poniedziałek, 11 czerwca 2012

Chilango, jarocho i inne chłopaki

- Skąd jesteś? - zapytałam mojego kolegę Jorge. Jorge mieszka w San Cristobal. Pracuje tu po miejscowych knajpach. Jest Meksykaninem, ale jego twarz nie ma ni krztyny indiańskich rysów, które są tak oczywiste na tutejszym targu. - Jestem z Deefe - odpowiedział - I choć mieszkam tu 6 lat i to jest teraz moje miejsce, to zawsze będę chilango.

"Chilango" to w nomenklaturze meksykańskiej mieszkaniec miasta Meksyk.
Cała meksykańska onomastyka jest utkana z takich uroczych nazw określających mieszkańców miast. Mieszkaniec Veracruz to jarocho, mieszkaniec Puebli - pipope, a ci ze stanu Nuevo Leon to regios. Ma to trochę charakter przezwiskowy, coś jak nasze polskie "pyry" (z Poznania), "centusie" (z Krakowa) czy "uchole" (przykład lokalny z Sieciechowa pod moimi rodzinnymi Kozienicami). Ale ksywki te już na tyle wrosły w uzus, że stały się już niemalże oficjalnymi nazwami mieszkańców danych miejsc. Nie zmienia to jednak faktu, że budzą one wciąż różne, często dość skrajne emocje. A przyznanie, że jest się "chilango", nie oznacza tylko tego, że jest się z Deefe. Słowo to otwiera cały wór cech, które w momencie takiej deklaracji zostają nam przypisane.



CHILANGOS


Określenie "chilangos" jest w swym nacechowaniu dość ambiwaletne. Niektórzy defenos z dumą nazywają siebie "chilangos", inni uważają, że są "capitalinos", gdyż - jak mówią - się tu urodzili, a "chilangos" to świeże nabytki, ludzie, którzy przybyli tu spoza miasta. Mój znajomy Carlos wyraża się o "chilangos" z lekką nutą pogardy w głosie twierdząc, że to "prowincjusze, którzy tak się zachłysnęli Deefe i tym, że są miastowi, że zapomnieli o swoim pochodzeniu, o swojej rodzinnej miejscowości i ludziach tam mieszkających". Mimo że starają się po stołecznemu wysoko nosić głowę, to wciąż wystaje im słoma z butów. "Chilango" według Carlosa przypomina nieco naszego warszawskiego "słoika". "Słoik" to nowo ukuty przez rodowitych warszawiaków termin określający osobę, która przyjechała tu za pracą, traktuje Warszawę jako sypialnię oraz zarabialnię, a co niedzielę korkuje wlotówki do miasta samochodami na białostockich rejestracjach z bagażnikami pełnymi słoików z wałówką.

Mój inny znajomy Jose wyjaśnił mi jednak, że "chilangos" w tym znaczeniu funkcjonowali sto lat temu, gdyż byli określeniem osób, które sprowadziły się do Deefe po rewolucji meksykańskiej. Teraz zaś jest ono określeniem wszystkich mieszkańców miasta (zwanego stąd Chilangolandią). Mimo tego, że przez wielu określenie to jest używane z dumą, to meksykańskie "urban dictionaries" wciąż wyjaśniają ten termin w sposób pejoratywny. Pewnie dlatego, że mieszkańców stolic nie lubi się w większości krajów i w każdym z tych krajów myśli się o nich podobnie. Podobnie jak warszawiacy dla nie-warszawiaków tak chilangos dla nie-chilangos są "samolubni, aroganccy, homofobiczni i rozpieszczeni". Są to osoby, dla których "liczy się tylko zawartość portfela", które "nigdy nie śmieją się z żartów na własny temat" i nie rozumieją czarnego, abstrakcyjnego poczucia humoru. Uwielbiają traktować ludzi z góry i posługują się niezwykle zawiłymi zdaniami wielokrotnie złożonymi tylko po to, by zaimponować innym. "Chilangos" budzą taką niechęć wśród reszty społeczeństwa, że ukuto na ich temat przedziwne naprawdę hasło, które zaskakująco często się cytuje, a mianowicie: "Haz patria, mata a un chilango" (w wolnym tłumaczeniu: "Bądź patriotą, zabij chilango").


Meksyk wg chilangos

W mieście działa czasopismo pod nazwą "Chilango". Powstało ono w 2003 roku i nazwało się tak, a nie inaczej, żeby podkreślić humorystyczny charakter pisma. Początkowo miało ono charakter autoironiczny i opierało się na takich działach jak: "DFnitivo" (opowiadający o surrealizmie dnia codziennego w mieście, niedokończonych inwestycjach czy idiotycznych pomysłach władz), "El pinche gringo" (Meksyk oczami krytycznego Amerykanina, który nie jest istotą rzeczywistą, ale konstruktem stereotypów meksykańskich na temat gringos) czy "Chilangoniol" (traktujący o gwarze miasta, prowadzony przez zacnych akademików z Real Academia de la Lengua, którzy sami nadali działowi podtytuł "Real Epidemia de la Lengua"). Teraz magazyn "Chilango" wyzbył się w znacznej mierze swego humorystycznego charakteru. Obecnie w przeważającej części jest to standardowy informator miejski z newsami, zapowiedziami i komentarzami kulturalnymi oraz przeglądami stołecznych restauracji. Historia nazwy pisma trochę obrazuje stosunek mieszkańców do słowa "chilango": na początku traktują je z przymrużeniem oka, ale z czasem przyzwyczajają się do niej. Na początku oznacza ono osobę przyjezdną, a potem staje się określeniem wszystkich mieszkańców. Czy to dlatego, że w dużych miastach "każdy jest skądś"? Czy "słoik" kiedyś stanie się określeniem wszystkich warszawiaków?

Sama etymologia nazwy nie jest do końca znana, pochodzi najprawdopodobniej z języka nahuatl. Mieszkańcy Veracruz dopisali sobie jednak do tej nazwy swoją własną etymologię, która mówi, że "chilango" to nazwa ryby, znanej ze swojego intensywnie czerwonego koloru. Czerwony to epitet, który najlepiej opisuje przyjeżdżających na wybrzeże deefenos, gdyż ich "delikatna, blada skórka" już po jednym dniu w słońcu Veracruz robi się czerwona jak u rzeczonej ryby. Widziałam też sympatyczne rozbicie etymologii tego słowa: na "chile" (papryczka) i "chango" (małpa po meksykańsku), z dopiskiem, że chilango ma ciało jak chillii, a skórę jak małpa. Z kolei na odległej północy - jak opowiadał mi znajomy Sergio ze stanu Sonora - znaczenie słowa "chilango" zawęziło się do żołnierzy z Deefe, który stacjonują w tamtejszych bazach. Możliwe, że żołnierze to jedyni capitalinos, którzy są tam widywali, więc chcąc nie chcąc nazwa ta ogranicza się tam jedynie do nich.

"Jak mieszkańcy północnego Meksyku widzą resztę kraju?"
czyli definicja "chilango" zgoła odmienna

JAROCHOS


Z kolei "jarochos", mieszkańcy Veracruz, są jakby jawną opozycją charakteorologiczną dla sztywnych chilangos. Cechuje ich silny język, wesołe usposobienie, prostota ducha i luz. Sami o sobie mówią, że są "100% hot" ze wszystkimi idącymi za tym skojarzeniami oscylującymi wokół terminu "rubaszny latino lover". Poza swoją ojcowizną postrzegani są jako autorzy ostrych, obscenicznych, niewyszukanych żartów. Mój znajomy jarocho Kike próbował sobie takimi żartami ze mną poigrywać. Było to poczucie humoru na poziomie śmieszności niższej niż podstawówkowe żarty w rozpinanie dziewczynkom staników na w-fie, przyklejanie karteczki "kopnij mnie" na plecach albo rysowanie penisów w zeszycie, gdy ktoś idzie do tablicy.

Dla przykładu jeden "pyszny żarcik" Kike przytaczam jako rysunek poglądowy:
Od kilku godzin obserwujemy paradę karnawałową.
Kike (nagle): Ola, lubisz mnie?
Ola (co tu rzec): Jasne, Kike.
Kike: To możesz potrzymać mi na chwilę piwo?
Ola: Spoko. (biorę owo piwo, ale okazuje się samym plastikowym kubkiem)
Kike w tym momencie udaje, że rozpina rozporek i chce się wysikać do owego, trzymanego przeze mnie kufla. I w śmiech.
Nigdy nie słyszałam, żeby ktoś się tak świetnie ubawił ze swojego własnego żartu.



Teorii na temat powstania tej nazwy jest również wiele, jedna wywodzi się ponoć od starego hiszpańskiego słowa oznaczającego: szorstkość, obcesowość, chaos, bałagan. I jak się nad tym dłużej zastanowić, to coś w tym faktycznie jest:) Son jarocho to także tradycyjna muzyka z Veracruz. Tradycyjne piosenki son jarocho traktują o urokach i beztroskach życia w Zatoce Meksykańskiej w dawnych czasach, czyli pokrótce "jak dobrze być marynarzem i całować słodkie dziewczęce usta w tych oto pięknych okolicznościach przyrody". Te zacne przyśpiewki wykonuje się zazwyczaj w charakterystycznych półprzezroczystych białych koszulach zwanych guayaberas i generalnie w wdziankach w kolorze białym, który jest typowy dla tego regionu. Najbardziej znanym kawałkiem tego gatunku muzycznego jest słynna "La Bamba" z łatwo wpadającymi w ucho słowami, które nie wnoszą do naszego życia więcej niż dwa zdania: "Żeby tańczyć la bambę trzeba mieć trochę gracji" i "Jam nie marynarz, jam kapitan". 


Więcej o san jarocho piszę TUTAJ.



PIPOPES

Prawdziwa etymologia nazwy mieszkańców miasta Puebla też nie jest znana. Niezwykłą jednak popularnością cieszą się dwa fikcyjne wyjaśnienia, może właśnie dlatego, że są tak biegunowo od siebie różne. Mieszkaniec Puebli zapytany, dlaczego "pipope" to "pipope" odpowie, że to skrótowiec od "pieza poblana perfecta" (coś jak perfekcyjne dzieło z Puebli), zaś jego adwersarz rzeknie, że od "pinches poblanos pendejos" (pieprzone dupki z Puebli). Chyba żadna inna społeczność lokalna Meksyku nie jest tak obśmiewywana jak Bogu ducha winni pipopes.

Dostaje im się za to, że - jak mówi staropolskie przysłowie - "wyżej srają niż dupę mają". Wożą się samochodami, na które ich nie stać, kradną wifi na blackberry podebranym ojcu i robią sobie zdjęcia komórką, żeby pokazać znajomym, że byli w modnej dyskotece albo w modnym centrum handlowym Angelopolis (podczas gdy tak naprawdę zaopatrują się w Walmarcie) Ich życiowym mottem jest "Jak cię widzą, tak cię piszą", a najlepiej jest być widzianym na zdjęciu na lokalnym portalu imprezowym "Somos VIP" ("Jesteśmy VIP-ami"). Wskazanym jest, żeby na takim zdjęciu modnie rozpiąć trzy guziczki podróbki koszuli od Dolce Gabbany, najlepiej w kolorze róż lub biel. Ich życiowym celem jest być VIP-em wśród innych pipopes, ich świat nie sięga wiele dalej niż granice ich zapyziałego miasteczka.



INNE CHŁOPAKI
czyli mini słowniczek zawierający inne, mniej oczywiste określenia niż chiapaneco dla mieszkańca stanu Chiapas:

tapatios - Jalisco
regios/rejios - Nuevo Leon
laguneros - Torreon i okolice
hidrocalidos - Aguacalientes
abajenos - dolne Jalisco
tijuas - Tijuana
choyeros - Ciudad Constitution
cachanilla - Baja California
boxito/boshito - półwysep Jukatan
arascos - Michoacan
alacran - Durango
jaibo - Tampico
coletos - San Cristobal de las Casas

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz