środa, 18 marca 2015

"Jak to w Polsce nie ma hipisów?!". Czyli o hipisach XXI wieku

Warkoczyki, tatuaże henną, rękodzieło... oraz jedyna okazja zobaczenia hipisa w jego naturalnym środowisku życiowym! - krzyczy roześmiany Demmi na festiwalu Cervantino w Guanajuato. Ma 26 lat i pochodzi z Nikaragui. Nazywamy go "Barankiem", przez jego zawadiackie loczki. W drodze spędza całe swoje życie. W Guanajuato jest od miesiąca, od trzech tygodni trwa tu bowiem festiwal teatralny, jeden z najbardziej tłocznych ewentów w całym Meksyku.


Siedzimy pod fontanną w Guanajuato. Demmi uczy Kasię robić trenzy.
Jak jej się skończy kasa na podróżowanie, to też będzie się hipisić  i żyć z trenzowego wyrobnictwa.

Wcześniej zarabiał głównie na sprzedawaniu ręcznie robionej przez siebie artesanii (rękodzieła): naszyjników, kolczyków z piórek oraz mulinowych bransolotek. Robił także kolorowe warkoczyki we włosach. Teraz głównie stawia na tatuaże henną. Jeśli ci się nie spodoba nie płacisz - mówi dwóm dziewczynom z pobliskiego miasta Leon, które akurat przyjechały na festiwal - A jeśli ci się spodoba, dasz mi tyle, ile zechcesz. Zazwyczaj dają więcej niż sam by zaproponował, 20, 30, 40, a nawet 50 pesos.

Demmiego Kasia poznała w Zipolite, potem spotkała przypadkiem w Oaxace, potem widzieliśmy się w Tlacotalpanie, a potem pośrodku niczego, gdzieś obok Palenque, gdy czekałam na stopa. Przez kilka godzin próbowaliśmy go złapać razem. Teraz Demmi już stopem nie jeździ, stać go na autobusy. Henna stała się kurą znoszącą złote jajka. Demmi każdej nocy śpi w hostelu i myśli o zafundowaniu sobie szkoły aktorskiej. Rzeczywiście, ze swoimi zdolnościami mógłby być nowym Cantinflasem. Zresztą do złudzenia przypomina aktora, który gra w jego filmowej biografii.

Zaraz po zakończeniu festiwalu Demmi jedzie dalej w trasę. Zahaczy o Deefe kupić na artystycznym Coyoacanie trochę materiałów do robienia artesanii. Potem kilka tygodni odpoczynku w San Cristobal, potem Oaxaca, potem może festiwal son jarocho w Tlacotalpanie i festiwal cyrkowy w Mazunte. W tym momencie jeszcze nie wie. Może pojedzie też do Europy w wakacje posprzedawać trochę na tamtejszych, lukratywnych festiwalach.



Często mówię moim polskim znajomym o tutejszych hipisach. Dopiero jakiś czas temu zorientowałam się, że chyba nie bardzo rozumieją, o co mi chodzi. Że polska definicja hipisa nijak nie pokrywa się z tym, co za hipisa uważa się tutaj, w Meksyku. Bezpośrednio do poczynienia tego wpisu zainspirowała mnie Olga z projektu CzujCzuj, która skonfrontowała to, co jej powiedziałam o hipisach, ze swoimi nastolęckimi marzeniami o dzieciach-kwiatach. Wpadłam też parę dni temu przypadkiem na wpis o Mazunte na blogu Friki Afriki. Autorzy we wstępie napisali, że będzie o "współczesnych hipisach" i się napaliłam, że wreszcie ktoś zdefiniuje to, co ja próbuję jakoś przekazać znajomym. Ale o tym nie napisali. Więc chyba muszę napisać ja.

Dzisiaj więc wytłumaczę Wam, co znaczy tutaj słowo "hipis". Wytłumaczę Wam, co stoi za tymi pięcioma literkami, których używam często w rozmowach z Wami na facebookowych czatach. Żebyśmy raz na zawsze się zrozumieli. Będzie trochę łopatologicznie, schematycznie i ogólnikowo, przepraszam (Wiem, że każdy jest inny i za to Was uwielbiam, moi kochani hipisi!).

Współcześni hipisi są oczywiście niedefiniowalni, a hipisowskich typów jest tu oczywiście wiele. Jedni założyli piękne domy, osiedli w małych wioskach, interesują się permakulturą, robią własny ser i warzą własne piwo, wciąż stawiają tarota, organizują kursy jogi i fascynują się aromaterapią. Inni kupili kawał ziemi pod Palenque, zamienili to w swego rodzaju hipisowską społeczność łamane na hipisowski hostel, gdzie mówią o korzeniach i majańskich duchach, od czasu do czasu organizują ceremonie ayahuaski, na które zapraszają szamanów z samej Brazylii. Jeszcze inni wpadają tutaj tylko raz na jakiś czas ze Stanów, na kurs księżyca albo słońca w San Marcos nad Atitlanem, piją co rano dla zdrowia własny mocz, nie szczepią dzieci i nie chodzą z nimi do lekarza, opowiadają, jak zdrowo po porodzie zjeść własne łożysko, mają na nie kilka przepisów, m.in. na łożyskowe smoothie.

Hipisi mieli już kilkadziesiąt lat, by poewoluować w różnych kierunkach. W ustach przeciętnego Meksykanina słowo "hipis" znaczy jednak co innego. Co innego ma się na myśli, gdy w Palenque zwraca się do siebie "oye, hippie", zamiast "oye, guey". Co innego miały na myśli okoliczne dzieciaki, które w małej wiosce Roberto Barrios biegały za nami krzycząc "hippies, hippies". Słowo "hipis" znaczy tu...


HIPIS XXI WIEKU:


1) Jest wciąż w drodze. Jego szlak wyznaczają głównie festiwale, na których może sprzedać swoją artesanię. W Meksyku spotkacie go na Cervantino, w Tlacotalpanie albo na festiwalu cyrkowym w Mazunte. Na Sylwestra pewnie uda się nad gwatemalski Atitlan na powitanie roku z Cosmic Convergence. W Europie nie zabraknie go na Bumie w Portugalii, możliwe że pojawi się też na Ozorze na Węgrzech oraz na wielu licznych europejskich festiwalach transowych. Hipis zna także najtańsze miejsca do spania. W San Cristobal są takie dwa, trzy hipisowskie hostele, gdzie łóżko masz za 35 pesos. Gdy przybywam do nowej miejscowości i szukam noclegu, idę na główny plac lub deptak miasta, szukam hipisów i pytam, czy czegoś nie znają. Sposób polecam.


2) Sprzedaje artesanię. Początkujący hipis bawi się głównie w mulinowe bransoletki, potem pewnie dojdzie macrame. Umie też zrobić trenzę, czyli coś w rodzaju kolorowego warkoczyka, zakończonego piórkiem. Z wielkim szacunkiem odnosi się do wszelkiego rodzaju szlachetnych kamieni, które używa do wyrobu bardziej skomplikowanych naszyjników. Zna symbolikę każdego z nich, wyraża się o nich z pietyzmem. Najbardziej doświadczeni uczą sie pracować w srebrze i złocie. Ci mniej utalentowani przywożą rzeczy z Indii albo z Meksyku i Gwatemali do Europy.


3) Żongluje na światłach. "Semaforero" to bardzo popularny tutaj zawód. Semaforero wykorzystuje kilkuminutowy postój samochodów na światłach, by pokazać kilkuminutowe show. W swoim minispektalu wykorzystuje piłeczki i maczety (tak się ponoć profesjonalnie nazywa "żongla", czyli obiekt do żonglowania w kształcie kręgla), ale także często monocykl i ogień. Współcześni hipisi są mistrzami fireshow. Inni bawią się także w diabolo oraz w magiczne przedstawienie ze szklaną kulką. Obowiązkowym elementem ekwipunku są także poiki. Dziewczyny często wożą ze sobą hula-hop, mają takie podróżnicze składalne wersje.


4) Sprzedaje magiczne jedzenie. Hipisów-kucharzy można spotkać na ulicach prawie każdej turystycznej miejscowości. "Magiczne" jedzenie wcale nie oznacza tego, że zawiera w sobie jakiś element narkotyczny. Ok, czasem zawiera, więc warto zapytać, czy ciasteczka są magiczne, bo są z marihuaną czy z innego powodu. Bo mogą być także magiczne dlatego, że są z najlepszych składników, albo dlatego, że ich głównym składnikiem jest  "miłość" albo "serce", albo dlatego, że magia  lepiej się sprzedaje (Pasikoniku, a dlaczego Wasze kanapki nazywały się "tortas magicas"?). Najbardziej hipisowskie są jak na mnie "energy balls" - kulki z czystej czekolady z dodatkami, Kaya w Tulumie sprzedawała je za 20 pesos sztuka i zarobiła tyle, że kupiła sobie jaranę-gitarę son jarocho i jeszcze jej starczyło na podróże. Hipisi gustują także w sprzedawaniu czekoladek, ciasteczek, cupcaków, wegetariańskich kanapek, falafeli, hamburgerów, francuskich rogalików i innych wypieków. Sprzedaje się je z ręki, w jakimś pięknie ozdobionym koszu lub innej uroczej paterze, podchodząc do ludzi na ulicy i mamiąc ich magią sprzedawanego jedzenia. Mistrzami marketingu byli chłopcy, których spotkałam rok temu w Mazunte, których bananowemu chlebowi towarzyszyła reklamowa piosenka z udziałem bębnów - "Pan de banan, pan de banan! Tu nesesitas pan de banan!".


5) Trudni się inną z hipisowskich profesji. Maluje hennę. Robi tatuaże stick&poke przy użyciu jednej igły. Robi dredy. Sprzedaje ręcznie wykonane ubrania lub koszulki. Wykonuje bębny, fletnie pana i inne instrumenty. Robi bańki mydlane na ulicy. Pozuje jako żywa statua. Pokazuje magiczne sztuczki. Gra na ulicy, gorzej lub lepiej. Chodzi od baru do baru z muzyką prosząc o napiwki albo darmowy posiłek. Ci początkujący grają na bębnie i śpiewają jakieś piosenki reggae (wszędzie te hipisowskie bębny! Na plakacie jam sessions w barze Paliacate jest z powodu tej powszechności przekreślone djembe). Niektórzy są zaś naprawdę świetnymi, profesjonalnymi muzykami, którzy na ulicy organizują koncert z prawdziwego zdarzenia.


6) Trimminguje w Kaliforni. Podcinanie marihuany w północnej Kaliforni to żyła złota dla współczesnych hipisów. Wrzesień, październik i listopad pozwalają zarobić dobrych kilka tysięcy dolarów i zapewnić sobie godne wakacje na najbliższych kilka miesięcy. Potem wszystkie te zarobione hipisy zjeżdżają do Meksyku na zimę, wielu z nich osiada sobie na jakiś czas w San Crisie albo nad jeziorem Atitlan albo udaje się w podróż przez całą Amerykę Środkową, może dotrą też na festiwal Geo Paradise w Panamie albo na Envision w Kostaryce.  "Trimmeando" to nowe słówko w słowniku tutejszych hipisów. Można je zastąpić imitując ruch nożyczek palcami. To taka nowa, bardzo popularna hipisowska praca sezonowa. Prace sezonowe bowiem przyciągają hipisów od zarania ich (hipisów) istnienia. Dziś wciąż chętnie wybierają się oni na czereśnie do Kanady i na winobranie do Francji. Można ich spotkać także zbierających "puchy" albo sprzątających po europejskich festiwalach.


7) Upodobał sobie szczególnie muzykę transową. Słucha jej na comiesięcznych full moon party, w trakcie zimowego przesilenia i ekwinocjów. Lubi całonocne rejwy, organizowane gdzieś na plaży w Zipolite albo pośrodku dżungli w Palenque. Oprócz tradycyjnych Rainbow Gatherings rozbija się także po festiwalach transowych, których w Europie odbywa się po kilka w każdy wakacyjny weekend. Spotkacie tam właśnie współczesnych hipisów-włóczęgów, wszelkiego rodzaju neohipisów, a także nową polską subkulturę "transiarzy". Koleżanka-transiara  wymienia mi naprędce wspominany już Bum i Ozorę, Soltice w Holandii, Antaris i Full Moon w Niemczech, Sonica we Włoszech, Transylvania w Rumunii, Lost Theory i Momento Demento w Chorwacji, Yaga na Litwie, Goa Dupa w Polsce. Takie centra transowe na świecie to Izrael, Meksyk, Goa w Indiach, Niemcy i Holandia - mówi mi - Na pierwszym miejscu Izrael, u nich transy leca nawet w państwowym radiu.


8) Nie napiszę nic o wieku, hipisem można być w każdym wieku, w każdym wieku hipisów również spotykałam. Spotyka się też często całe hipisowskie-włóczęgowskie rodziny. Nie napiszę nic o wyglądzie. Hipis to przecież stan ducha, a nie ciała. Nie napiszę też nic o narodowości. Chociaż sami często śmiejemy się, że "nie ma festiwalu bez francuskich hipisów". Nie napiszę nic o tym, jak się poruszają, bo autostop nie jest jedynym słusznym środkiem transportu. Nie napiszę nic o narkotykach. Bo przecież takiego słowa w hipisowskich słowniku nie ma - są tylko "substancje psychoaktywne", które służą do lepszego poznania siebie i świata. Nie napiszę nic o religii. Bo każdy ustala sobie własną, w różnym stopniu zawierającą w sobie wierzenia wschodu, wspomnienia majańskie i kult Matki-Ziemi. Nie napiszę nic o ideologii, o tym "dlaczego?", o tym porozmawiajcie już z nimi sami. Nie napiszę już żadnych więcej ogólników i tak mi jest już głupio, że pokalałam indywidualność i oryginalność wszystkich moich cudownych znajomych. Sama przecież, jak ktoś mnie pyta, do jakiej subkultury należę, to odpowiadam: "Ola jestem, bardzo mi miło cię poznać".

Przepraszam również za ugólniający rysunek poglądowy.



Jak to w Polsce nie ma hipisów?! - nie może się nadziwić Josue. Josue ma 25 lat, jest w trasie od ośmiu. Pochodzi z Hondurasu, na razie zjechał tylko Amerykę Środkową - od Kolumbii po Meksyk. W Meksyku jest drugi raz, tym razem od czterech miesięcy. Jak go poznałam, a znajomi pytali, czym się zajmuje, to odpowiadałam krótko "Hipisi się". I faktycznie: Josue jest mistrzem wszelkich hipisowskich profesji - sprzedaje arnesanię, tańczy z ogniem, żongluje na światłach, robi dredy.

Spędzamy długie godziny na rozmowach o naszych krajach i im dłużej rozmawiamy, tym bardziej wydaje mi się, że jesteśmy z innych planet. Coś jakbym przyleciała na planetę z "Gwiezdnych Wrót" i próbowała na migi dogadać się z tubylcem. Josue dziwi wszystko, co mu mówię na temat Polski. Nasz stosunek do komunizmu. Nasze codzienne problemy. Darmowa edukacja i to, że skończenie uniwersytetu zależy tylko od tego, jak dobrym studentem jesteś. Centralne ogrzewanie. To że mam ciepłą wodę w wannie i nie spędzam w niej całego dnia. Ale najbardziej dziwi go to, że nie mamy hipisów. Jego wielkie oczy stają się jeszcze większe, a pełne usta otwierają w naiwnym zdziwieniu. Eeee - trąca mnie po meksykańsku w bok, na znak, że załapał żart. Jak to? Nie żartowałaś? - jego twarz znów markotnieje. Przez kilka dni chodzi i powtarza do siebie: Jak to w Polsce nie ma hipisów?! Jak to w Polsce nie ma hipisów?!



Josue wynajął z kolegami mały pokoi na obrzeżach San Cristobal, płacą 500 pesos na miesiąc. W grudniu i styczniu było dość zimno, chodził po sąsiadach i pytał, czy ktoś nie ma na zbyciu kołdry. Mieszka z nim kumpel z Hondurasu - Wilmer. Wilmer ma 19 lat, jest wysokim chudzielcem z dredami i mistrzem obracania w rękach szklanej kuli. Jest jeszcze inny Hondureńczyk, nazywają go el Niño, bo ma dopiero 16 lat. Mieszka w Kavernie, na skłocie, płaci tam 35 pesos za noc. Nie chciał nic wynajmować tak jak Josue i Wilmer, bo nie wie, ile czasu zostanie w San Cristobal. Odkrył swoje powołanie w tańcu z ogniem, tańczyłby cały czas, jest cholernie dobry. Czasem o drugiej w nocy wyciągają bębny i robią show na środku ulicy, przed jakimś klubem, jest magia do czasu, kiedy nie przyjedzie policja. Popijają cañę, tanią wódkę z trzciny cukrowej, rolują papierosy, przed klubami trenują żonglowanie i jazdę na monocyklu. Czasem ktoś zdecyduje się, żeby zrobić mu dredy. Kasują po 20-30 pesos za jednego.

Nazywają to "el rol". Są w trasie, w podróży, we włóczędze. Moi amerykańscy hobo-znajomi mówią na to "to flail". Ja sobie to sobie niepoprawnie przekładam jako "dryfowanie". Są tam gdzie ich los zaniesie, jak im się spodoba, to na chwilę zostaną, czasem na dłużej. Jak w San Cristobal. San Cristobal to bezpieczny port dla hipisów, znajdziecie takich jeszcze kilka w Meksyku. Josue spotykam często, jak handluje artesanią na andadorze de Guadalupe. Jak to w Polsce  nie ma hipisów?! - znów nie może sie nadziwić, a ja próbuję jakoś odwołać to, co powiedziałam. Jeszcze raz przemyśleć. Odpowiadam, że są hipisi-Polacy, ale raczej nie mieszkają w Polsce, włóczą się gdzieś po Zachodzie Europy, albo po świecie, albo mieszkają w jaskiniach w Granadzie, jeżdżą na winobranie do Francji i po wakacyjnych festiwalach. No i że są inni hipisi. Tacy hipisi wewnętrzni. Hipisi o innej definicji niż ci tutaj.

Ale nie macie takich hipisowskich miejscowości jak Mazunte albo San Cris? - nie daje za wygraną. Przypominam sobie o Kazimierzu Dolnym, gdzie 10 lat spędzaliśmy lato w szopie Sakiewa. Spałam między drabiną a lodówką, na Małym Rynku, razem z całą zgrają ulicznych artystów. Sakiew sprzedawał swoją biżuterię, Bomba kolczyki, Mały grał na ulicy swoje piosenki, Siwy śpiewał, ja biegałam z kapeluszem. Czy są gdzieś jeszcze takie miejsca? Powiedzcie mi, bo nie wiem. A chętnie odwiedzę, jak będę teraz w swojej "trasie koncertowej" ze slajdami po Polsce. Polscy hipisi, gdzie jesteście? Jacy jesteście? Jak się definiujecie?



Nie byłabym sobą, gdybym nie poczyniła jakiegoś sentymentalnego spiczu a la Paulo Coelho na koniec. Więc wszystko wskazuje na to, że niebawem stracę moją pracę, która pozwalała mi na te wszystkie wojaże. Jeszcze kilka lat temu dostałabym zapewne ataku względnej paniki. Albo przynajmniej lekko zaniepokoiłby mnie ten fakt. Teraz jednak zaskakująco się tym nie przejmuję. Hipisi nauczyli mnie, że da się żyć bez ciepłej posadki, ciepłego kaloryfera i ciepłych planów na przyszłość. Hipisi nauczyli mnie, że w życiu najważniejsze są inne rzeczy. Hipisi nauczyli mnie, jak mało tak naprawdę potrzeba do życia. I do szczęścia.


6 komentarzy:

  1. Cześć Olu,
    Dziękuje za twój blog. Jest bardzo interesujący i inspirujący.
    Jak na razie przeczytałam twoje dwa ostatnie wpisy i ten na temat Xalapa. Nawet się tam spotkałyśmy... i nie zamienilysmy ani jednego słowa. Szczerze powiedziawszy to myślałam, ze jesteś GRINGA. ;) I tak, Xalapa to dobre miejsce do mieszkania.
    Twoj wpis z przemyśleniami z Mazunte poruszył moje serduszko i ten na temat hipis doprowadził do interesującej dyskusji z moimi przyjacielami Meksykańskimi. Mysle, ze interesującym terminem jest HIPITEKA czyli wszyscy Ci Meksykanie którzy zdecydowali się wrócić do swoich korzeni (kosmologi indiańskiej). Są to osoby które znają się na astrologi, medycynie naturalnej, wracają do rytulalow i wierzeń swoich przodków. Czuja się częścią LA PACHAMAMA (matka ziemia) i dbają o równowagę pomiędzy duchem i ciałem. Wielu z nich ma te ładne domki z permakultura;) Pewne jest to, ze nie maja wielkiego związku z ruchem ,dzieci kwiatów, :)

    Dziekuje tez za wpis na temat San Cristobal, właśnie się tam wybieram i na pewno będzie bardzo pomocny.
    Moze nawet się tam spotkamy. Dwie warszawianki na KONCU ŚWIATA.
    Pozdrawiam
    Asia

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ach, słyszałam o Tobie od Czuj-Czujów, nie pomyliło mi się? A gdzie my się widziałyśmy, opowiadaj!

      Co do "korzennych hipisów" to również zaprzątają oni moją uwagę, gdzieś tam coś o nich wspominałam, przy okazji rytuałów noworocznych, ale chyba zasadzę się na jakiś większy tekst o nich. Dzięki!

      Usuń
  2. POSŁUCHAJ TEGO DOWIESZ SIĘ JAK PRZEJŚĆ DROGĘ POŚMIERTNĄ ZA ŻYCIA !!!! https://www.youtube.com/watch?v=geTlLGZCN0U&feature=youtu.be

    OdpowiedzUsuń
  3. Czy to nie jest na siłę dodawanie łatki 'hipis" zjawisku, które z kulturą hipisowską może mieć wiele wspólnego, ale nie musi nią być? Czy każdy człowiek wolnego ducha robiący biżuterię z koralików , uwielbiający szydełkować, grać na jakimś tradycyjnym instrumencie czy hodować owce na swoim kawałku ziemi to hipis? Teraz jest nawrót do korzeni, do ekologii, rękodzieła, zdrowego jedzenia. Ludzie są zmęczeni technologią, pracą biurową, szybkim tempem życia, stąd ucieczka od tego, ale czy to znaczy, że wszyscy jesteśmy hipisami? Proszę trochę szerzej spojrzeć na kulturę.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. To nie ja nazwałam ich hipisami, to oni siebie tak sami nazywają.

      Usuń
  4. Długi wpis, a przeczytałam cały. Dzięki za wszystkie info. Dobrze, że nie panikujesz w związku z możliwością utraty pracy. It's gotta be alright ;)

    OdpowiedzUsuń