Recenzja: "Miasto Meksyk" Juan Villoro

Dużo dobrego w tym roku z Meksyku! Po styczniowej premierze „Wściekłych suk” Dahlii de la Cerdy w wydawnictwie Filtry, teraz czas na świetne non fiction od Wydawnictwa UJ i marki Bo.wiem -  12 kwietnia ma miejsce premiera „Miasta Meksyk” Juana Villora.

Miasto Meksyk Poziomy zawrót głowy Juan Villoro Recenzja

Juan Villoro to znany meksykański pisarz i dziennikarz, który publikował dla najważniejszych tytułów w kraju takich jak „El País”, „Reforma” czy „La Jornada” (gdzie był szefem dodatku kulturalnego „La Jornada Semanal”). W 2004 roku jego popularność poza granicami kraju eksplodowała, kiedy to dostał hiszpańską nagrodę Premio Herralde. W Polsce mogą go znać także kibice futbolu – Villoro to wielki fan piłki nożnej, o której często pisze. W Meksyku nazywany jest zresztą „piłkarskim filozofem”. Dla niego futbol to o wiele więcej niż sport, jest on – jak sam mówi – lustrem społeczeństwa.

Przedsmak opowieści Villora o rodzinnym mieście polscy czytelnicy mieli już w tekście „Czilangopolis”, który ukazał się w 2021 roku w zbiorze reportaży latynoamerykańskich „Dziobak literatury” (Dowody, red. Beata Szady). To zresztą Juan Villoro jest autorem tytułowego określenia. „Dziobakiem literatury” nazwał on właśnie reportaż. Bo tak jak dziobak to niejako sklejka różnych zwierząt – ma w końcu dziób kaczki, sierść wydry i ogon bobra – tak reportaż jest siłą składową wielu gatunków literackich.

Podobnie jest z „Miastem Meksyk”. Jeśli miałabym określić gatunek literacki tej książki, powiedziałabym, że jest to mieszanka eseju, pamiętnika i reportażu, może jeszcze paru innych gatunków. To non fiction, ale napisane językiem soczystym jak poezja. A są i autobiograficzne opowieści, które czyta się jak najlepsze opowiadanie. Wydaje mi się, że Miasto Meksyk wymagało takiej formy, bo samo przecież jest takim dziobakiem – pozszywane z różnych epok, zbudowane z różnych stylów, zarówno tych architektonicznych, jak i wszystkich innych: gastronomicznych, muzycznych, estetycznych oraz różnych stylów życia. To miasto, którego tożsamością jest wielogłos, którego tożsamością jest tłok i hałas.

To miasto, w którym zawsze jest głośno. Budzą dzwonki śmieciarek oraz rozstrojone katarynki, w południe na ulice wyjeżdżają pickupy zachęcające z głośników do sprzedaży starych materaców, lodówek i mikrofalówek, a wieczorem ulice należą do sprzedawców tamales z Oaxaki. O każdej porze zaś w jakąś dziwaczną kompozycją komponują nawoływania sprzedawców i samozwańczych parkingowych, a także muzyka z głośników: w barach, sklepach, a nawet w aptekach. O każdej godzinie mogą też zabrzmieć syreny ostrzegające przed trzęsieniami ziemi. Były okresy, że odzywały się tak często, że mieszkańcy piszą petycje, by zamienić ich dźwięk na rytmy tanecznej cumbii.

Opowieść o mieście, które jest wieczną kakofonią dźwięków nie mogła wyglądać inaczej. Narracja Villora też jest taką mieszanką głosów – nie tylko, jeśli chodzi o gatunek, ale także tematykę. O tym mieście – kiedyś największym na świecie – nie da się oczywiście stworzyć opowieści kompletnej. W książce dobijają się do nas tylko fragmenty jego głosów. Ale w moim odczuciu właśnie te – jak tamales, katarynki i syreny – najbardziej dla miasta typowe i będące kluczem do zrozumienia jego tożsamości.

Mamy tu więc obok siebie opowieści o bohaterskich obrońcach miasta Meksyk w wojnie z Amerykanami, ulicznych sprzedawcach bez i mleczarzach. Bohaterami książki stają się bazary, domowe patia gospodarcze czy jedzone w korku gorditas. Są najważniejsze wydarzenia z życia miasta, takie jak trzęsienia ziemi, ale też te z pozoru mniej ważne, jak piętnaste urodziny dziewczyny z jednej z biedniejszych dzielnic stolicy. Wszystkie te historie mają tu znaczenie, wszystkie tworzą barwną mozaikę Miasta Meksyk malowaną przez Juana Villora. Pełną odniesień literackich i prywatnych wspomnień. Najeżoną tyloma błyskotliwymi spostrzeżeniami i trafnymi porównaniami, że niemalże na każdej stronie mam pozaznaczane jakieś cytaty.

Najsłabiej w tym świetnym dziele wypadają według mnie wspomnienia o spotkaniach z różnymi sławnymi Meksykanami. W moim odczuciu trochę za mało w nich treści i kunsztu, za to dużo dziaderskości – chwalenia się, kogo to się nie znało, i podbijania przez to swojej pozycji. O wiele lepsze są tu historie o kolegach z dzieciństwa czy pierwszych miłościach. Książkę jednak kupuję jako całość. I nie mogę przestać się nią zachwycać. To książka, na jaką zasługuje każde miasto.

Miasto Meksyk Poziomy zawrót głowy Juan Villoro Recenzja

Strona Mexico Magico Blog jest patronem medialnym książki, na skrzydełku znajdziecie też blurba mojego autorstwa. Książka do kupienia na stronie wydawnictwa.


Komentarze