piątek, 18 października 2013

Meksykański Czarnobyl. Ostatni żywy pomnik huraganu Wilma

Każde miejsce ma jakieś ukryte perełki - brzmi stara podróżnicza prawda. Zgodnie z nią postanowiłam dać w końcu szansę turystycznemu Cancun. Do tej pory uciekałam z tego tranzytowego miasta tak szybko, jak się dało. Cancun było dla mnie nie Meksykiem, a enklawą Stanów Zjednoczonych. Samo wymawianie nazwy tego miasta powodowało u mnie niesmak niczym po zjedzeniu tłustego hamburgera z McDonalda. Wypełnione grubymi Amerykanami i pijanymi nastolatkami podczas spring breaku nie zasługiwało na wzmiankę na moim blogu. Ale poszłam po rozum do głowy. Postanowiłam poznać się lepiej z Cancun. I wtedy odkryłam to niesamowite miejsce.
Ruiny luksusowego hotelu el Pueblito po przejściu huraganu nazwałam roboczo meksykańskim Czarnobylem. To trochę na wyrost określenie przyszło stąd, że trzy noce w czarnobylskiej zonie spędza dokładnie w tym samym momencie mój kumpel Bartek, o którym często w podróży myślę. On jest tam, a ja tu, po dwóch stronach globu.  Każdy w swoim własnym Czarnobylu.

Ogromny teren kurortu zamieniony w ruinę to sprawka huraganu Wilma. Przeszedł on przez Jukatan dokładnie 8 lat temu. Także w październiku, bo tu nie obchodzi się jesieni - październik jest miesiącem huraganów. 22 października 2005 roku Wilma uderzyła w meksykański półwysep Jukatan, gdzie pozbawiła domów i noclegów dziesiątki tysięcy ludzi, a śmierć poniosło 10 osób. W panice z egzotycznych wysp i wybrzeży meksykańskich uciekło ponad 35 tysięcy turystów. Oprócz turystów huragan wymiótł też stąd cały piasek, który trzeba było potem tutaj na miejsce dowozić. Wilma była najpotężniejszym zarejestrowanym huraganem wszechczasów.

Dziś leżąc na bieluteńkim piasku z widokiem na luksusowe hotele i lazurową wodę zupełnie nie da się odczuć skali tamtych zniszczeń. Jedynym pomnikiem tamtych wydarzeń jest zniszczony ogromny kompleks hotelowy położony między jednym a drugim ekskluzywnym hotelem dla Amerykanów. Miejsce to jest wysepką w morzu luksusu. Hotel jest teraz królestwem iguan i innych jaszczurów, których dziesiątki wygrzewają się przy wyschniętych basenach. Sąsiadem tych nowych letników jest jeden mały bar. Pewna meksykańska rodzina w opuszczonym hotelowym pomieszczeniu urządziła prowizoryczną knajpkę. Plastikowe krzesełka i krzywe parasole kontrastują ze splendorem okolicznych hoteli. To właśnie ojciec rodziny, gdy zajadałyśmy tamale w jego barze, opowiedział nam historię tego hotelu.





















2 komentarze:

  1. Cześć! Fajny tekst i znakomite zdjęcia. Gratuluje! Muszę przyznać, że miałem podobne wrażenia z Cancun. Jest coś odpychającego, a zarazem przyciągającego w tym mieście. Jeśli będziesz miała chęć skonfrontować przeżycia, to zapraszam na moją stronę .
    http://worldisonmymind.com/2014/05/the-phantom-city-of-cancun/?lang=pl
    Pozdrawiam

    Łukasz

    OdpowiedzUsuń
  2. Wybieram się w kwietniu do Meksyku i być może będę w Cancun przejazdem. Chciałabym zobaczyć te ruiny. Jak mogę sprawdzić czy to miejsce wciąż istnieje? Może już powstał tam inny luksusowy hotel?
    pozdrawiam,

    OdpowiedzUsuń