środa, 11 lutego 2015

Feria de San Caralampio w Comitanie

Jak to się stało, że w miasteczku Comitan de Dominguez na południu Meksyku modli się do świętego... prawosławnego? Co mają z nim wspólnego diabły oraz mężczyźni przebrani za kobiety, którzy co roku uczestniczą w pochodzie na jego cześć? Wczoraj byłam na przepięknej fieście. Były maski, przebrania i wywracanie świata na opak, czyli to za czym z taką lubością zjeżdżam pół świata.


Cała heca trwa w Comitanie 10 dni, a rozpoczyna się 10 lutego w dzień San Caralampio. San Caralampio, po angielsku Saint Charalambos, po polsku święty Harampiusz albo święty Charłamp to święty prawosławny. Jak więc to się stało, że jego święto obchodzi się w rzymskokatolickim Meksyku? Opowiadana tu historia mówi, że jego figurę kupił bogaty właściciel pobliskiego rancza. Kupił zupełnie przypadkowo, od gwatemalskiego domokrążcy lub gwatemalskiego żołnierza. Do końca nie wiedział, kim jest ów święty na figurze ani że nie ma żadnych spowinowaceń z Watykanem. Całe wydarzenie miało miejsce podobno na przełomie XVIII i XIX wieku.

Ów właściciel ziemski postawił figurę na domowym (ranczowym) ołtarzu akurat w momencie, gdy po okolicy szalała epidemia czarnej ospy. Los (albo święty) chciał, że epidemia dotknęła wszystkie rancza poza jego. Domownicy oraz sąsiedzi przypisali ten cud właśnie nowemu, przypadkowemu świętemu. Sam bogaty pan w zamian za sprowadzone na ranczo łaski postawił swojemu wybawicielowi kościół w centrum Comitanu. Fama o cudzie zaczęła się nieść od ucha do ucha, od rancza do rancza i szybko San Caralampio stał się patronem całej lokalnej społeczności. Żaden inny święty nie pamiętał przecież o małej miejscowości na południu Meksyku. A przecież nieważne, skąd święty pochodzi, ważne że nas słucha. Że jest skuteczny. Że jest NASZ.

Tutaj nazywa się go swojsko Tata Lampo - dziadek Lampo. Na jednym ze sztandarów, który przywiozła na procesję na jego cześć rodzina tojolabales, Indian z tego rejonu, widnieje napis: "Niech żyje Tata Lampo! Zachowujmy nasze tradycje!". A tradycja obchodów dnia świętego Charłampa żyje tu od lat i od lat mniej lub bardziej postrzeżenie miesza się z przypadającym na ten okres karnawałem. Na procesji można zobaczyć diabły, mężczyzn w kobiecych strojach, wampiry i postacie z kreskówek. Dlaczego tu jesteście? Dlaczego się tam przebraliście? - pytam. Dla San Caralampio, naszego Taty Lampo - odpowiadają przebierańcy.


Cała procesja zaczyna się na obrzeżach miasta, na rozstaju dróg, gdzie rośnie znane w okolicy drzewo - El Chumish. Zaczyna się dość niepozornie i można powiedzieć - po bożemu. Są sztandary ze świętym, jego figury, kobiety niosące dla niego kwiaty. Mężczyźni przygrywają mu na fujarkach i bębnach. Podchodzą, całują sztandar, żegnają się, salutują figurze Charłampa. Klękają. Procesja rusza ku miasteczku.







Rzekłbyś, jak na Bożym Ciele, tylko księdza brakuje. Dopiero jednak gdy minie cię ta cała świątobliwa świta, zobaczysz jak mało wspólnego ma ta uroczystość z naszymi szacownymi polskimi procesjami. Gdy przejdą mężczyźni ze sztandarami i kobiety z kwiatami, zaczyna się cała locura dnia św. Charłampa. W procesji jadą fantazyjnie ozdobione samochody, z których na cały regulator nadaje muzyka. Za nimi - tańcząca wataha przebierańców. W tym momencie religijny korowód zaczyna przypominać bardziej karnawał w Rio niż dostojne katolickie procesje.

No bo jakby nie patrzeć mamy karnawał! Czas, w którym świat umiera, by narodzić się na nowo. Czas, którego nie liczy żaden kalendarz ani zegary. Czas, który pozostaje w zawieszeniu między starym a nowym rokiem. Czas, w którym nie obowiązują żadne reguły, kiedy reguły są łamane. A przez to umacniane, ustanawiane na nowo.

Bo karnawał, bo karnawał, bo karnawał jest od tego! Żeby stawiać świat na głowie, grać mu na nosie, w nos prztyczki mu dawać, dawać mu popalić, palić głupa i cieszyć się, jak głupi do sera! Bo tu nic na serio, bo tu wszystko na opak, chłopak to dziewczyna, dziewczyna to chłopak, a staruszka znów jest młoda!

(moje ukochane foto, jestem z niego tak dumna, mniej więcej jak wtedy gdy przeszłam etap miejski konkursu recytatorskiego)

Skoro starzy mogą być młodzi, to młodzi mogą być starzy...

... albo dużo młodsi.

Chłopak z dziewczyną mogą na jeden dzień zamienić się rolami.

A chłopcy mogą posiąść taką cenną umiejetność jak malowanie się szminką.
(Tylko się wydaje, że to takie proste. Ci panowie myśleli, że pożyczą ode mnie szminkę i się sami umalują, ale w końcu stanęło na tym, że to ja musiałam ich w tej karkołomnej misji wyręczyć)

Efekt końcowy mojego salonu makijażu.
Btw dzieci-staruszkowie wyglądają co nieco creepy.

Nie wiem dlaczego, ale stanowczo więcej tu facetów przebranych za kobiety niż odwrotnie...

Jednym z charakterystycznych przebrań dla tej fiesty są diabły. Karnawał to okres, kiedy diabły mogą wyjść na światło dzienne, trochę pobumelować z ludźmi, pobajerować dziewczyny. Skoro świat staje na głowie, to piekło może na chwilę przenieść się na ziemię. Skoro wszyscy się bawią, to wszyscy, diaboł też!

Diabły robią dużo harmidru i hałasu, przy pomocy insrumentów-przeszkadzajek zwanych matracas. Tradycyjnie mieszkańcy miasteczka zostawiali w tym czasie otwarte drzwi do swoich domów. Dla diabłów. Które mogły wbiec do środka, zrobić co im się żywnie podoba.

Karnawał służył tradycyjnie do podśmiechujek z władz i wielmożów. Bo to czas, kiedy z władz śmiać się wypadało, kiedy król stawał się błaznem, a błazen królem. Ponoć w latach ubiegłych na procesji w Comitanie pojawiali się w dużych ilościach politycy, w pierwszym rzędzie z prezydentem, a także inne postacie życia publicznego. W postaci masek oczywiście.

Kolejnym charakterystycznym przebraniem dla tej fiesty są damulki. Karnawał służy do wyśmiania ról i zjawisk społecznych. Panieneczki typu fresa są więc co roku obśmiewane przez inne kobiety, a także facetów.


Nie ma nic złego także w podśmianiu się na przykład z Murzynów.
Dla porównania tylko donoszę, że w ludowych karnawałach polskich często przebierano się za Żyda albo za Cygana. My też z koleżankami w czwartej klasie podstawówki przebrałyśmy się za Cyganki na pierwszy dzień wiosny. Ale raczej z romantycznych pobudek.


Na fieście spotkałam przypadkiem znajomego z San Crisa, Israela. W San Cristobal pracuje jako barman, jego rodzina mieszka w Tapachuli, ale mama pochodzi z Comitanu. San Caralampio wciąż pełni ważną rolę w ich rodzinie i wszyscy co roku przyjeżdżają na fiestę. W każdy dzień św. Charłampa wybierają jeden motyw na wspólne przebrania, w tym roku zdecydowali się na czarownice. A to on, na zdjęciu, poznajcie Israela, hehe.

No dobra, tutaj macie go w bardziej twarzowym ujęciu. Rodzina przyjeżdża ozdobionym samochodem, z którego puszczają muzykę. Wszyscy tańczą tuż za nim, a Israel robi za dj-a.

Niektórzy zatrudniają całe kapele, które sadzają na samochody.

Tutaj wtoczyli nawet dwie marimby.

Rodziny, grupy sąsiadów i przyjaciół organizują się same. Każdy załatwia sobie samochód, muzykę, myśli nad wspólnym przebraniem.

Ci jaskiniowcy mieli Prawdziwe Kości!

Cztery osoby przebrane za choinki. Bo czemu nie.

Tych jegomości też oczywiście nie mogło zabraknąć.

Kartonowy Hit.

A tymi świnkami były trzy starsze panie z jedną wnuczką.

Nauczona cudzym doświadczeniem, jabłka nie przyjęłam.

To już totalne Zło.

"Como los arabes que escriben al reves, caminan con las manos, saludan con los pies"

Procesja to także okazja, żeby lokalni charros mogli zaprezentować swoje rumaki.
Rumaki i ranczeros są także tradycyjną częścią fiesty.

Kioniom grzywy i ogony splata się w warkoczyki. Takich pięknych koni to nie ma nawet lalka Barbie.

Niektórzy charros wdziewają mniej tradycyjne stroje.

Tradycyjną częścią procesji są także kandydatki na miss fiesty. Wybory odbędą się w kolejnych dniach ferii. Kandydatki sadza się na dachach samochodów. Stamtąd się uśmiechają, machają, czarują i generalnie odwalają kawał nudnej roboty.

Są też kandydatki na małe miss.

Kandydaci na misterów.

I na coś pośrodku między misterem i miss.
Parada z przedmieść wkracza na pięknie przystrojone na tę okazję ulice miasteczka.

Cały spacer to licząc spokojnie 3 godzinki.



Ci mieszkańcy miasteczka, którzy nie biorą czynnego udziału w procesji, czekają na nią przed drzwiami swoich domów. Wystawiają na tę okazję krzesełka, niektórzy budują prowizoryczne baldachimki chroniące rpzed słońcem.

Procesjowicze zachęcają wszystkich do wspólnej zabawy.






Tradycyjnie procesjowicze rozdają cukierki

Te dziewczynki miały dla mijanych dzieciaków nawet zabawki.





Poznajecie tego pana, z innej fiesty?

Co dwóch Charłampów to nie jeden. Bo to przecież o niego się wszystko rozchodzi.


"Niech żyje San Caralampio!" "Niech żyje!"




1 komentarz:

  1. Az dziwie sie ze post nie ma komentarzy. Przepiekne zdjecia!

    OdpowiedzUsuń