piątek, 26 sierpnia 2011

Najdziwniejsze zwierzę świata

Daniken dopatrzył się ingerencji sił kosmicznych w Meksyku nie w tym miejscu co trzeba. Bo kosmici nie przybyli do Meksyku, aby zbudować piramidy, a potem się zmyć. Kosmici żyją sobie w Meksyku w najlepsze. Nazywają się aksolotle. Aksolotl to mały przedziwny płaz ogoniasty, który ma skrzela umiejscowione na czułkach odchodzących od pyszczka. Co więcej, gdy wyjdzie na ląd może te skrzela zgubić i oddychać sobie dalej płucami. Aksolotl niemalże całe swe życie przeżywa w fazie larwalnej, co więcej może jako larwa w najlepsze rozmnażać się. Zwierzęta te są też adelofagami, co znaczy, że żywią się osobnikami tego samego gatunku. Gdy pokazuję tego jegomościa znajomym, nie wierzą, że to coś żyje na ziemi. A żyje sobie, to fakt, w różnych akwariach świata, uwielbiane przez hodowców. Naturalnie żyje jednak tylko w jednym miejscu – w jeziorze Xochimilco oraz w otaczających je kanałach, 20 km od miasta Meksyk. Jak będę już duża i zaprowadzę u siebie osiadły tryb życia, takiego aksolotla sobie sprawię w roli pupila domowego. Bo aksolotl jest zwierzątkiem wymagającym i żąda więcej uwagi i troski niż wąż Leszek, którego można zostawić na kilka tygodni w domu samopas.








Julio Cortazar w jednym ze swoich opowiadań wręcz uzależnia się od widoku aksolotli. Będąc w Paryżu, codziennie, dzień w dzień, chodzi do ZOO, tylko po to, żeby przyglądać się tym dziwnym stworzeniom. Że pochodzą z Meksyku – pisze Cortazar - poznałem od razu - wystarczyło spojrzeć na ich małe azteckie twarze. Narrator tak długo wpatruje się w te ich twarze, że w końcu sam staje się aksolotlem i przygląda się sobie samemu, człowiekowi wpatrzonemu w aksolotle, po drugiej stronie szyby akwarium.

Gdy Cortes pierwszy raz w 1519 roku ze szczytu góry spojrzał na teren, gdzie teraz tętni życiem szalone miasto Meksyk, zobaczył  w dole połyskującą wodę ogromnych jezior zalewających wtedy Dolinę Meksykańską. Widoczny na fladze Meksyku mitologiczny orzeł, który usadawiając się na kwiecie opuncji i zjadając grzechotnika, wskazał tułającym się po okolicy Aztekom ich ziemię obiecaną, nie miał za wiele rolniczego obycia, bo podmokły teren okazał się mało sprzyjający uprawom. Kilka wieków wcześniej wybranemu narodowi Azteków ukazał się bóg Huitzilopochtli w postaci kamiennej głowy i wydając dziwne świszczące dźwięki obiecał im, że zostaną panami całego Meksyku, jeśli tylko zabiorą ową głowę ze sobą. Aztekowie przez długie lata tułali się przez ziemie zajęte przez silnych przeciwników i byli za słabi, żeby rościć sobie do nich jakieś prawa. Orzeł jednak okazał się więc dość sprytnym, bo wskazał im małą, dość bezużyteczną wyspę, do której żaden z przeciwników nie czuł większego sentymentu. Ze zbyt podmokłymi ziemiami pod uprawę Aztekowie też sobie poradzili, wymyślając chinampas. Były to przemyślne formy uprawy kukurydzy, pomidorów, chilli i innych roślin, które umiejscawiano dokładnie na wodzie, a dokładniej na tratwach przycumowanych na jeziorze. Tratwy budowane były z trzciny oraz gałązek pokrytych mułem, tam wsadzano rośliny, które puszczały korzenie poprzez tratwę aż na dno jeziora. Te „pływające ogrody” są na tyle rozpoznawalne, że w grze komputerowej „Cywilizacja” obrano je za cechę charakterystyczną dla Azteków i wybrano je na "budowlę" reprezentującą tę nację w grze. Są też na tyle cenne, że ich pozostałości na jeziorze Xochimilco zostały wpisany na listę światowego dziedzictwa UNESCO.


Dzisiaj z kolei rolnictwo nie ma tu tak dużego znaczenia, najbardziej charakterystyczną cechą Xochimilco są ukwiecone łódki, zwane trajineras. Powstały w latach 40. film pt. „Maria Candelaria” utrwalił romantyczny wizerunek Xochimilco, wedle którego mieszkańcy w całej błogości pływają sobie tymi ukwieconymi łódkami i żyją wśród chinampas, gdzie hodują sobie kukurydzę i kwiaty. W weekendy kanały w Xochimilco wypełnione są po brzegi (o, jaka piękna dosłowność!) mniejszymi i większymi trajineras, na których rodziny i przyjaciele urządzają sobie pikniki. Ela powiedziała mi, że jechanie tam nie na piknik nie ma sensu. I miała rację. Nie wiem, czego się spodziewałam, aksolotli pływających na deskach surfingowych utkanych z płatków kwiatów czy co, ale nie z łódki Xochimilco nie zachwyca. Bycie samotną (czy też po feministycznemu – samodzielną) podróżniczką czasami nie popłaca o tyle, że koszty nijak się nie dzielą.




Pani Jeziora

W związku z tym nie dotarłam też na słynną Isla de las Munecas (Wyspę Lalek). To miejsce, pełne brudnych, okaleczonych lalek poprzywieszanych na drzewach, zobaczyłam kiedyś na zdjęciu gdzieś w Internecie i do tej pory śni mi się po nocach. Ten koszmar senny stworzył jeden człowiek – Julian Santana Barrera, który opuścił dom i rodzinę, by przez 50 lat pędzić pustelnicze życie na wyspie, by tworzyć to przerażające magnum opus. Podobno wszystko zaczęło się od smutnej historii z jego życia. Julian słyszał krzyki tonącej dziewczynki, skoczył jej na pomoc, ale nie zdołał jej uratować. Od tamtej pory słyszał po nocach przerażające krzyki dziewczynki. Wszystkie zebrane przez niego lalki miały pełnić rolę amuletów, które miały odpędzić jej ducha. No ale ja tego wszystkiego nie zobaczyłam. Może to i lepiej. Czasem lepiej, żeby koszmary się nie spełniały.


Gdzieś na brzegu w Xochimilco

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz