czwartek, 1 stycznia 2015

Club Las Velas. Hotel, który nigdy nie przyjął żadnego gościa

90 hektarów terenu nad brzegiem jeziora Bacalar miało zamienić się w luksusowy kompleks hotelowy. Budowę przerwano jednak przed samym zakończeniem i od 15 lat hotel popada w ruinę. Do hotelowych korytarzy wdziera się roślinność, a pokoje służą nietoperzom, pszczołom i ptakom.



Już kiedyś nad brzegiem Morza Karaibskiego odwiedziłam inne hotelowe ruiny. Hotel w Cancun został zniszczony przez huragan Wilma i był świetnym przykładem na to, by pokazać, jak wyglądał kurort kilka lat temu i jak od tego czasu udało się odbudować. I że teraz we wczasowej beztrosce nie da się dostrzec tragedii, jaka spotkała to miejsce zaledwie krótki czas wcześniej. Historia Clubu Las Velas w Bacalar jest zupełnie inna, ale też dużo mówi o Meksyku. To historia z przemytem narkotyków i skorumpowanymi politykami w tle.

Do ruin Clubu Las Velas nie było łatwo się dostać. Usłyszałam o nim gdzieś w jakiejś rozmowie nad brzegiem jeziora Bacalar i już nie mogłam myśleć o niczym innym. Mało kto jednak wiedział, gdzie to miejsce się tak właściwie znajduje. Miałam też wrażenie, że niektórzy może wiedzą, ale wcale nie chcą mi powiedzieć. Odsyłali mnie w różne miejsca, byle dalej od nich, niczym Indianie zapytani przez Hiszpanów, gdzie jest złoto. 

Miejsce jest ogrodzone i chronione przez policję, która nie pozwala nikomu wejść, w ochronie przed rozgrabieniem hotelowego wyposażenia. Owa "policja" składała się jednak z jednego strażnika, 23-letniego Alfonsa, który długo nie dał się prosić, żebym mogła wejść do środka. Co więcej, powiedział, że tak właściwie to trochę nudzi na warcie i może mi pokazać cały kompleks. Poza tym, stwierdził, że iść musi, bo tam dalej czai się na mnie wiele śmiercionośnych wężydeł, a jak on będzie ze mną to żadna kulebra nie odważy się podejść. No i poza tym ma latarkę. A sam pracuje tu dopiero od miesiąca, więc chętnie sam trochę pozwiedza.

Hotel budował sobie pewien polityk, który miał kontakty z przemytnikami narkotyków, złapali go i od tamtej pory kompleks stoi pusty - wyjaśnił mi. Polityk nie był byle jaką płotką, ale gubernatorem całego stanu Quintana Roo. Mario Villanueva Madrid "Chueco" ("krzywonogi") urzędował w latach 1993-1999. Dorobił się nie małej fortunki na tym, że pozwalał narcotraficantes cumować tu statki i przerzucać kokainę przez jego stan. Pieniądze zainwestował między innymi w hotel marzeń w swoim ulubionym miejscu w stanie - nad jeziorem Bacalar. Villanueva Madrid uważał, że to miejsce jest stanowczo niedocenione przez turystów i że brakuje tu infrastruktury hotelowej.

Hotel jednak nigdy nie miał przyjąć żadnego gościa. Kontakty gubernatora ze światem przestępczym zostały ujawnione, a sam Villanueva zbiegł na dwa tygodnie przez zakończeniem swojej kadencji - wtedy, kiedy jeszcze chronił go immunitet. Został zatrzymany w 2001 roku podczas rutynowej kontroli drogowej w Cancun. Przesiedział kilka lat w więzieniu w stanie Meksyk, W wyniku ekstradycji gubernator został skazany w 2010 roku także w USA. Ma tam odsiedzieć kolejnych 11 lat.

Cała ta historia zastała hotel, gdy wszystkie budynki były już wzniesione i przystępowano do wyposażania kompleksu. Od tamtej pory nic tu się praktycznie nie zmieniło. Na ziemi wciąż można znaleźć plany budowy, listę wyposażenia kuchni oraz palone w pośpiechu przed przyjściem policji dokumenty i komputery. Co dalej stanie się z tym miejscem? - pytam Alfonsa. Na razie wszyscy są bardziej zajęci kłóceniem się, do kogo on należy - wyjaśnia.

Zachęcam do kliknięcia na któreś ze zdjęć i obejrzenie ich w większym formacie w galerii.


To wszystko, co widzicie na zdjęciach, to opuszczone hotelowe budynki.



























1 komentarz:

  1. Szkoda, że stoi i się tak marnuje..., póki co ma jeszcze swój urok, ale jak nikt o to nie zadba to za chwile nic z tego nie zostanie.

    OdpowiedzUsuń