wtorek, 18 marca 2014

Despedida na miarę naszych możliwości

Despedida to po meksykańsku impreza pożegnalna. W Meksyku to także absolutna oczywistość. Już sobie nie wyobrażam swojego życia bez ciągłych despedid. Coś trzeba opuścić, by ruszyć dalej, ale jak już opuszczać to opuszczać z klasą i z przytupem! Meksyk zgotował mi najpiękniejsze z pożegnań - koncert na środku cenotu, życie na ranczo w dżungli, łapanie stopa w 5 osób i jednego psa, uliczną fiestę i obtańczenie połowy miasteczka, klub z meksykańskim striptizem, kilka kolejnych pierwszych razów, no i pewną przypadłość na moim palcu serdecznym. No ale po kolei.


Fot. Misza

Uwaga! Pasikonik nadciąga! Będę w San Cris za pół godziny! - dostałam smsa pośrodku mojej despedidy w San Cristobal de las Casas. Misza dotarł z Mazunte dwa dni po mnie. Cały, zdrowy, pełen przygód, rewelacji i wspólnych szalonych planów na następne dni. Okazało się, że w stopowej drodze powrotnej złapał Javiego - tego samego Hiszpana, z którym wspólnie jechaliśmy do Mazunte. Zupełnie przypadkiem, ponad tydzień później. Co więcej, okazało się, że Javi skuszony przez nas urokami cyrkowymi Mazunte, przyjechał tam dzień później. Świat okazał się tym razem przekornym i nie dał nam się tam z Javim spotkać.  

Misza miał rację. Nasza przygoda w Mazunte to był dopiero początek. Już następnego dnia staliśmy razem na wylotówce z San Cristobal w kierunku na Palenque. Była już jakaś trzecia, za trzy godziny miało się ściemniać, a przed nami było jeszcze 5 godzin krętej drogi. Bo nie po to się żyje, żeby się spieszyć. Despedidę trzeba było scelebrować do samego końca. Pożegnać się ze wszystkimi tiburonami, klubikami, wysoko procentowanymi mezcalami i ulubionymi hitami zimy 2013/14 w Meksyku. Oraz z Anią i Gaworem, dwójką przekozackich Polaków, których poznałam na krótko i intensywnie przed moim wyjazdem z San Cris. Poza tym dzień nie może się udać, jeśli nie scelebruje się odpowiednio śniadania. To taki mój prywatny zwyczaj i ukuta przeze mnie życiowa prawda. Była więc trzecia na wylotówce, a nam nic nie chciało się zatrzymać.

Przed nami była długa droga. Palenque miało być bowiem krótkim przystankiem w drodze do Tulum. Pod Tulum czekało na nas ranczo w środku dżungli. Znajomi Miszy dali mu cynk, że może on tam mieszkać przez miesiąc za darmo i w pokoju montować swój film. Ja z kolei w Tulum miałam czekać na Aarona oraz mój lot powrotny do Europy. W końcu zatrzymał się dla nas chłopaczek z Guadalajary, który jechał prosto do Palenque. Zrobił sobie samotny tygodniowy wypad do stanu Chiapas i wydawało się, że on jeszcze bardziej chciał nas spotkać niż my jego. Po wspólnie spędzonej na rozmowach u pustyniach, dżunglach i innych podróżach mentalnych nocy w Olman Tattoo rano ruszyliśmy w dalszą drogę.

Fot. Misza

Podróżowanie na stopa po Meksyku ma wiele plusów, jednak najbardziej zasadniczy ma na imię pickup. Jest romantycznie, przewiewnie i nie ma ograniczeń ilościowych. Z Palenque wyjechaliśmy w 5 osób, jednego szczeniaka, dwie gitary i w kilka piosenek. Leo, Yeye, Vanessa i Juana Anana jechali właśnie do
Tulum z Gwatemali. W Gwatemali zaś pożegnał ich mój chłopak Aaron, z którym wspólnie spędzali czas grając muzykę i przygotowując pizzę. W Palenque spotkałam ich przypadkiem i na temat ich znajomości z Aaronem dogadaliśmy się również przypadkiem. Ostatnio tak często używam słowa "przypadek", że już trochę przestaję w go wierzyć ;)

Fot. Misza


Juana Anana też jest dzielnym autostopowiczem.
Bo kto by jej czegokolwiek odmówił? (Fot. Misza)


Kilka ujęć (i piosenka!) z naszego pięknego stopa w Miśkowym filmie o autostopowaniu w Meksyku

Gdzieś pośrodku meksykańskiej autostrady dołączyło do nas jeszcze dwóch kolejnych autostopowiczów. Znając rozmiar tego świata dziwnym byłoby, gdyby był to ktoś zupełnie obcy. Okazało się, że jeden z chłopaków jest przyjacielem Kasi, z którym spędziliśmy wspólnie kilka koncertów na festiwalu w Tlacotalpanie miesiąc wcześniej. Siódemka autostopowiczów + pies okazała się być jednak zbyt wielką wiarą w nasze meksykańskie szczęście. Po kilku godzinach w pełnym słońcu, prześpiewaniu całego śpiewnika piosenek i krótkiej lekcji żonglowania, zdecydowałam, że odłączamy się od tej wesołej ferajny. 

W odłączeniu pomógł nam tani autobus do Tulum, który okazał się nie być wcale kresem naszego szczęścia. Zajęliśmy dwa miejsca na tyle tego rozlatującego się pojazdu. Za siedzeniami dostrzegłam malutkie drzwiczki w ścianie, a za nimi pomieszczenie z dwuosobowym łóżkiem, all inclusive z kocem, poduszkami i kołdrą. Zapytałam kierowcy, czy może przypadkiem moglibyśmy tam z Miszą spać. Kierowca o dziwo zgodził się, a rano obudził nas kulturalnym puk-puk w owe drzwiczki. Dzień dobry kochani, jesteśmy w Tulum! - powiedział. Ekskluzywny pokój i to jeszcze z budzeniem, tego nie uświadczysz nawet w ADO!

A co - należy nam się!
- powiedziałam. Jak psu buda! - odpowiedzieliśmy razem.
To piękne polskie powiedzonko stało się naszym nowym motywem przewodnim. Podobnie jak bardziej radosna trawestacja totalnie nieprawdziwego zdania, które mówi, że wszędzie dobrze, gdzie nas nie ma. Toż to jakaś bzdura! Twórca tego powiedzonka chciał chyba raczej powiedzieć: Wszędzie dobrze, gdzie jesteśmy!

Fot. Elena

Pod Tulum czekało na nas tajemniczo brzmiące RANCZO, które miało stać się moim domem na czas oczekiwania na Aarona. Żeby się do niego dostać trzeba z Tulum przejechać 8 kilometrów stopem, a potem ruszyć w środek dżungli 3 kilometry z buta. Ledwo co skręciliśmy w las, kiedy Misza zapytał mnie, jakie dzikie i niesympatyczne zwierzęta możemy znaleźć w naszej nowej okolicy. Są tu skorpiony i tarantule, ale nie zafundują ci one wycieczki na tamten świat - odpowiedziałam - Ugryzienie dużego czarnego skorpiona jedynie trochę poboli, a mały piaskowy sprawi, że trochę spuchniesz i będziesz musiał jechać do lekarza. Naprawdę niebezpieczny jest jeden wąż, na jego jad nie ma podobno antidotum, pół godziny i cię nie ma. Misza był wyraźnie przerażony. Jak on wygląda? - zapytał. W tym momencie spojrzałam pod nogi. O tak - odpowiedział wskazując palcem na ziemię. Na drodze leżało rozjechane wężydło. Staliśmy tak nad jego płaskimi zwłokami, kiedy zatrzymał się koło nas samochód. Tak, to ten wąż, który jak cię ukąsi, to cię nie ma w pół godziny - roześmiał się kierowca w sombrero i pojechał dalej.

Powiedzielibyście, że ranczo leżało dokładnie pośrodku niczego. Niczego, które dla nas było wszystkim. Nie ma tu zasięgu. Nie ma tu doprowadzonego prądu. Jest bateria słoneczna, więc w pochmurne dni mowy nie ma o używaniu żadnej elektryczności. Podobnie jest nocami, które służą do długich rozmów przy jednej malutkiej żaróweczce o nieśmiałym świetle. Na ranczo nie ma też lodówki ani kuchenki gazowej. Gotuje się tu na ogniu, na który wcześniej trzeba porąbać drewno. Nie ma tu wielu rzeczy, ale jest wielka antena do Internetu! Są też inne przyjemne mi rzeczy. Ogromne kolorowe motyle. Ptaki, które śpiewają tak, że wydaje ci się, że jesteś na innej planecie. I małpy, które gdy urządzają sobie niedzielne spacerki, to drzewa się pod ich ciężarem rozstępują niczym Morze Czerwone. No i komary, z którymi już wiecie, że bardzo się lubimy.

Ranczo miało także inną niewątpliwą zaletę. Swojego właściciela. Tak, my też wyobrażaliśmy sobie właściciela rancza w ten sam sposób. Posuwisty wąs, obszerne sombrero no i koniecznie koń, bez konia ani rusz. Przyjechaliśmy jednak i dostaliśmy Karima. Szalonego hipisa, pół-Włocha, pół-Araba, w indyjskich tatuażach i chusteczkowej przepasce na biodrach. Karim jest idealną rekompensatą za brak prądu wieczorami. Szalony Włoch i jego giętkie nogi oraz ramiona idealnie zastępują komputery, telewizory, playstation i wszystkie inne wynalazki, które były, są lub będą wymyślone. Szalony Włoch jest multi-funcional! To nawet on, a nie Polacy czy Rosjanie, wymyślił genialny drink - barszcz z wódką!

Karim na koncercie, który sam do nas przyszedł. Fot. Elena.

Oprócz mnie, Miszy, Karima, dwójki Rosjan, Priscilli z Cuernavaci, dwóch kotów, psa i okazjonalnie dwóch małych dziewczynek, w okolicy nie było żywej duszy. Był za to cenot, 5 minutek drogi od nas. Dla nas. 

Nasz prywatny raj. Fot. Elena

Z Eleną. Fot. Misza

Cenot ma na stanie tysiące takich rybek, które robią piling!
Może nie widać, ale nasze nogi są zaawansowanie zanurzone w wodzie. Fot. Misza

Jeśli żyjesz w takiej głuszy i wyjście na imprezę na miasto nie wchodzi w grę (po nocy przez dżunglę nijak i dzikie węże), to może niech los sprawi, by impreza przyszła do ciebie? W moją pożegnalną niedzielę na naszym cenocie odbył się koncert. Monte Bong, grupa z Guadalajary, kręciła tu swój teledysk. Przywieźli na cenot sprzęt, oświetlenie i mnóstwo publiczności. Zaryzykuję stwierdzenie, że był to najpiękniejszy koncert, na jakim byłam w życiu! No i z pewnością jeden z piękniejszych prezentów, jakie Meksyk podarował mi z okazji mojej despedidy. Jeden z piękniejszych, ale nie jedyny!


Meksyk miał bowiem dla mnie w zanadrzu kilka innych niespodzianek. Zhipisiałabym do reszty na Karimowym ranczu, ale w końcu przyjechał Aaron. By nacieszyć się miesiącem niewidzenia, wynajęliśmy obskurny pokoik wielkości apartamentu w centrum Tulum. Do wspaniałego dania, jakie tworzyliśmy przez ostatnie 2 tygodnie ja i Misza pospołu, Aaron dodał jeszcze więcej smaku i pieprzu. Wisienkę na torcie stanowiła zaś Magda, znajoma znajomej, artystka na stypendium w okolicznym Akumalu.

Aaron, by Misza nie parzył sobie nóg, gdy łapie stopa, ukradł mu buty z marketu o nazwie Super Święty Franciszek z Asyżu. Zaś Magda zapoznała nas ze swoją znajomą, która w wolnych chwilach przebiera się za syrenkę i pływa sobie w morzu. Wozi ze sobą 6 ogonów w różnych wersjach kolorystycznych i nie widzi w tym nic dziwnego. To w tym pięknym czworokącie dane było mi przeżyć moje ostatnie chwile w Meksyku. Obtańczyliśmy wszystkie pokolenia mieszkańców Tulum w trakcie ulicznej fiesty i przegraliśmy tam dwie sterty miedziaków w ruletkowej loterii. W środku nocy byliśmy w klubie z meksykańskim striptizem i jechaliśmy na stopa na pace ciężarówki. Pośrodku naszego śpiącego po mojej despedidzie zapyziałego pokoiku, Aaron oświadczył mi się tymbarkową zawleczką. Oświadczył się, a ja powiedziałam "tak". Uwielbiam mówić "tak"!

Zobacz, wszyscy wokół się uśmiechają - powiedział Misza na koncercie w cenocie. Rozejrzałam się wokół. Czterdzieści osób, które przyjechały na koncert. I faktycznie. Jedni tańczą, inni kąpią się w cenocie, ktoś inny buja się w hamaku. Wszyscy, jak jeden mąż, uśmiechnięci od ucha do ucha. Takie spostrzeżenia towarzyszyły nam wielokrotnie w trakcie naszych podróży po Meksyku. Stało się to tak naturalne, że aż zapytałam koleżanki na czacie z Polską: Czy w Polsce jest tak, że jak widzisz na ulicy sympatycznie wyglądającą osobę, to się uśmiechasz i mówisz "cześć"? Koleżanka mocno zdziwiła się tym pytaniem, ale dla mnie takie uśmiechy, przywitania, krótkie rozmowy z nieznajomymi były już na porządku dziennym.

W Meksyku jest takie magiczne pojęcie, które nazywa się "buena onda". To jest taki przymiotnik, przydawka, określenie najczęściej osoby. Pojęcie nieprzetłumaczalne na język polski. Pojęcie trudne do wyjaśnienia, a łatwe do wyczucia. "Buena onda" to coś jak "good vibe" oznaczające osobę pozytywną, bezproblemową i naturalną. Osobę, która sobą wnosi radość do świata. Osobę, którą chcesz mieć w swoim otoczeniu. W Meksyku to określenie słyszy się często. Nie dziwota - osób, które można opisać tym wyrażeniem jest tutaj pod dostatkiem. Po raz pierwszy w trakcie tego wyjazdu zaczęłam regularnie słyszeć je także na swój własny temat. Było to moim osobistym celem i największym sukcesem tego pobytu w Meksyku.

To chyba dlatego tak bałam wracać się do Polski. W głowie dudniły mi wciąż poblaski starej historii, która przydarzyła mi się za pierwszym razem, gdy wróciłam w Meksyku. Dzień po przyjeździe poszłam na koncert Łony. To był jeden z tych magicznych koncertów, gdzie granica między artystą a publiką się zaciera. Gdzie między sceną a publicznością płynie jakiś rodzaj pięknej energii, jakiegoś kosmicznego porozumienia. I czuje to każdy, po każdej z dwóch stron. Następnego dnia zobaczyłam w Planie B chłopaka, który stał koło mnie przez cały koncert Łony. Jako że stał z moim znajomym, z którym akurat się witałam, przywitałam się również z nim. Cześć, jestem Ola, stałeś wczoraj koło mnie na koncercie Łony. To był jeden z tych magicznych koncertów... - zaczęłam, uśmiechnięta i rozentuzjazmowana. No i co z tego - uciął chłopak, i odwrócił swą kamienną twarz, byle dalej ode mnie. 

Tym razem mojego pierwszego warszawskiego wieczora umówiłam się z Claudią. Szłam do Planiku i próbowałam uśmiechać się na ulicy do ludzi. Patrzyli na mnie jak na frika. Nie dałam jednak się zbić z pantałyku i zawzięcie uśmiechałam się do wszystkich w Planie. Masz jakąś dziwną, pozytywną, nietutejszą energię - powiedział do mnie nowo poznany aktor. Spędziłam przecudowny wieczór w towarzystwie znanych warszawskich raperów i nieco mniej znanych warszawskich gejów. Wieczór, który z pewnością można określić mianem "buena onda". Ach co za noc - powiedziałam im, gdy się żegnaliśmy. I już się nie bałam Polski. Już wiedziałam, że to nie w Polsce rzecz.

Przypomniałam sobie starą myśl z pocztówki od mojej mamy. Mówiła ona: Kto nie nosi nieba w sobie, darmo go szuka w całym wszechświecie.
Fot. Misza

Fot. Misza

1 komentarz:

  1. Uooolaaa! Supcio pływasz sobie w tych słówkach, puszczając ( w sensie wydzielając) piękne zapachy tutejszej rzeczywistości :) No i zajebiaszcze podsumowanie mądrej mamity :) pzdro!

    OdpowiedzUsuń