czwartek, 13 czerwca 2013

Son Jarocho. Lekcja muzyki meksykańskiej

Na początek czytania tego wpisu odpalcie sobie ten kawałek. To będzie taki soundtrack do czytania dzisiejszego posta. Bo dzisiaj porozmawiamy właśnie o muzyce.



 Zapewnie zauważyliście, że kawałek, który leci w waszych głośnikach/słuchawkach to jakaś zniekształcona "La Bamba". Sprawa ma się jednak na odwrót. To Ritchie Valens, chłopaczek meksykańskiego pochodzenia, zniekształcił tradycyjną piosenkę son jarocho na potrzeby amerykańskich słuchaczy. Wziął do Stanów tekst, melodię i swoje meksykańskie nazwisko, a całą resztę zostawił w Veracruz.

Cała reszta to całkiem sporo. Mamy tu cały szereg typowych tylko dla muzyki son jarocho instrumentów, charakterystyczny styl śpiewania oraz teksty, a także niezwykły taniec, który z resztą wlicza się do instrumentów muzycznych.

Son Jarocho to bowiem typowe tylko dla tego gatunku muzycznego instrumenty:
- jarana - mała gitara o wysokim brzmieniu, z pięcioma rzędami stun (z których 3-5 jest podwójna, co daje w sumie 8-10 strun)
- requinto jarocho - mniejsza jarana o jeszcze wyższym brzmieniu
- mosquito - maluteńka jarana o wybitnie wysokim dźwięku
- leona - gitara basowa
- quijada - szczęka osła, która służy za perkusję (tutaj możecie to sobie zwizualizować)
- czasem harfa, ale też jej rodzaj, który jest typowy dla son jarocho właśnie.

Typowe conjunto jarocho czyli muzycy wraz z instrumentami. Obraz naszego znajomego - Honoria Robledo.

Jarany własnoręcznie wykonane przez Honoria.

Do tego dochodzą jeszcze mniej dystynktywne dla son jarocho instrumenty: guiro (prekolumbijski instrument, charakterystyczny dla sekcji rytmicznej cumbii), cajon (bęben w formie skrzynki, na którym gra się siedząc), marimbol (to musicie zobaczyć, bo trudno opisać)  oraz zapateado, czyli "instrument" bardzo dla tego gatunku muzycznego typowy. Zapateado bowiem to nic innego jak perkusja "nożna", czyli wystukiwanie rytmu przy użyciu stóp, takie meksykańskie stepowanie. Zapateado jest więc siłą rzeczy również tańcem. Żeby dźwięk był głośniejszy tańczy się na skrzynkach (czasem przemaluczkich) albo miniscenach.


Ta scena jak gdyby nigdy nic jest ustawiona na lokalnym sobotnim ekotargu w Coatepec.
A nuż ktoś na nią wskoczy.

Za tym, trzecim już razem, w Xalapie natrafiliśmy z kolei na czterodniowy festiwal muzyki son jarocho organizowany w Casa de Nadia, siedzibie Sonexu czyli jednego z bardziej znanych obecnie zespołów, które łączą son jarocho z nowocześniejszymi rytmami (do tego musiało dojść, wszędzie dochodzi - dajmy na to naszą Kapelę Ze Wsi Warszawa ze światowymi dj-ami albo zespoły R.U.T.A. czy Pochwalone). Odbywają się w jego ramach koncerty, pokazy filmów czy degustacje lokalnego jedzenia (tutaj króluje niepodzielnie nasza znajoma Sirani!). Festiwal Son Son to także darmowe warsztaty gry na wszystkich instrumentach tego gatunku muzycznego. Aaron zapoznaje się właśnie z leoną, czyli lokalnym basem. Ja zaś odpoczywam po warsztatach zapateado, gdzie uczyłam się moje buty z Gwatemali transformować w lokalny instrument muzyczny.


(Ta fotka nie moja, a z Facebooka festiwalu)




Graffiti w Casa de Nadie.

Sama nazwa son jarocho wywodzi się od nazwy mieszkańców południowej części stanu Veracruz, więcej na ten temat pisałam we wpisie o nazwach mieszkańców poszczególnych miast. Zostawiam Was z tą lekturą, zaś sama ruszam w fandango, czyli w to, co najbardziej uwielbiam w son jarocho. Fandango to bowiem przepięne połączenie imprezy, tańca i jam session. Ale o tym w następnym wpisie. Albo w którymś z kolejnych.

1 komentarz: