poniedziałek, 5 września 2011

Spotkanie dwóch światów

Na mój piękny targ codziennie zjeżdżają się Indianie z okalających San Cristobal górskich wiosek. Gdy wyjeżdża się z San Cristobal małymi busikami – collectivos - zawsze jedzie się busem pełnym Indian w tradycyjnych strojach.  Z 33 plemion Majów żyjących na terenie Meksyku, Gwatemali, Belize, Hondurasu, w stanie Chiapas, w którym leży San Cristobal, żyje ich 11. Niektóre z nich jeszcze 50 lat temu żyły prawie totalnie odizolowane od świata w zaciszu górskich puszcz, bronione przez hordy owadów, węży, błot, gąszczy i innych nieprzyjemności. Wydaje się często, że spotkanie z Indianami, spotkanie dwóch światów to Kolumb i konkwista, ale tak naprawdę dzieje się to cały czas. Spotkana tutaj w hostelu Brazylijka pracowała w rządowej organizacji z ludźmi, którzy dowiedzieli o świecie zewnętrznym dopiero w latach siedemdziesiątych XXw.

Podobnie było z Lakandonami, Majami żyjącymi nieopodal San Cristobal. Do połowy XX wieku ich kontakt ze światem zewnętrznym był niewielki, jako że udało im się uniknąć konkwisty, chrystianizacji i wszelkiej kontroli ze strony kolonizatorów. Ale XX wiek, kartografia, budowa drogi, poszukiwanie ropy, Google Maps są silniejsze niż szesnastowieczna konkwista. Na szczęście przed tym wszystkim do Lakandonów dotarła para entuzjastów: Gertrude i Frans Blom. Frans Blom pierwszy raz przybywa w okolice Palenque z kompanią gazową, która wydobywa na tych terenach ropę. Coś musi się w nim wtedy zmienić, i musi być to zmiana przepiękna, bo Frans rzuca pracę, jak również hulaszczy tryb życia bawidamka, żeby rozpocząć studia archeologiczne na Harvardzie. W kilka lat później wraca tutaj jako pierwszy archeolog na tym terenie. Zafascynowana jego historią młoda, acz doświadczona przez wojnę, Szwajcarka, udaje się do Meksyku, by badać żyjące tam plemiona. Frans i Trudi po raz pierwszy spotykają się w dżungli w Chiapas. Taka historia musi się zakończyć się wielką miłością. Do siebie nawzajem, ale przede wszystkim do Chiapas i do żyjącej tam ludności.

Trudi i Frans całe życie poświęcili na badanie historii i współczesności życia Majów z Chiapas. Długie miesiące spędzali na wyczerpujących wyprawach przez dżunglę, a deszcz nie przestawał padać ani na sekundę. Frans był pionierem archeologii na tych terenach, a Trudi fotografując życie Lakandonów pokazała światu, kim oni są i jak żyją. Na jej zdjęciach widać, jak bardzo starała się zrozumieć tych ludzi, ich kulturę i zwyczaje. Sami Lakandonowie bardzo szanowali Trudi. Nazwali ją „la reyna de la selva” (królową puszczy). Trudi jednak nigdy nie zdecydowała się zostać z nimi na stałe. Czas pomiędzy kolejnymi wyprawami w puszczę zajmowały jej podróże po Europie. Odwiedzała liczne organizacje, pokazywała zdjęcia, szukała sponsorów na kolejne badania. Wywalczyła też liczne przywileje dla Lakandonów w prawie meksykańskim, starała się, żeby uszanowało ono kulturę tych ludzi. I tak na przykład poligamia, która w Meksyku jest oficjalnie nielegalna, u Lakandonów jest akceptowana, jako że jest to część ich tradycji.



Trudi tuż śmiercią, świadoma jej rychłego przyjścia, udaje się do wioski lakandońskiej, żeby pożegnać się ze swoimi przyjaciółmi.
Frans i Trudi kupili w San Cristobal hacjendę, podobno teren dawnego klasztoru, by zamienić to miejsce w najbardziej kolorowe i przyjazne miejsce w całym mieście. Nazwali je „Na Bolom”, co w języku Majów oznacza „Dom Jaguara”, jest także zabawą słowną nazwiskiem badaczy. Ich dom był zawsze otwarty. Indianie, którzy zjeżdżali tu na targi z odległych wiosek, nie mieli wówczas szybkich collectivos i często zostawali w San Cristobal na noc, gdzie spali na ulicy. Blomowie zapraszali ich wtedy do swojego domu. Tu zawsze palił się ciepły ogień i na każdego czekała ciepła kolacja. Przy jednym stole zasiadali wszyscy. Indianie, oficjele, artyści, badacze. I mimo że Frans i Trudi już nie żyją, to kolacje punktualnie o 19.00 odbywają się po dziś dzień. Obecnie Na Bolom to centrum artystyczne, gdzie na stypendia przyjeżdżają studenci z całego świata (działa na podobnej zasadzie jak CaSa w Oaxace). Jest tu też biblioteka z ogromnym zbiorem książek na temat Majów w różnych językach świata, które można poczytać przy kominku i herbatce. Na Bolom jest dokładnie na mojej tu ulicy, planuję wpadać tu częściej, by dowiedzieć się więcej o Majach, a szczególnie o tym, w co wierzą. Wiara mnie fascynuje. Uważam, że jest jedną z tych rzeczy, które odróżniają nas od zwierząt i czynią ludźmi.

Moje podróże są po części właśnie taką rozpaczliwą próbą uwierzenia w Boga, w jakąś siłę stojącą za tym światem, w sensowność mojego tu istnienia, którego cywilizacja zachodnia mi nie daje, a co więcej – pozbawia. Próbuję uwierzyć, że czas może płynąć w inny niż linearny sposób. Cykliczny – jak u kultur tradycyjnych. Lub nomadyczny – szlakiem wszystkich miast, które znają moje kroki, oraz szlakiem wszystkich miejsc, zdarzeń, ludzi i rzeczy, które przeżywam. Podróżowanie to taka totalna reorganizacja myślenia o życiu, wszechświecie i całej reszcie.

Niektórzy dla tego wszystkiego porzucają wszystko, co mieli i znali dotychczas, by żyć życiem kultur pierwotnych (nazwa ta ma nieprzyjemne konotacje w języku polskim, jest jednak w pełni naukowa i adekwatna). By dotrzeć do źródeł czasu, do źródeł człowieczeństwa. Bo im więcej podróżuję, tym więcej widzę podobieństw we wszystkich kulturach pierwotnych. Jesus zwrócił mi uwagę, że w żadnej z nich nie ma piekła, motywu cierpienia po śmierci. W kulturach pierwotnych przodkowie żyją wśród nas, łączą się z naturą, która jest bardzo ważna. Szczególnie respekt dla monumentalnych jej form, takich jak góry, morza, jeziora. Ale prawda jest taka, że będąc w takich miejscach nie da się chyba czuć niczego innego jak właśnie podziwu, szacunku, a czasem także strachu. Gdy stoi się nad brzegiem jeziora Bajkał nie ma się wątpliwości, dlaczego okoliczna ludność ma go za boga. Dlaczego zaraz po przyjeździe, przywitaniu i obiedzie pojechaliśmy prosto nad Bajkał, żeby napić się z nim wódki i zapytać, czy możemy żyć na jego brzegu. Podobne uczucie miała owa Brazylijka, która gościła kilka dni temu u nas w hostelu, przed wspinaniem się na wysoką górę. W duchu zaczęła niejako modlić się do góry, żeby była dla niej łaskawa i pozwoliła na siebie wejść. Sama Brazylijka nie była świadoma, że to robi, że mówi do góry, dopiero potem uświadomiła sobie wszystkie te uczucia. Nad wsią Buguldiejka, gdzie mieszkaliśmy nad Bajkałem, górowała ogromna skała i jest to dla mieszkających tam Buriatów skała święta. Po jakimś czasie spędzonym w tej wiosce, dowiedziałam się, że jedna z dziewczyn weszła na tę skałę i złamała tam nogę. Moją pierwszą myślą nie było nic innego, ale: „Głupia, po co wchodziłaś, przecież to święta skała, przecież to było oczywiste, że coś ci się stanie!”.

Ursula Le Guin napisała, że:  „stara wiedza była trudna, ale nie niepokojąca. Obfitowała w paradoksy i mity, ale miała sens. Nowa wiedza zasadza się na faktach i rozumie, ale nie ma sensu”. Tego sensu poszukują właśnie ludzie, którzy decydują się mieszkać wśród kultur pierwotnych. Zastanawiam się jednak, czy taka ucieczka przed cywilizacją, powrót do źródeł są możliwe. Niektóre rzeczy zmieniły się bowiem bezpowrotnie. Jak na przykład nasz sposób chodzenia zmienił się pod wpływem używania butów. Ja czy ty już nigdy nie zagonimy antylopy na śmierć. Brazylijska powieść antropologiczna „Maira” opowiada historię dziewczyny z Rio de Janeiro, która porzuca swoje dotychczasowe życie, by mieszkać z „dzikimi” w puszczy amazońskiej. Chodzi nago i stara się wieść tam normalne życie, jakim żyje tamtejsza społeczność. Ale nie ma dla niej miejsca w tej społeczności, bo nie ma tu żadnych korzeni. Zaczyna więc pełnić rolę wioskowej prostytutki. Zachodzi w ciążę, ma urodzić bliźnięta. W plemieniu kobiety najczęściej rodzą w ten sposób, że idą same w krzaki, przykucają i już! wracają do wioski z dzieckiem. Jednakże organizm tej młodej kobiety nie był zupełnie przystosowany do takiego porodu. Poza tym, nie wiem, czy wiecie, że u Indian bliźnięta się nie zdarzają. Kobieta umiera przy porodzie, samotna, w krzakach.

Owa Brazylijka, z którą miałam tak ciekawą rozmowę, że na koniec mnie wyściskała i wycałowała, opowiedziała mi tragiczną historię swojej siostry. Mąż siostry jest antropologiem i zdecydował zamieszkać w puszczy amazońskiej razem z żoną i nowonarodzonym synkiem. Siostra miała wiele obiekcji, ale mąż, zapalony antropolog, przekonywał ją, że „skoro oni mogą, to my też” i że „takie życie jest przecież naturalne dla człowieka”. I rzeczywiście, chłopczyk dawał sobie radę. Siostra przeżyła wprawdzie kilka przerażających sytuacji. Któregoś dnia na przykład dziecko bardzo kręciło się i płakało, matka wzięła go więc na ręce. Okazało się wtedy, że w pudełku, w którym leżało dziecko siedział ogromny, jadowity pająk. Po kilku latach życia w puszczy, małżeństwo wróciło do stolicy. Ich synek utopił się w basenie na pierwszej imprezie rodzinnej, na którą poszli.

To wszystko uświadamia mi, jak ciężkie i niebezpieczne jest szusowanie pomiędzy tymi „dwoma światami”. Takie spotkania są także niebezpieczne dla drugiej strony. Jak zachować się przy takich spotkaniach jako antropolog? Czy opowiadać i pokazywać im świat zewnętrzny? Czy zabraniać z nim kontaktu czy raczej do niego zachęcać? Czy tworzyć rezerwaty? Pytania są o tyle ciężkie, że trudno znaleźć na nie dobrą odpowiedź i ludzie jeszcze nie do końca wiedzą, jaka taktyka postępowania przy takich spotkaniach jest właściwa, dobra, dobrze rokuje na przyszłość. I co jest tak właściwie dobre. Opowiadanie Mike’a Resnicka „Bowiem dotknęłam nieba” to wizja przyszłości, w której ludzie, po kolonizacji odległych planet, sprowadzają tam osadników. Doszli jednak do wniosku, że kultura pierwotna to najidealniejsza z kultur, więc nowi osadnicy żyją tam właśnie takim życiem. Sami nie wiedzą o istnieniu innych planet ani o całej historii ludzkości, ani o historii swojego tu przybycia. W każdej wiosce umieszczony jest jednak jeden naukowiec, żeby kontrolować życie w wiosce, zdawać raporty centrali. Sam uważany jest przez miejscową ludność za szamana.  Cała historia to opowieść o dziewczynce z plemienia, która wykazuje niesamowite zdolności, wyjątkowo szybko się uczy i ma ogromną ciekawość świata. Lgnie więc do „szamana”, bo czuje, że może się od niego dużo nauczyć. Szaman uczy ją więc, a z czasem pokazuje też komputery i opowiada o innym świecie, tam daleko. Dzwoni do centrali, by zapytać, czy można dziewczynkę stąd wyrwać, wysłać ją na uniwersytet na inne planety. Centrala jednak stanowczo odmawia, nie takie było założenie. Dziewczynka dowiadując się o tym wszystkim, popełnia samobójstwo. „Bowiem dotknęła nieba”.

Brazylijska „Maira” opowiada także historię syna wodza wioski, którego wysyła się w świat, do szkół i na uniwersytet, żeby w przyszłości lepiej rządził plemieniem, żeby rozumiał otaczający wioskę świat. Chłopak po studiach wraca do puszczy, jednakże nie jest już w stanie chodzić nago, nie chce już także mieszkać w wiosce, nie znajduje wspólnego języka z żadnym jej mieszkańcem. Pojawia się pytanie,  czy z wiedzą, że istnieje inny świat poza tym, w którym żyli, będą w stanie prowadzić dalej takie samo życie jak wcześniej. Czy możemy izolować takich ludzi? Czy izolowanie ich jest dla nich krzywdą czy dobrodziejstwem? I co więcej: czy to aby na pewno w naszej gestii leży to, żeby o nich decydować?

Do tego wszystkiego dochodzą jeszcze turyści. Docierają oni w miejsca, w które dociera niewielu ludzi. Interesuje ich życie kultur pierwotnych. Dzisiaj byłyśmy w kościele w San Juan Chamula, gdzie odprawia się rytuały z pogranicza katolicyzmu i wierzeń indiańskich (opiszę później). Między rozmodlonymi ludźmi spacerują turyści, ledwo co omijając święte indiańskie świece i czekając w kółeczku aż rozmodlony Indianin ukręci rytualnie głowę kurze. Na szczęście w kościele nie można robić zdjęć pod groźbą nawet aresztu, nie mówiąc już o gniewie lokalnej społeczności. Tego by jeszcze brakowało, tabunu Japończyków z fleszami. Gdybym była na ich miejscu, przegnałabym tych turystów na cztery wiatry – mówię do Lisy (może niedokładnie tak, bo po angielsku, no ale tak myślę, a Lisa rozumie). Lisa mówi, że dla nich to lepiej, bo wejście do kościoła kosztuje 20 pesos i nieźle sobie na nas, jak na ichniejsze warunki, zarabiają. Ja widzę w tym wszystkim jeszcze jedne plus: turyści przez swoje zainteresowanie pokazują takim kulturom, że są ważne i interesujące, ludzie są świadomi swoich mocnych punktów, widzą swoją kulturę w sposób bardzo wyraźny. Widzą jednocześnie różnice między swoją kulturą a innymi, widzą, co jest ważne, co należy chronić. Turystyka bardzo silnie buduje autotożsamość takich ludzi. Jednocześnie w takich momentach nigdy nie wiadomo, co rzeczywiście jest elementem takiej kultury, a co jest wykreowane tylko pod turystów. Turysta nie wie też, co jest autentyczne, a co tylko na sprzedaż. Moja współlokatorka Iwka bardzo nad tym stanem rzeczy ubolewa i stara się penetrować miejsca, które jeszcze nie są skażone turystyką. Miejsc, które – jak mówi – są jeszcze autentyczne. Teraz jest w Kazachstanie. Ja jednak uważam, że turystyka dodaje kolejny, bardzo ciekawy element, który także jest autentyczny. Co chcemy sprzedać i jak sprzedajemy. Czy ktoś tym steruje ze strony rządu lub organizacji pozarządowych. Czy to inicjatywa społeczności lokalnych. Znajdujemy się teraz w bardzo ciekawym momencie w historii owego „spotkania dwóch światów”. Dzięki galopującemu rozwojowi turystyki właśnie. Bycie częścią tego całego procesu fascynuje mnie i przeraża, bo i cały proces jest o tyle interesujący, co niebezpieczny.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz