksyku, jak i na całym świecie sporo. Jak źle by geneza jego powstania nie brzmiała, to el Panchan jest miejscem urokliwym. Żadnych nieczułych cegieł, wszystko z drewna i palmowych liści, pięknie podświetlone lampeczkami. Nad głowami drą nam się małpy, których nie od paradejki nazwa gatunkowa brzmi wyjec. Wcale nie jest też aż tak drogo (piwko 25 pesos, pizza 80, norma meksykańska).

Rada Synowca: Za każdym razem, gdy próbujecie główną drogą dostać się z el Panchan do lasu tudzież ruin, to kasują Was 25 pesos (6,5 zł). Zamiast więc paradować główną drogą jak na deptaku w Zakopanem zadajcie sobie trudu i przygody na ominięcie "bramki" lasem. Jest jedna droga, która biegnie prosto z el Panchanu w kierunku ruin, a potem odbija w prawo - na główną szosę. Poszukajcie, popytajcie albo zapytajcie mnie o rozrysowanie prowizorycznej mapki.


Tak wygląda człowiek, który jest dumny po ominięciu bramki.
Dumny jest również, bo ma buty-kowbojki, o których zawsze marzył.
Takie jak ma Mój Tato <3 Teraz już nikt nie będzie miał wątpliwości, czyją córką jestem.


Przygody rozdział trzeci: O tym, że gdy wynajmujesz cabanię dla dwóch osób, tak naprawdę mieszkajcie co najmniej w dziesiątkę

Jeśli chcecie prawdziwego Jungle Experience, to koniecznie zdecydujcie się na cabanię. Cabania to po meksykańsku chatka, najczęściej drewniana i pokryta palmowymi liśćmi. No bo jak inaczej wyobrazić sobie przygodę w lesie tropikalnym? Taka przyjemność jest dość tania. Za taki home sweet home 20 minut piechotkę w las od el Panchanu zapłaciliśmy 100 pesos (25zł) za dwójkę i 70 pesos za cabanię dla jednej osoby (namiot wychodzi jeszcze taniej). Ta "dwójka" i "jedynka" jest dość względna, bo w gratisie dostaliśmy się jeszcze w przydziale na jedną cabanię jednego tarantulę na noc + około 10 tańczących po suficie gekonów. Do podziału był jeszcze wąż w łazience, posuny w ogródku i iguana w kuchni polowej. No i baraszkujące w koronach drzew wyjce.

Rada Synowca: Nie zabijajcie tarantuli! Ten tarantula nie jest jadowity, a ugryzienie boli jak ukąszenie pszczoły. Poza tym jest wyjątkowym pacyfistą, agresywność 1. Gryzie tylko, jak mu każą. My zabiliśmy dwóch tarantulów jednej nocy (dwóch uszło z życiem) i dostaliśmy za swoje. Pamiętacie starą ludową prawdę, że jak zabijesz pająka, to będzie deszcz?  Skoro z polskiego, małego pająka jest deszcz, to z dużego tarantuli jest ulewa. My zabiliśmy dwóch, więc następnego dnia było urwanie chmury. Takie urwanie chmury, że w el Panchan wody było po kolana. Weronika, kolejna dziewczyna, którą poznałam przez tego bloga, straciła w ulewie buty trekkingowe, kostium i całą bieliznę, która wisi teraz pewnie po okolicznych palmach. Strumień deszczowej wody wdarł się jej do pokoju, się nie bał i zabrał. Inne dziewczyny obudziły się na własnych łóżkach w przybytku Jungle Palace, gdy już były prawie całe pod wodą. Wystraszone otworzyły drzwi, by wygonić wodę na zewnątrz. Wyszła sobie, ale zabrała także ich dobytek. Straciły wszystko, łącznie z komputerami i aparatami. My w naszym el Michol wyszliśmy z ulewy suchą nogą, a o stratach dowiedzieliśmy się następnego dnia.

To ten pan, a raczej jego zgon są odpowiedzialni za ulewę.


Przygody rozdział czwarty: O tym, że kupowanie gotowej pizzy od Don Mucho jest nudne, lepiej żywić się lasem tropikalnym

Mimo że pizza od Don Mucho (najbardziej znanej knajpy w el Panchan) jest dość tania, nie jest wcale przygodowa. O ile fajniej pogadać z okolicznymi chłopakami lub gospodarzem, który podpowie nam co z lasu można przynieść i zjeść. My mieliśmy w ramach pakietu Jungle Experience polową kuchnię na stanie, gdzie paliliśmy przyniesionym z lasu drewnem. Nauczyliśmy się przyrządzać panoszące się po ziemi warzywa o uroczej nazwie malanga. Las kryje też mnóstwo ziół leczniczych i innych roślinno-zwierzęcych ciekawostek. Nam pokazał to wszystko za darmo Feliciano, nowy kolega Manueli, z którą podróżujemy, ale tu na pewno nie warto cwaniakować i skąpić pieniędzy na dobrego przewodnika, który oprowadzi nas po tym magicznym świecie.

Rada Synowca: W przewodniku Lonely Planete znajdziecie zdanie "Uwaga. Grzyby, które oferowane są w drodze do ruin, są halucynogenne". Jakże prosta i niecechowana emocjonalnie, czysta i zwięzła informacja! Dobrze wiedzieć, czym jest "magic trip", "wycieczka do magicznej jaskini" albo "magiczne grzyby". Palenque i okolice w swojej obfitości wszystkiego, jest też obfite w owe grzybki. Jeśli interesuje Was ten rodzaj turystyki, to las podzwrotnikowy z całą gamą kolorów i dźwięków jest wprost wyśnionym miejscem na podobne wycieczki. Warto zaznaczyć, że w tradycyjnej kulturze lokalnej grzyby te są głęboko osadzone, a podejście do nich jest zupełnie inne niż podejście dajmy na to sorki Synowiec i komisji do spraw uzależnień wśród młodzieży przy Zespole Szkół numer 1 w Kozienicach, ul. Warszawska 72. Grzybki można kupić od lokalsów, ale najlepiej wybrać się na grzybobranie samemu skoro świt.

Malanga.

Przyrządzanie malangi. Naszym Makłowiczem jest sąsiad, Marco, który osiedlił się tu na dobre.

Koszyki pełne po grzybobraniu.

A tu inne magiczne grzybki, które świecą w ciemności (NIE JEŚĆ).

Przygody rozdział piąty: O tym, że praca na warszawskiej posadce może dostarczyć emocji na drugim końcu świata

 Jeśli Wasza praca nie dostarcza Wam przygód, to wykonujcie ją... z Meksyku. Wtedy przygody macie included. Ja pracuję online i moja zmiana zaczyna się koło meksykańskiej ósmej rano (15:00 w Polsce). Takie poranne pory są bardzo przygodogenne. Dajmy na to, że przyjeżdżasz po nocy do rzeczonego Agua Azul i wszyscy mieszkańcy zapierają się, że jest tu jedno miejsce z netem i otwiera się o siódmej rano. Rankiem jednak okazuje się, że net nie dojechał, a ty babo masz twardy placek do zgryzienia. Jak dotrzeć do warszawskiej pracy, gdy wokół puszcza, a najbliższy net jest najpewniej 60 kilometrów stąd (znacie już wzór, jak sobie to przełożyć na czas). Ot, to jest przygoda!

Rada Synowca: El Panchan to nie niebo pastafarian, którzy wierzą, że po śmierci jest darmowe wifi. Przekładając to na nasze: w el Panchan nie ma darmowego wifi. U Don Mucho możecie sobie kupić płatne wifi i to jest jedyne takie miejsce w całej wiosce. Godzina kosztuje 25 pesos, a wyższe czasowe periody są odpowiednio droższe, wszystko w podobnie niedorzecznych cenach. Jednak - tu psikus - nie inwestujcie w większe internetowe pakiety, bo net na godzinę zazwyczaj działa cały dzień (ale o tym ciii, bo jeszcze naprawią). Jeśli marzy Wam się jednak idealistyczne darmowe wifi, to połączcie to z wycieczką do centrum Palenque. Tam znajdziecie bary z wifi, tak jak pan Bóg przykazał.

(tutaj fotki brak, nie ma nic nudniejszego niż kolejne szare dni w pracy:P)

Przygody rozdział szósty: O tym, jak to jest poczuć się jak Indiana Jones i odkryć jakąś zapomnianą majowską świątynię

Do Palenque przyjeżdża się głównie po ruiny, a nie po Jungle Experience. Ruiny zobaczyć trzeba i najlepiej wyruszyć do nich wczesnym rankiem, by mieć dla nich cały dzień (szczególnie, że zamykają się dość wcześnie). Jeśli przyjdziecie tu dużo wcześniej przed otwarciem, to możecie nawet wejść za darmo, tyle że okrężną drogą i potem bawić się w turystę wraz z całą resztą grup wycieczkowych. Jak to zrobić, zapytajcie cicho i taktownie zaufanych lokalsów albo poproście mnie o narysowanie prowizorycznej mapki.

Rada Synowca: Pobawcie się w Indianę Jonesa i odkryjcie swoją własną świątynię! Wiele z zabudowań majowskiego Palenque nie mieściło się w ścisłym centrum miasta, lubiano postawić sobie na przykład piramidkę na przedmieściach. Owe przedmieścia nie mieszczą się obecnie na terenie płatnego wstępu. Można się do nich udać samemu z pomocą prowizorycznej mapy albo z wynajętym lokalnym przewodnikiem. My skorzystaliśmy raz z mapy rozrysowanej nam przez Toma, znajomego z San Cris. Inne - zasypane i wyglądające jak pagórki piramidy - pokazał nam Feliciano, rzeczony nowy kolega Manueli.

Templo Olvidado - zapomniana świątynia. Zdjęcie z samowyzwalacza.

Jak dojść do Templo Olvidado. Mapa od Toma.


Przygody rozdział siódmy: O tym, że kąpanie się pod prysznicem to już totalny mainstream, teraz w modzie jest poranna toaleta pod wodospadem

Podczas mojego tygodniowego Jungle Experience tylko raz kąpałam się pod normalnym prysznicem. Musiałam umyć włosy, no i podglądał mnie zboczeniec wąż, który wyglądał na jadowitego. Resztę kąpieli odbywałam pod prysznicem z wodospadu. Takich pryszniców tu nie brakuje, każdy może na godzinę, dwie lub dzień skolonizować sobie jakiś "mały", niewinny wodospadzik.

Rada Synowca: Kąpanie się w malowniczym wodospadzie na terenie ruin Palenque jest prawem zakazane. My o tym dowiedzieliśmy się, gdy przyjechała po nas policja. Meksykańscy policjanci mają to do siebie, że wszystko wygląda u nich groźnie oprócz twarzy, która jest łagodniejsza niż u pokornego jagnięcia. Po zakończeniu kąpieli policjant przywitał nas więc szerokim uśmiechem. Uśmiech powiększył mu się jeszcze, gdy zaczęliśmy ulubioną śpiewkę pt. "belleza de la tierra mexicana" traktującą o pięknie jego ojczyzny i o tym, że Meksyk to jest all inclusive i ma las, wodospady, pustynie i wszystko w komplecie. Żeby jednak uniknąć takich pogawędek, warto odwiedzić jeden z licznych dzikich wodospadów. Warto o nie zapytać lokalsów albo poprosić mnie o narysowanie prowizorycznej mapki.




Lepsze niż jacuzzi i wanna z hydromasażem.




Przygody rozdział ósmy: O tym, że lepsza mapa prowizoryczna niż normalna

Zapewne zarejestrowaliście częste w tym tekście propozycje rozrysowania "prowizorycznej mapy". Dlaczego tak upieram się by mapa była właśnie "prowizoryczna"? Oprócz tego, że ogromnie bawi mnie to słowo, to zapewne wiecie, że i z prowizoryczną mapą jest więcej zabawy niż z normalną. Prowizoryczna mapa zakłada przygodę, zawiera białe plamy pt. "tu mieszkają lwy", zawiera możliwość lekkiego pogubienia się, które w stopniu lekkim jest jak najbardziej wskazane. Prowizoryczna mapa to także maksimum satysfakcji i +10 do samooceny, gdy uda nam się z nią dojść tam, gdzie planowaliśmy.

Rada Synowca: Taki las tropikalny to nie rurki z kremem. Mieszkają tam dzikie zwierzęta. Najwięcej szkody mogą nam wyrządzić wężydła, które lubią sobie spływać ze wzgórz wraz z ulewami. Miejcie się więc na baczności, szczególnie po deszczu. Dobrze mieć wysokie buty, a stopy nasmarować wcześniej czosnkiem (wężydła to takie potwory jak wampiry i czosnku się wystrzegają). I uważać na co się staje. Przed każdym włożeniem butów czy ręki do otwartej torby, też warto zerknąć, czy nie czai się tam potwór.


1 komentarz:

  1. muszę poprawić wizytę w Palenque i okolicach z zastosowaniem tych wskazówek,że nie wspomnę o autobusie, choć mój wymarzony jest w Nowej Zelandii;)

    OdpowiedzUsuń