poniedziałek, 29 lutego 2016

San Juan Chamula. O coca-coli, ukręcanych kurzych łbach i domowych filmach porno

Juan Gallo ubrany jest w kamizelkę zrobioną z futra białego barana. Podobno im dłuższa jest sierść, tym droższe jest chamarro. Im dłuższy jest włos, tym dany mężczyzna jest bardziej szanowany i wyżej sytuowany w lokalnej społeczności. Futro Juana Gallo ma wyjątkowo długie włosie, a on sam jest lokalnym malarzem, autorem fresków na suficie tutejszego kościoła św. Jana. Tego samego, gdzie rytualnie ukręca się głowy kurczakom i równie rytualnie pije coca-colę.


W kościele św. Jana w San Juan Chamula od lat nie odbyła się msza katolicka. Ksiądz pojawia się tu jedynie od czasu do czasu, przy okazji chrzcin. Nie ma tu ław, podłogę zajmuje świeże igliwie oraz Indianie odprawiający synkretyczne rytuały. Na panie Indianki w masywnych spódnicach z czarnej baraniej sierści oraz panów Indian w baranich kamizelach spoglądają spod ścian kościoła równo ustawieni święci katoliccy. Także im nie poskąpiono grubych warstw odzienia, spośród pokładów kolorowych pelerynek ledwie na światło dzienne przeciska się święta głowa. Mają też na sobie naszyjniki z nasion oraz lusterka na łańcuszkach. To taka swoista indiańska biżuteria, niektórzy mówią, że służy do odbijania złych uroków. Święci stojący bliżej ołtarza ubrani są bardziej na bogato, a wraz z przesuwaniem się ku drzwiom kościoła święci tracą kolejne naszyjniki, ubranka i błyskotki. Podobno to dlatego, że ustawieni są rządkiem wedle... skuteczności. Im więcej zasług dla lokalnej społeczności ma na swoim koncie święty, tym staje bliżej ołtarza. A jeśli powinie mu się noga i nie uda mu się wypełnić jakiegoś powierzonego mu w modlitwie zadania to hyc! - ląduje obok drzwi.

Święty Sebastian w złotej pelerynie z zielonymi frędzlami i z pokaźnym, bogato zdobionym lustrem na szyi oraz święty Antoni z plastikowym chińskim lustereczkiem, pawim piórem u pasa i Dzięciątkiem Jezus w zapatystowskiej chustce na głowie spoglądają także na ostatnie tchnienia zabijanych tu rytualnie kurczaków. Ptaszki przynoszone są tutaj w koszykach lub reklamówkach i cierpliwie czekają obok Indian na swoją kolej w modlitwie. Patrzą ze zdziwieniem na zbierających się wokół nich turystów, nie rozumiejąc zupełnie tej nagłej eksplozji swej ptasiej popularności. Turyści właśnie przyuważyli kuraka, który działa na ich turystyczne, spragnione egzotyki serca jak magnes. Ustawiają się wokół modlącej rodziny czekając na gwóźdź programu, kiedy to starsza Indianka weźmie ptaszysko pod pachę i szybkim, dyskretnym ruchem ukręci kurczakowi łeb. Zanim jednak kurczak umrze, spełni jeszcze swoją życiową misję. Zatoczy kilka kółek na ustawionymi na podłodze świecami lub też nad osobą, w której intencji odmawiana jest modlitwa, zbierając tym samym całą złą energię, oczyszczając, dając nową siłę. Podobno funkcję może również pełnić jajo. Jajo zarówno tutaj, jak i w wielu miejscach na świecie (jak chociażby u babci mojej znajomej Kasi pod Krakowem) do oczyszczania nadaje się świetnie. Jajem można także zrobić "rentgena". Przesuwa się nim w powietrzu tuż obok naszego ciała, a jajo mówi, w którym miejscu widzi jakiś problem.

Na początku rodzina żegna się w imię Ojca i w imię Syna, zapala świece. Niektóre z Matką Boską Gwadelupską, jednak przede wszystkim te kolorowe. Każdy kolor znaczy coś innego, zapala się konkretne kolory świec w wybranych intencjach. W zależności od "wielkości" intencji świece też kosztują odpowiednio więcej lub mniej. Żółte lub pomarańczowe świece zapala się ku ochronie przed złymi mocami, zielone - żeby ustrzec się przed chorobą, różowe lub niebieskie - żeby chorobę wyleczyć. Białe świece, których w kościele jest najwięcej to hołd dla Matki Ziemi i dla Boga. Na konkretne potrzeby można także znaleźć odpowiednie „przepisy”, które mówią, ile i jakiego koloru świec trzeba zapalić, żeby Bóg spełnił konkretne życzenie. I tak na przykład – podaję najkrótszy „przepis” – żeby wyleczyć strach trzeba zapalić: 2 małe białe świece i jedną małą złotą (3 świece za 10 pesos).

Zobacz także: Św. Mateusz na krzyżu, św. Mikołaj od kurczaków i św. Hieronim od szamanów. Święci w kościele w San Juan Chamula

Modlitwy przed kościołem św. Jana. Wielki Piątek.



W środku kościoła zdjęć robić nie można, pod groźbą narażenia się na gniew i sąd Chamulów, a te podobno nie są najprzyjemniejszymi rzeczami na świecie. Miejscowość Chamula jako jedyna w Meksyku ma status autonomii, ma w związku z tym m.in. swoją własną policję.

W rytuałach wykorzystuje się także lokalny trunek pox oraz... coca-colę. Juan Gallo mówi, że coca-cola to nabytek stosunkowo nowy. Podobno przyjechała tutaj w 1962 roku przyniesiona sprawną ręką biznesowego cocacolowego lobby. Reprezentanci handlowi firmy skontaktowali się z odpowiednimi osobami z Chamuli. Odpowiednie osoby to mężczyźni pełniący cargo (funkcję społeczną) dające im prawo do sprzedawania poxu - alkoholu, który wykorzystuje się przy rytuałach w świętojańskim kościele. Jedni z drugimi dogadali się, sprzedaż napoju ruszyła jak szalona i na zasadzie "ręka rękę myje" owi miejscowi sprzedawcy stali się ponoć najbogatszymi mieszańcami w wiosce, a Coca Cola osiągnęła tutaj więcej niż gdziekolwiek na świecie - zyskała nie tylko rząd tutejszych dusz, ale i miejsce na tutejszych ołtarzach.

Inna wersja tej historii mówi o tym, że kiedyś, dawno temu, do odprawiania rytuału wykorzystywano ciecz, która bardzo przypominała coca-colę. Miała ponoć brunatnawy kolor i inną bardzo ważną właściwość - wywoływała bekanie. Nie wiem bowiem, czy wiecie, że bekanie jest bardzo zdrowe - oczyszcza organizm i wypędza zeń złego ducha. Bekanie jest tu zatem częścią modlitw, gdzieś równolegle z paleniem kolorowych świec i ukręcaniem kurczaczych łbów. Plastikowe butelki stoją dumnie na kościelnej podłodze, wśród zapachu igliwia i wyszeptywanych modlitw, między świecami na walkę ze złą mocą a kurakiem, który wystawiając ślepia z reklamówki gromadzi ostatnie wspomnienia w życiu. Coca-cola gra także pierwsze skrzypce podczas tutejszych tradycyjnych fiest oraz umila wieczny odpoczynek chamulskim dziadkom i pradziadkom na tutejszym cmentarzu.

Coca-cola jest królową nie tylko sacrum, ale także zupełnie codziennego profanum. Mieszkaniec Chamuli wypija średnio 2,25 litra coca-coli dziennie. Napój zastępuje tutaj często wodę. Nie dziwne, skoro coca-cola niż woda jest tutaj... tańsza. Dieta Indian z tutejszego regionu Los Altos de Chiapas jest dość biedna i da się określić ją smutnawą rymowanką pt. "kukurydza, fasola i coca-cola". Moja znajoma Monika, która pracuje z miejscową ludnością nad ich zwyczajami żywieniowymi, uczy, że czasem warto wydać więcej  i zamiast coca-coli kupić sobie wodę lub sok. Meksyk jest bowiem krajem z jednym z największych  problemów z nadwagą, ma też najwyższy na świecie odsetek osób chorych na cukrzycę. Idąc tym tropem dalej - Meksyk jest największym na świecie konsumentem napojów firmy Coca-Cola, a naukowcy ukuli już na to powszechność coca-coli jakże zgrabny termin - coca-colanizacja Meksyku.

Czerwono-białe szyldy i powywijane literki tej korporacji uśmiechają się tutaj do człowieka co drugi krok. W Los Altos de Chiapas są nieodłączną częścią tutejszej architektury. Prowizoryczne, indiańskie chatki wymalowane są w znaki firmowe Coca-Coli. Podobno to dlatego, że pod takim warunkiem farbę można dostać za darmo. Miejscowe sklepiki wydają się być firmowymi sklepami tej korporacji, poobklejane z każdej strony coca-colowymi plakatami i emblematami. W ten sposób można wypożyczyć od firmy za darmo lodówkę, a lodówka w wiejskim sklepiku to nie byle co. Autorka filmu dokumentalnego "Co kryje Coca-Cola" Olivia Mokiejewski jeździ samochodem po Los Altos i liczy miejsca, gdzie można kupić coca-colę. Przez 42 kilometry górskich wioseczek nalicza... 166 sklepików oznaczonych emblematami tej marki. Żeby dokończyć dzieła coca-colanizacji firma postawiła swoją fabrykę na jednym z bogatszych ujęć wody w okolicy, okresowo odcinając do niej dostęp części miejscowej ludności.

"Coca-Cola wita w San Juan Chamula". Na billboardzie mężczyzna w tradycyjnym stroju z Chamuli trzyma butelkę coli. Podobne tablice są w innych wioskach w okolicy.



Na cmentarzu w Chamuli.

- To nasza święta woda, pij - mówi mi Juan Gallo podając jedną z wypełnionych po brzegi szklanek stojących na ołtarzu w małym kościółku na jednym ze wzgórz Chamuli. - Woda nie musi być poświęcona przez żadnego księdza, żeby była święta. Tutaj wierzymy, że źródlana woda jest święta zawsze - dodaje. W tym momencie przypominam sobie dane, które mówią, że do wyprodukowania jednego litra coca-coli zużywa się 3 litry wody. Sam Juan Gallo, miejscowy humanista, nie jest wielkim fanem używania coli do miejscowych rytuałów. Preferuje "czyste życie" czyli źródlaną wodę oraz pox, który zresztą sam wyrabia. Jego sklepik oraz ogród, w którym obok domowego ołtarzyka ustawił plastikowe stoliki, to najpopularniejsze w Chamuli miejsce, gdzie można spróbować tego lokalnego trunku.

Pox, pisany również posh (wym. "posz") zgodnie z zasadą - pędź alkohol z tego, czego masz najwięcej - tradycyjnie wyrabiany był z kukurydzy. Teraz bardzo często zawiera domieszkę także cukru trzcinowego, jako że trzcina cukrowa jest tu produktem wyjątkowo tanim. Najtańsze i najpodlejsze alkohole zwane od trzciny cukrowej właśnie caña, można kupić już czasem nawet w cenie 10 pesos za litr (2,30 zł). Pox z kolei jest trunkiem szlachetniejszym, do tego stopnia, że jest ulubionym alkoholem stanu Chiapas, chyba nawet popularniejszym niż tequila czy mezcal. Na lokalnych fiestach za kościelnymi ołtarzami stoją całe poxowe kanistry, pojawia się on także ramię w ramię z coca-colą w kościele św. Jana podczas tutejszych modlitw. Liczy on sobie zazwyczaj od 32 do 42% i może występować w różnych wariacjach smakowych. Juan Gallo stawia przed nami tym razem półlitrową buteleczkę o smaku śliwki, kolejną o smaku cynamonu, jeszcze jedną miętową i nowość - o smaku liści laurowych.

Pół litra czystego poxu kosztuje u niego 15 pesos, litr zaś 30, ale zazwyczaj te półlitrowe sprzedaje w butelkach po coca-coli, które mają 600 mililitrów. Wbrew rynkowej logice bardziej opłaca się kupować tutaj pox na półlitry niż na litry. Trochę nie rozumiem, jak to możliwe, że przez lata Juan Gallo się co do tej nadlewki nie zorientował. Są też miejsca w okolicy, że pox można kupić taniej. W San Cristobal jest sklepik z ubraniami, gdzie na odpowiednie hasło sprzedadzą ci pox spod lady za 25 pesos za litr, a w pobliskiej wiosce Cruztón można kupić litr nawet za 13 pesos. Pox sprzedaje się w niektórych barach w San Cristobal, otwierają się też coraz modniejsze poxeríe (bary specjalizujące się w poxu, na wzór mezcaleríi). Miejscowe punki zwą się "pox punx", takimi punkowymi tagami podpisują się także na okolicznych murach. To coś jak nasze polskie i swojskie jabol punki. Co kraj to punkowy obyczaj - w Polsce pancury pałają miłością do słodkiego wieloowocowego symbolu SO2, a tutaj do tradycyjnego majańskiego trunku rytualnego.

Zobacz: 8 trunków do spróbowania w Meksyku

W sklepiku z poxem u Juana Gallo.



Kanistry z poxem u Juana Gallo.



Modlitwy w kościele św. Jana wyszeptywane są w lokalnym języku tsotsil, który jest jednym z jedenastu języków majańskich, którymi posługuje się w stanie Chiapas. Jak głosi tablica na wjeździe do miasteczka, San Juan Chamula liczy 59 005 mieszkańców, z czego przeważająca większość (jeśli nie całość) mówi językiem tsotsil jako swoim pierwszym językiem. Część mieszkańców zna hiszpański jedynie trochę lub nie zna go wcale. Kiedyś mój znajomy Mauricio poszedł na targ w San Cristobal, by u jednego z tamtejszych fryzjerów przyciąć sobie nieco włosy. Wrócił ogolony na tzw. prawilną "łysą pałę". - Co się stało? - wskazałam na miejsce, gdzie kiedyś znajdowały się jego włosy. - Nie dogadałem się z fryzjerem - odparł Mauricio, który przecież sam był Meksykaninem. Fryzjer również był Meksykaniem. Nie mówił jednak prawie w ogóle po hiszpańsku, mówił tylko w tsotsil.

Nazwa San Juan Chamula jest bardzo popularną w Meksyku nazewniczą zbitką nazwy lokalnej, która obowiązywała przed przybyciem Hiszpanów, oraz imienia świętego katolickiego, który użyczył swojej godności kolonizatorom, by ci mogli przechrzcić wioski na swoją onomastyczną modłę. Danemu świętemu stawiano kościół, ów święty zostawał też głównym patronem miasteczka. Potem endogenna nazwa wracała i powstawały takie synkretyczne zbitki jak San Juan Chamula właśnie (od św. Jana). Mapa Los Altos de Chiapas cała usiana jest takimi sklejkami, w okolicy znajduje się chociażby San Lorenzo Zinacantan (od św. Wawrzyńca), San Andrés Larráinzar (od św. Andrzeja) czy San Pedro Chenalhó (od św. Piotra).

W dzień danego świętego odbywa się zazwyczaj największa fiesta w roku. W Chamuli jest to czerwcowy dzień św. Jana. Duże wydarzenia to także Święto Zmarłych oraz karnawał odbywający się 5 dni przed środą popielcową. To właśnie w ostatkowy wtorek Juan Gallo zabrał nas po południu do małego kościółka obok swojego domu, gdzie odbywały się ostatnie karnawałowe uroczystości. Pięć dni wyjętych poza kalendarz, wyjętych poza czas właśnie dobiegało końca i czas trzeba było przestawić się z powrotem z czasu świętego na czas świecki, z czasu fiesty na czas pracy. Dlatego w kościółku przystępowano do tradycyjnej zmiany ubranek Jezuska na ołtarzu, gdzie mieszka on sobie w towarzystwie ustawionych tam jelonków bambi, kolorowych resoraków oraz wielkiej energooszczędnej żarówki. Jezusek, a raczej dwóch Jezusków, bo świątynia miała na stanie dwóch, został rozbierany z odświętnych, karnawałowych ubranek i został ubierany w strój codzienny, strój do pracy. Wszystko przy dźwięku muzyki, przy modłach, przy wykonanych w odpowiedniej kolejności rytuałach. Oraz przy nieskromnym udziale poxu oczywiście.

Zobacz: Kinta-Jimultik, Święto Nowego Ognia w San Juan Chamula


Karnawał w San Juan Chamula.




Na dole po głównym placu miasteczka jeszcze wte i wewte biegał byk - jedna z głównych atrakcji karnawału, a my ponad tym szaleństwem, na wzgórzu wpatrywaliśmy się w spokoju w niezwykły, przyozdobiony roślinami ołtarz małego kościołka. - Kiedyś ołtarze ozdabiało się piórami papug, ale przyjechali Hiszpanie i nam papugi wybili - zasmuca się Juan Gallo. - Hiszpanie mieli w ogóle wiele poronionych idei i pomysłów. Na przykład to, że zwierzęta dzielą się na dobre i złe. My nie wierzymy, że na przykład taki wąż czy pająk jest zły. Wszystkie zwierzęta są dobre - opowiada Juan Gallo. Dodaje, że Chamulowie wierzą w to, że dzielą swoją duszę ze zwierzęciem. Zwierzę, tzw. nagual albo po tutejszemu chulel, żyje sobie gdzieś w okolicznych lasach. Kiedy ono ma się źle, przypisany mu Chamula też ma się źle. - Chociażby dlatego od najmłodszego uczymy się być dobrzy dla zwierząt. Bo krzywdząc jakąś istotę, bardzo możliwe, że krzywdzimy właśnie nas samych - mówi Juan Gallo. Szczególną opieką otacza się również barany, z których włosia wykonuje się tutejsze tradycyjne ubrania. Podobno baranów się tutaj nie je, przeznacza się je tylko na odzież. Jest taka piękna ponoć dlatego, że tutejsze barany są szczęśliwe.

Na ołtarzu oprócz świętej źródlanej wody i poxu stoi także jeden obraz Chrystusa. Piotruś zauważa, że jest to nasz polski Jezus Miłosierny Faustyny Kowalskiej, a Jemiołka z Wiesią dają zebranym w kościółku Chamulom przywiezione z Polski obrazki z Janem Pawłem II. Wieść o obrazkach szybko się roznosi, po polskiego papieża ustawiają się kolejki. Juan Gallo przedstawia nas Mayordomo Mniejszemu, a ten prowadzi nas do Mayordomo Większego - dwóch najważniejszych osób tej uroczystości. Mayordomo wręcza nam grzechotki zachęcając do wspólnego śpiewania i grania Jezusowi i tłumaczy poszczególne stadia uroczystości. Mruga też do nas oczkiem, żebyśmy zostali do końca, bo w ostatniej fazie będzie pity pox. Jesteśmy cierpliwi, wybijamy grzechotkami rytm na trzy na jeden. Dwie staruszki pod ścianą już trochę sobie podsypiają, podobnie jak pan grający na bębnie. Uderzenia stają się coraz rzadsze, aż w końcu ucichają, do czasu aż Indianin się ocknie i dźwięk bębna odżywa znów z poprzednią siłą, by znowu powoli ucichnąć. I tak w kółko.

- Ile to jeszcze potrwa? - pytamy siedzącej obok staruszki. Indianka szuka czegoś w odmętach swojej grubej baraniej spódnicy. Aż w końcu znajduje. Nowego smartfona. Zerka na godzinę. - Jeszcze sześć godzin - mówi beztrosko. Już rozumiemy dlaczego Mayordomo Mniejszy tyle czasu poświęcił zachęcaniu nas do zostania do końca. Rozumiemy też parę innych rzeczy.

San Juan Chamula jest chyba najchętniej odwiedzaną "indiańską wioską" w okolicy San Cristobal de las Casas. Turyści są zawiedzeni, jeśli w kościele akurat nie zginie żaden kurak, słyszałam też parę razy inne głosy rozczarowania. "Są anteny satelitarne, mają w domu telewizory", "A ten dom taki nowoczesny, w ogóle tu nie pasuje", "To nie jest w ogóle autentyczne, wszyscy mają komórki, no i za dużo turystów". Ubranka z barana i coca-cola trochę ratują sprawę i indiański PR Chamuli, ale mam wrażenie, że turyści czasem mają nadzieję poczuć się jak Krzysztof Kolumb, jak Gringo wśród Dzikich Plemion i spotkać się z jakimś żyjącym w środku lasu ludem, który biega w trzcinowych przepaskach i nie ma żadnego kontaktu ze światem zewnętrznym. Tymczasem białych plam na mapie w czasach Google Maps już przecież nie ma. Chamulowie mają komórki, Facebooka i WhatsAppa. Na targu można dostać też 10 części serii filmów "Porno Chamula", gdzie Indianki pokazują ochoczo, co mają pod spódniczkami z barana. Panowie z kolei podniecają się meksykańskim "etosem narco" i na tym samym straganie znajdziemy też filmową pozycję "Narco Chamula" opowiadającą historię tutejszych chłopaków, którzy rzucają ciężką pracę na roli dla usłanego pesiakami życia narco. Cały film w języku tsotsil i w kubrakach z barana.

(Cenzura moja) Myślę, żeby kiedyś zorganizować festiwal takich domowych produkcji.


Lalki Barbie w lokalnych strojach, druga z lewej - Barbie-Chamula.

Dlatego między innymi postanowiłam tu, w Meksyku zostać. Bo im dłużej tu jestem, tym więcej rzeczy rozumiem, tym więcej osobliwości się wyjaśnia, a "szokująca egzotyka" staje się naturalna, logiczna i jakże podobna do tego, z czym wychowałam się w Polsce. Coraz więcej rzeczy się też odmitologizuje. Coraz więcej dostaję od życia policzków w moją zapatrzoną w baśnie twarz. W krainie dumnych Indian żyjących od 500 lat wedle własnych praw kręci się pornole, które wypala się na domowych PC, a potem sprzedaje się na targu w najbliższym miasteczku. Pan w czarnej kamizelce z barana najpierw opowiada mi o swoim zwierzęcym nagualu, a potem dziwi się, że nie mam internetu w komórce i nie używam WhatsAppa. Zaś zamknięci i niemili Chamulowie otwierają przede mną drzwi swojej świątyni, swoje serca i swoje wielkie indiańskie uśmiechy.

Tak zawsze tłumaczyłam to sobie i innym. Chamulowie są dumni, zadzierają nosa, nie są raczej otwarci ani przyjaźni. Przez lata byli żyjącą w górach hermetyczną społecznością przekonaną o świetności swojej kultury, wystrzegającej się wpływów z zewnątrz  Ale właśnie dzięki temu ich kultura przetrwała tak długo, dzięki temu wciąż możemy poczuć namiastkę dawnych wierzeń, zwyczajów, sposobu życia. Gdzieś pomiędzy tym wszystkim mogłam nawet dojść do porządku dziennego nad całą kulturową relatywnością i nad wszechogarniającym w Chamuli machismo. Przyjeżdżając do Chamuli stawałam się pokorna, starałam się być jak najbardziej niewidoczna. Ułożyłam to sobie w głowie do tego stopnia, że gdy dostałam do ręki grzechotkę, by podczas lokalnej uroczystości wybijać rytm do pieśni w języku tsotsil, straciłam wszelki znajomy grunt pod nogami.

Zachodzące słońce wpadało do kościoła przez szpary między deskami w dachu, wpadało długimi płaskimi, jakby ciętymi nożem promieniami. Promieniom na spotkanie wychodził leniwie i zmysłowo podnoszący się ku górze aromatyczny dym kadzideł. Wszystkie komórki mojego ciała wypełniała monotonna muzyka harfy, gitary, bębna, grzechotek, rzewna pieśń w języku tsotsil, w rytmie trzy na jeden. Podeszłam na Mayordomo, by przeprosić, że jednak nie doczekamy do końca, bo musimy uciekać, dopóki jeszcze jeżdżą kursowe colectivos. Uścisnął mi przyjaźnie rękę, uśmiechnął szeroko i podziękował za obecność. Po chwili zreflektował się i szepnął mi konspiracyjnie do ucha: - Macie może jeszcze jeden taki śliczny obrazek z Janem Pawłem II? To nie dla mnie, to dla mojej żony - wskazał z miłością na ławę pod oknem w kierunku starszej Indianki. W siwiejące warkocze miała wplecione niebieskie i fioletowe wstążki, od dłuższego czasu spała płomiennym, scenicznym snem. - Podejdźcie proszę do niej i jej dajcie. I powiedzcie, że to prezent ode mnie, od Mayordomo - mrugnął filuternie.


"Dentysta przyjmuje w każdy piątek"

Rękodzieło Chamulów na tutejszym targu.



"Tradycyjne władze San Juan Chamula" na pocztówce.

Cmentarz i ruiny kościoła.




"Zabrania się wyrzucać śmieci" z trzema błędami ortograficznymi i szczęśliwym baranem.


Widok na śmieci.



Więcej:
- Gary H. Gossen "Chamulas in the World of the Sun"
- "Chamula, un pueblo indio de los altos de Chiapas" oraz powieść "Juan Pérez Jolote" - Ricardo Pozas
- Victoria R. Bricker "Ritual Humor in Highland Chiapas" oraz jej inne teksty na temat Chamuli

7 komentarzy:

  1. Blog czyta się z zapartym tchem :) Niesamowite opowieści :) Zazdroszczę :) Też miałem okazję kiedyś poznać pewną "Meksykankę". Tutaj nieco więcej na ten temat: http://www.sebastianczaplinski.pl/komentujemy/niezly-meksyk-pani-ewy/ :)

    OdpowiedzUsuń
  2. Bardzo ciekawy i świetnie napisany tekst! A Panią Ewę miałam okazję poznać, nigdzie indziej jak na zorganizowanej przez nią w Meksyku polskiej wigilii, z garem barszczu i całymi zastępami domowych pierogów:) Pozdrawiam serdecznie i dziękuję za ciepły komentarz.

    OdpowiedzUsuń
  3. Takich pięknych i pojemnych plecaków ze skóry z wyszywanymi kolorowymi aplikacjami nigdzie pewnie już nie spotkamy. Jakże kusiły, ale za duże na bagaż podręczny, a limity wagowe w samolocie niestety skrzydła podcięły do reszty...
    Posh super - my po degustacji wybraliśmy hibiskusowy w sklepie po lewo po drodze z parkingu autobusowego do centrum. Czystego niestety nie spróbowałem, bo tak się zagapiłem, na ceremonie wlewania go we włożone jeden w drugi dwa foliowe worki, że mi mowę odjęło...
    No i jeszcze urocze gaworzenie współczesnych Majanek w naszym ojczystym: "Kup laleczkę, kup laleczkę, później, później".
    A obserwowana przez nas w kościele kura miała szczęście - przeżyła, przynajmniej do naszego wyjścia.
    P.S. Pani blog od dłuższego jest głównym powodem, dla którego włączam internet;-)))

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Bardzo mi miło. Daje mi to siłę, żeby pisać dalej! :)
      A miejsca, gdzie sprzedaje się pox w foliowych workach, nie znam. Następnym razem, jak będę w Chamuli, to sprawdzę.
      Pozdrawiam!

      Usuń
  4. ...a mogę wrzucić fotkę sklepiku, tylko gdzie i jak?
    przyznaję, że mi japę rozdziawiła ta metoda dystrybucji C2H5OH;-)))
    Kłaniam się piórami kapelusza zamiatając podłogę przed Pani;-)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Może na mejla, jeśli to nie problem? szakirrr@gmail.com

      Usuń
  5. Z San Juan Chamula przywiozłam sobie pamiątkę: cudowne, kolorowe, podobno ręcznie plecione buciki. Znalazłam w internecie ich nazwę: huaraches(?). Wizyta w tej wiosce zrobiła na mnie piorunujące wrażenie - chyba największe podczas pobytu w Meksyku.
    Cały czas mam to w głowie, zdjęć zrobiłam mało - nasza przewodniczka nas ostrzegła - miejscowa ludność nie lubi pstrykania fotek, to podobno kradnie cząstkę ich duszy...

    Na Twojego bloga i fanpejdża trafiłam przypadkiem, ale zostaję na dłużej! Pozdrawiam Cię serdecznie :)

    OdpowiedzUsuń